REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Kompendium kluczowych barometrów koniunktury

Jak mierzyć tętno gospodarki i giełdy? Przedstawiamy listę najważniejszych wskaźników, które pomagają ocenić, w jakim punkcie cyklu koniunkturalnego i giełdowego się znajdujemy. I analizujemy ich wartość prognostyczną
Foto: GG Parkiet

W opublikowanym niedawno raporcie analitycy Societe Generale wykazali, że w dłuższej perspektywie stopy zwrotu na poszczególnych rynkach akcji nie zależą od tempa wzrostu gospodarek. Okazuje się na przykład, że choć Włochy i Szwecja rozwijały się w minionych 40 latach w podobnym tempie, w pierwszym z tych państw akcje w ujęciu realnym taniały w tym okresie o 2 proc. rocznie, w drugim zaś drożały o 6 proc. rocznie. – Czy ekonomiści są potrzebni giełdowym inwestorom? – pytał w tym kontekście Albert Edwards z Societe Generale.

Wbrew pozorom, wyliczenia te nie dowodzą jednak, że kondycja makroekonomiczna poszczególnych krajów nie determinuje koniunktury na ich giełdach. Innymi słowy: może być prawdą, że średnio rzecz biorąc akcje drożeją szybciej w Londynie niż w Nowym Jorku, choć Wielka Brytania rozwija się wolniej niż USA, nie jest natomiast prawdą, że zmiany tempa wzrostu amerykańskiej gospodarki nie mają wpływu na notowania akcji amerykańskich spółek. Kursy akcji w dużej mierze zależą przecież od oczekiwanych wyników spółek, a te od uwarunkowań makroekonomicznych.

Oczywiście, od tej zasady istnieją odstępstwa. W Finlandii, gdzie dominującą pod względem kapitalizacji spółką jest Nokia, uzyskująca zdecydowaną większość przychodów za granicą, czy w Australii, gdzie silną pozycję mają eksporterzy surowców, koniunktura w lokalnej gospodarce może mieć relatywnie mniejsze przełożenie na koniunkturę giełdową. Większe znaczenie może mieć w tych przypadkach kondycja światowej gospodarki. Zresztą, wyraźnym fluktuacjom w tej ostatniej towarzyszą fluktuacje na niemal wszystkich giełdach świata, co jest niewątpliwym efektem globalizacji.

Na pytanie Edwardsa większość uczestników rynków odpowiada więc twierdząco. – Model zakłada, że na rynkach mamy średnioterminowe trendy, determinowane przez przebieg cyklu koniunkturalnego w gospodarce. Cykl średnio trwa trzy–cztery lata, a więc hossa i bessa po półtora–dwa lata. Monitorowanie zjawisk zachodzących w gospodarce jest więc pożyteczne, jeśli chcemy się orientować, gdzie w ramach danego cyklu się znajdujemy – mówi Wojciech Białek, główny analityk CDM Pekao. – Ale należy pamiętać, że dane wskazujące, jak gospodarka zachowywała się w poprzednim kwartale czy miesiącu, rynek już prawdopodobnie wycenił. Nadają się więc one tylko do tego, żeby weryfikować przebieg cyklu koniunkturalnego – zastrzega.

Dla inwestorów ważna jest więc nie tyle ocena bieżącego stanu gospodarki, ile przewidywanie jego zmian. Słynna maksyma duńskiego fizyka Nielsa Bohra, że „prognozowanie jest trudne, zwłaszcza gdy dotyczy przyszłości”, mało kogo zraża.

[srodtytul]Twarde dane nie nadążają [/srodtytul]

Na kolejnych stronach przedstawiamy kluczowe barometry koniunktury. Pełny ich przegląd nie zmieściłby się w jednym wydaniu „Parkietu”, ograniczyliśmy się więc do 21 wyselekcjonowanych. Omówiliśmy je w kolejności alfabetycznej, z wyjątkiem czterech najważniejszych, opisanych na pierwszych stronach tego kompendium.

Selekcji dokonaliśmy, stosując kilka kluczy. Wybraliśmy jedynie wskaźniki dotyczące gospodarek Polski, USA i strefy euro, choć dołączyliśmy do tego zestawu indeks Baltic Dry, odnoszący się do światowej gospodarki. Z góry wykluczyliśmy wszystkie oficjalne odczyty makroekonomiczne, takie jak produkcja przemysłowa, bilans handlowy, PKB, stopa bezrobocia czy inflacja, które zwykle ukazują się ze sporym opóźnieniem, a ich interpretacja nie nastręcza raczej większych trudności. Z takich opóźnionych wskaźników uwzględniliśmy w zasadzie tylko indeks cen domów w USA, który w związku z kryzysem z ostatnich lat budził spore zainteresowanie. Pozostały indeksy wyprzedzające koniunktury, które w założeniu mają ubiegać fluktuacje w gospodarce, a także tzw. miękkie dane, czyli rozmaite sondażowe wskaźniki nastrojów konsumentów, analityków, przedsiębiorców czy menedżerów ds. zakupów (PMI). Ponieważ te nastroje decydują o podejmowanych przez ankietowanych decyzjach, można zakładać, że wskaźniki te również wskazują na przyszłe, a nie przeszłe zmiany koniunktury.

Nasze zestawienie uzupełniliśmy o kilka mniej popularnych, ale bardzo przydatnych naszym zdaniem wskaźników. Trzy z nich mierzą nastroje wśród inwestorów i przydają się zwolennikom kontrariańskiej filozofii inwestowania, trzeci zaś pokazuje stopień zaskoczenia ekonomistów rozmaitymi odczytami ekonomicznymi.

Wszystkich tych wskaźników wnikliwie analizować nie sposób. Stąd analitycy giełdowi i menedżerowie funduszy z reguły mają kilka swoich ulubionych. Przykładowo, David Rosenberg, niegdyś główny ekonomista banku Merrill Lynch w USA, dziś główny strateg kanadyjskiej firmy inwestycyjnej Gluskin Sheff, w swoich publikacjach bardzo często powołuje się na indeks wyprzedzający koniunktury ECRI oraz wskaźniki zaufania konsumentów do gospodarki.

– Ja największą uwagę zwracam na różnego rodzaju wskaźniki mierzące nastroje na rynkach, takie jak VIX czy sondaże wśród inwestorów indywidualnych oraz instytucjonalnych – zdradza Jarosław Niedzielewski, zarządzający w Investors TFI. Ceni je też Białek. – Ruchy rynków, które interesują krótkoterminowych spekulantów, czyli kilkutygodniowe fale wzrostowe i spadkowe, oplatają się wokół średnioterminowych trendów. O tych odchyleniach indeksów giełdowych od trendów decydują właśnie nastroje inwestorów – tłumaczy.

– Użyteczne są też wskaźniki wyprzedzające koniunktury, ale trudno jest znaleźć takie, które byłyby w tej roli lepsze niż indeksy giełdowe. Należy bowiem pamiętać, że zmiany na giełdzie wyprzedzają zmiany w gospodarce o około pięć–sześć miesięcy – mówi analityk CDM Pekao. – Trzeba dobrze znać konstrukcję wskaźników wyprzedzających, aby móc na ich podstawie coś prognozować – dodaje Niedzielewski. – Jednym z komponentów takich wskaźników jest zwykle indeks akcyjny. W ubiegłym roku na przełomie maja i czerwca zawalił się indeks ECRI, co zdawało się wskazywać na zbliżające się drugie dno recesji w USA. Ale ten spadek w dużej mierze był spowodowany zniżką notowań akcji. Scenariusz, na który wskazywał ECRI, był więc już zdyskontowany i z indeksu tego nie dało się nic nowego wyczytać – wyjaśnia. – Po wielu latach szukania wskaźników, które mogą wyprzedzać koniunkturę, doszedłem do wniosku, że najlepiej sprawdzają się te rynkowe. Dwa najważniejsze wskaźniki wyprzedzające koniunkturę w Polsce, które wykorzystuję, to zmiana stóp procentowych, np. WIBOR, i zmiana kursu złotego wobec pewnego koszyka walut – zdradza Białek.

[srodtytul]Jak przewidzieć reakcję?[/srodtytul]

Ale nawet jeśli niektóre wskaźniki gospodarcze okazują się mieć niewielką wartość prognostyczną i tak mogą być z punktu widzenia inwestora istotne. Wystarczającym uzasadnieniem, żeby je śledzić, jest to, że robią to inni gracze. Innymi słowy: nawet jeśli w skuteczność danego indykatora nie wierzymy, dobrze jest umieć przewidzieć, jak na jego publikację zareaguje rynek, choćby reakcja ta była krótkotrwała. Nie zawsze jest to oczywiste – zależy m.in. od punktu, w którym gospodarka się znajduje.

Takie wnioski nasuwają się po lekturze opublikowanego w 2002 r. głośnego artykułu „Dlaczego złe wieści są zwykle dobre dla akcji”. Jego autorzy, ekonomiści John Boyd z Uniwersytetu w Minnesocie, Ravi Jagannathan z Uniwersytetu Northwestern i Jian Hu z agencji Moody’s, wykazali, że gdy gospodarka tkwi w recesji, po rozczarowujących danych z rynku pracy akcje tanieją. Ale gdy gospodarka jest w fazie ekspansji, słabe dane skutkują zwyżkami na giełdzie, a zaskakująco dobre zniżkami. To dlatego, że w trakcie rozkwitu gospodarki dobre dane z rynku pracy zwiastują podwyżki stóp procentowych.

– Nie liczy się rzeczywista treść danych ekonomicznych, tylko relacja między tymi danymi a nastrojami inwestorów, które przekładają się na ich oczekiwania co do tych danych – zauważa z kolei Białek. – Jeśli krótkoterminowe odchylenie w górę od średnioterminowego trendu uzasadnionego uwarunkowaniami ekonomicznymi jest bardzo duże, nawet bardzo dobre dane nie wywołają większego entuzjazmu. I odwrotnie, przy silnym odchyleniu w dół nawet bardzo złe dane nie doprowadzą do pogorszenia nastrojów – tłumaczy.

Jaki z tego wniosek? Że chcąc przewidzieć reakcję szerokiego rynku na publikację danych, trzeba je samemu śledzić, aby poprawnie ocenić, w jakim punkcie cyklu koniunkturalnego się znajdujemy i jakie wśród inwestorów dominują nastroje.

[ramka][srodtytul]Indeks PMI dla przemysłu (Polska)[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: pierwszy dzień roboczy miesiąca[/b]

PMI (wskaźniki menedżerów logistyki) to dane, które nigdy nie umykają uwadze uczestników rynków. Nic dziwnego, bo z wyprzedzeniem w stosunku do oficjalnych twardych danych obrazują one aktywność w przemyśle wybranych krajów. Publikowane są przez firmę analityczną Markit Economics, która przeprowadza ankiety wśród kadry kierowniczej starannie wybranych przedsiębiorstw (w Polsce jest ich ponad 300). W odróżnieniu od wskaźników nastrojów lub ufności, obrazujących subiektywne odczucia respondentów, PMI oparte są na pytaniach dotyczących faktów (np. zmian produkcji, nowych zamówień, poziomu zapasów, zatrudnienia i cen).

Na temat PMI regularnie pisze także „Parkiet”.

Nie tylko opisujemy zmiany wskaźników i przyczyny tych zmian, ale także wykorzystujemy je do analizy tendencji na rynku akcji. O tym, że warto, przekonać się można było już nieraz. Przykładowo na czołówce naszej gazety na początku kwietnia 2009 r., kiedy jeszcze większość komentatorów nie mogła otrząsnąć się po kryzysie finansowym w USA, a wielu z nich straszyło czarnymi wizjami upadku światowej gospodarki, pisaliśmy: „W przeszłości tak zdecydowane odbicie PMI dla polskiego przemysłu jak w ostatnich trzech miesiącach było zapowiedzią dwucyfrowych zysków z inwestycji w akcje”. Zapowiedź końca bessy okazała się niezwykle trafna – w ciągu pół roku od tego czasu WIG podskoczył prawie o 60 proc.

Ostatnio, niestety, trudno już jednak o równie optymistyczne prognozy na bazie PMI. W końcu 2010 r. wskaźnik sięgnął poziomów bliskich historycznym rekordom, a potem gwałtownie spadł (w styczniu i lutym stracił łącznie 2,5 pkt). Można zadawać sobie pytanie, kiedy aktywność w przemyśle na dobre znajdzie się w spadkowej fazie cyklu, który w ostatnich 10 latach powtarza się już po raz czwarty.

Za graniczną wartość wskaźnika uznaje się poziom 50 pkt (oddziela recesję od rozwoju w przemyśle), ale zazwyczaj czekanie, aż PMI przekroczy tę barierę (w dół lub w górę), oznacza pozostanie sporo w tyle za giełdowymi tendencjami.

[srodtytul]ISM Manufacturing Index[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: pierwszy dzień roboczy miesiąca[/b]

ISM to amerykański odpowiednik PMI publikowany przez Institute for Supply Management. Jest to prawdziwy weteran wśród wskaźników makro – jego początki sięgają bowiem 1931 r. Podobnie jak PMI amerykański indykator obliczany jest na podstawie wyników ankiet przeprowadzanych wśród 300 przedsiębiorstw działających w sektorze przemysłowym. Pytania dotyczą zamówień, produkcji, zatrudnienia, niezrealizowanych zamówień oraz zapasów. Specyficzną cechą ISM jest to, że obok zbiorczego głównego indeksu obrazującego kondycję przemysłu, podawane są także wartości subindeksów odnoszących się do wymienionych składowych. To pozwala analitykom dogłębnie badać, jakie źródło mają zmiany głównego wskaźnika. Podobnie jak w przypadku PMI za poziom graniczny między recesją i rozwojem w sektorze wytwórczym przyjmuje się 50 pkt. Jest to istotne dla sposobu interpretacji danych – spadek wskaźnika nie musi oznaczać pogorszenia sytuacji w przemyśle, jeśli nie sprowadza on ISM poniżej 50 pkt. Przykładowo, jeśli ISM spada z 60 do 59 pkt, to nie oznacza to, że kondycja przemysłu się pogarsza, lecz jedynie, że słabnie tempo jego rozwoju.

Chociaż przemysł nie jest największym sektorem amerykańskiej gospodarki, jeśli chodzi o udział w PKB, to jednak zmiany produkcji są na tyle dynamiczne, że to one w dużym stopniu odpowiadają za zmienność całej koniunktury gospodarczej. Z tego właśnie względu ISM Manufacturing cieszy się takim zainteresowaniem uczestników rynku.

Ostatnie odczyty wskaźnika są wciąż bardzo dobre. Po chwilowej zadyszce w pierwszej połowie 2010 r. ISM na nowo ruszył w górę, czego efektem są nowe rekordy fazy wzrostowej zapoczątkowanej na wiosnę 2009 r. W lutym ISM sięgnął aż 61,4 pkt, co jest poziomem skrajnie wysokim w ujęciu historycznym. Fakt ten skłania niektórych analityków do mówienia wręcz o przegrzewaniu się koniunktury w amerykańskim przemyśle.

[srodtytul]Ifo Business Climate Index[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: trzeci tydzień miesiąca[/b]

Wskaźnik klimatu w biznesie Instytutu Badań Ekonomicznych Ifo to najbardziej ugruntowany prognostyk koniunktury w największej gospodarce Europy. Publikowany jest nieprzerwanie od 1972 r. Podobnie, jak młodszy indeks ZEW, opiera się na sondażu, ale w tym przypadku respondentami są przedstawiciele około 7 tys. niemieckich przedsiębiorstw ze wszystkich branż.

Ankietowani muszą ocenić obecną kondycję swoich firm i zastanowić się, jak według nich będzie się ona kształtowała w perspektywie sześciu miesięcy. Różnica między odsetkami odpowiedzi pozytywnych i negatywnych na oba pytania stanowi podstawę dla dwóch subindeksów, wyrażających odpowiednio bieżące nastroje i oczekiwania ekonomiczne niemieckich przedsiębiorców. W przeciwieństwie do wskaźnika ZEW, są one znormalizowane tak, aby ich średnia wartość z 2000 r. wynosiła 100 – nie przyjmują więc one wartości ujemnych. To samo dotyczy głównego indeksu Ifo, który stanowi geometryczną średnią tych wskaźników.

Instytut Ifo chwali się szeregiem badań, z których wynika, że indeks klimatu w biznesie dawał wczesne ostrzeżenia przed  większością zmian cyklu koniunkturalnego. Sygnałem ostrzegawczym, że zbliża się spowolnienie gospodarcze, ma być spadek indeksu Ifo trzy razy z rzędu. Doszło do tego m.in. między kwietniem a czerwcem  2007 r., trzy kwartały przed początkiem najostrzejszej recesji w powojennej historii Niemiec. Barometr nastrojów niemieckich przedsiębiorców nie dał wcześniej fałszywego sygnału. Ale seria trzech z rzędu zwyżek indeksu Ifo nastąpiła dopiero w okresie od kwietnia do czerwca  2009 r. W tym kwartale recesja dobiegła już końca. Trzeba przyznać, że subindeks oczekiwań ekonomicznych zwiastował poprawę koniunktury z wyprzedzeniem. Także w przeszłości to on często miał większą wartość prognostyczną, niż główny indeks Ifo.

Dziś ten ostatni wskaźnik maluje przyszłość niemieckiej gospodarki w świetlanych barwach. Po dwóch latach konsekwentnych zwyżek, pod koniec ub.r. przebił historyczne rekordy z 2006 r., ciągnięty w górę przez subindeks oczekiwań. Subindeks nastrojów bieżących rekord ustanowił trzy miesiące później.

[srodtytul]Conference Board Consumer Confidence Index[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: ostatni wtorek miesiąca[/b]

Co miesiąc organizacja badawcza Conference Board przeprowadza wśród amerykańskich konsumentów (na próbie 5000 gospodarstw domowych) ankietę mierzącą ich nastroje i zapatrywania. Pytania dotyczą pięciu kwestii (ocena bieżącej sytuacji w gospodarce i oczekiwania na kolejne 6 miesięcy, ocena bieżącej sytuacji na rynku pracy i oczekiwania na kolejne 6 miesięcy, oczekiwania odnośnie do dochodów gospodarstwa domowego w najbliższych 6 miesiącach). Raport Conference Board opiera się nie na twardych danych, lecz raczej subiektywnych odczuciach respondentów (co także jest uzasadnione, bo decyzje konsumentów też wynikają często z ich odczuć). Wyniki tych badań są zazwyczaj pilnie śledzone przez inwestorów na całym świecie, bo nastroje konsumentów mogą mieć wpływ na ich wydatki, a to z kolei wpływa na całą gospodarkę. Jest to jeden z tych wskaźników, których odczyty miewają silny wpływ na notowania na giełdach tuż po ich publikacji.

Wyniki ankiety prezentowane są w postaci trzech wskaźników: głównego (Consumer Confidence Index), indeksu ocen bieżącej sytuacji oraz indeksu oczekiwań. Ciekawe jest choćby to, że wykres wskaźnika oczekiwań jest dużo bardziej „poszarpany” w porównaniu z ocenami bieżącej sytuacji. To niewątpliwie utrudnia jego interpretację, choć z drugiej strony dalekie od ideału byłoby posługiwanie się wyłącznie bardziej stabilnym indeksem bieżących ocen. Podczas gdy od czasów kryzysu indeks oczekiwań mocno poszedł w górę, to indeks bieżących ocen uporczywie przez długi czas stał w miejscu i dopiero ostatnio wybija się w górę. W efekcie zbiorczy wskaźnik CCI (który prezentujemy na wykresie) nadal jest nisko w porównaniu z poziomami sprzed ostatniej recesji w USA. Z jednej strony to źle, bo świadczy o tym, że choć kryzys finansowy został zażegnany, to jego negatywne skutki widać do tej pory. Z drugiej, skoro wskaźnik jest ciągle w miarę nisko, to teoretycznie jest jeszcze dużo miejsca na jego poprawę.

[srodtytul]ISM Manufacturing Index[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: pierwszy dzień roboczy miesiąca[/b]

ISM to amerykański odpowiednik PMI publikowany przez Institute for Supply Management. Jest to prawdziwy weteran wśród wskaźników makro – jego początki sięgają bowiem 1931 r. Podobnie jak PMI amerykański indykator obliczany jest na podstawie wyników ankiet przeprowadzanych wśród 300 przedsiębiorstw działających w sektorze przemysłowym. Pytania dotyczą zamówień, produkcji, zatrudnienia, niezrealizowanych zamówień oraz zapasów. Specyficzną cechą ISM jest to, że obok zbiorczego głównego indeksu obrazującego kondycję przemysłu, podawane są także wartości subindeksów odnoszących się do wymienionych składowych. To pozwala analitykom dogłębnie badać, jakie źródło mają zmiany głównego wskaźnika. Podobnie jak w przypadku PMI za poziom graniczny między recesją i rozwojem w sektorze wytwórczym przyjmuje się 50 pkt. Jest to istotne dla sposobu interpretacji danych – spadek wskaźnika nie musi oznaczać pogorszenia sytuacji w przemyśle, jeśli nie sprowadza on ISM poniżej 50 pkt. Przykładowo, jeśli ISM spada z 60 do 59 pkt, to nie oznacza to, że kondycja przemysłu się pogarsza, lecz jedynie, że słabnie tempo jego rozwoju.

Chociaż przemysł nie jest największym sektorem amerykańskiej gospodarki, jeśli chodzi o udział w PKB, to jednak zmiany produkcji są na tyle dynamiczne, że to one w dużym stopniu odpowiadają za zmienność całej koniunktury gospodarczej. Z tego właśnie względu ISM Manufacturing cieszy się takim zainteresowaniem uczestników rynku.

Ostatnie odczyty wskaźnika są wciąż bardzo dobre. Po chwilowej zadyszce w pierwszej połowie 2010 r. ISM na nowo ruszył w górę, czego efektem są nowe rekordy fazy wzrostowej zapoczątkowanej na wiosnę 2009 r. W lutym ISM sięgnął aż 61,4 pkt, co jest poziomem skrajnie wysokim w ujęciu historycznym. Fakt ten skłania niektórych analityków do mówienia wręcz o przegrzewaniu się koniunktury w amerykańskim przemyśle.

[srodtytul]Ifo Business Climate Index[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: trzeci tydzień miesiąca[/b]

Wskaźnik klimatu w biznesie Instytutu Badań Ekonomicznych Ifo to najbardziej ugruntowany prognostyk koniunktury w największej gospodarce Europy. Publikowany jest nieprzerwanie od 1972 r. Podobnie, jak młodszy indeks ZEW, opiera się na sondażu, ale w tym przypadku respondentami są przedstawiciele około 7 tys. niemieckich przedsiębiorstw ze wszystkich branż.

Ankietowani muszą ocenić obecną kondycję swoich firm i zastanowić się, jak według nich będzie się ona kształtowała w perspektywie sześciu miesięcy. Różnica między odsetkami odpowiedzi pozytywnych i negatywnych na oba pytania stanowi podstawę dla dwóch subindeksów, wyrażających odpowiednio bieżące nastroje i oczekiwania ekonomiczne niemieckich przedsiębiorców. W przeciwieństwie do wskaźnika ZEW, są one znormalizowane tak, aby ich średnia wartość z 2000 r. wynosiła 100 – nie przyjmują więc one wartości ujemnych. To samo dotyczy głównego indeksu Ifo, który stanowi geometryczną średnią tych wskaźników.

Instytut Ifo chwali się szeregiem badań, z których wynika, że indeks klimatu w biznesie dawał wczesne ostrzeżenia przed  większością zmian cyklu koniunkturalnego. Sygnałem ostrzegawczym, że zbliża się spowolnienie gospodarcze, ma być spadek indeksu Ifo trzy razy z rzędu. Doszło do tego m.in. między kwietniem a czerwcem  2007 r., trzy kwartały przed początkiem najostrzejszej recesji w powojennej historii Niemiec. Barometr nastrojów niemieckich przedsiębiorców nie dał wcześniej fałszywego sygnału. Ale seria trzech z rzędu zwyżek indeksu Ifo nastąpiła dopiero w okresie od kwietnia do czerwca  2009 r. W tym kwartale recesja dobiegła już końca. Trzeba przyznać, że subindeks oczekiwań ekonomicznych zwiastował poprawę koniunktury z wyprzedzeniem. Także w przeszłości to on często miał większą wartość prognostyczną, niż główny indeks Ifo.

Dziś ten ostatni wskaźnik maluje przyszłość niemieckiej gospodarki w świetlanych barwach. Po dwóch latach konsekwentnych zwyżek, pod koniec ub.r. przebił historyczne rekordy z 2006 r., ciągnięty w górę przez subindeks oczekiwań. Subindeks nastrojów bieżących rekord ustanowił trzy miesiące później.

[srodtytul]Conference Board Consumer Confidence Index[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: ostatni wtorek miesiąca[/b]

Co miesiąc organizacja badawcza Conference Board przeprowadza wśród amerykańskich konsumentów (na próbie 5000 gospodarstw domowych) ankietę mierzącą ich nastroje i zapatrywania. Pytania dotyczą pięciu kwestii (ocena bieżącej sytuacji w gospodarce i oczekiwania na kolejne 6 miesięcy, ocena bieżącej sytuacji na rynku pracy i oczekiwania na kolejne 6 miesięcy, oczekiwania odnośnie do dochodów gospodarstwa domowego w najbliższych 6 miesiącach). Raport Conference Board opiera się nie na twardych danych, lecz raczej subiektywnych odczuciach respondentów (co także jest uzasadnione, bo decyzje konsumentów też wynikają często z ich odczuć). Wyniki tych badań są zazwyczaj pilnie śledzone przez inwestorów na całym świecie, bo nastroje konsumentów mogą mieć wpływ na ich wydatki, a to z kolei wpływa na całą gospodarkę. Jest to jeden z tych wskaźników, których odczyty miewają silny wpływ na notowania na giełdach tuż po ich publikacji.

Wyniki ankiety prezentowane są w postaci trzech wskaźników: głównego (Consumer Confidence Index), indeksu ocen bieżącej sytuacji oraz indeksu oczekiwań. Ciekawe jest choćby to, że wykres wskaźnika oczekiwań jest dużo bardziej „poszarpany” w porównaniu z ocenami bieżącej sytuacji. To niewątpliwie utrudnia jego interpretację, choć z drugiej strony dalekie od ideału byłoby posługiwanie się wyłącznie bardziej stabilnym indeksem bieżących ocen. Podczas gdy od czasów kryzysu indeks oczekiwań mocno poszedł w górę, to indeks bieżących ocen uporczywie przez długi czas stał w miejscu i dopiero ostatnio wybija się w górę. W efekcie zbiorczy wskaźnik CCI (który prezentujemy na wykresie) nadal jest nisko w porównaniu z poziomami sprzed ostatniej recesji w USA. Z jednej strony to źle, bo świadczy o tym, że choć kryzys finansowy został zażegnany, to jego negatywne skutki widać do tej pory. Z drugiej, skoro wskaźnik jest ciągle w miarę nisko, to teoretycznie jest jeszcze dużo miejsca na jego poprawę.

[srodtytul]AAII Sentiment Survey[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co tydzień

data publikacji: każdy czwartek[/b]

Członkowie Amerykańskiego Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych (AAII) od 1987 r. co tydzień odpowiadają na pytanie, czy w perspektywie sześciu miesięcy notowania akcji pójdą w górę, w dół czy też się nie zmienią. Tak powstaje najpopularniejszy bodaj wskaźnik w kręgach kontrarian, czyli inwestorów grających przeciwko dominującym na giełdzie nastrojom.

Średnio 39 proc. respondentów AAII deklaruje się jako byki, a 30 proc. jako niedźwiedzie. Ale kontrarianie z uwagą traktują jedynie wyniki sondażu znacznie odbiegające od tej średniej. Wychodzą z założenia,

że inwestorzy mają tendencję do zachowań stadnych, co wyolbrzymia trendy. Gdy pojawiają się powody do obaw, akcje zniżkują poniżej poziomu uzasadnionego tymi obawami. Skrajny pesymizm może więc oznaczać, że inwestorzy nie mają już czego sprzedawać, a na bardzo atrakcyjnie wycenione akcje wkrótce znajdą się amatorzy. I odwrotnie, daleko posunięty optymizm może wskazywać, że wyceny zostały wywindowane do nadmiernego poziomu.

Jak dotąd odsetek niedźwiedzi w sondażu AAII był największy (70,3 proc.) na początku marca 2009 r., gdy zaczynała się trwająca do dziś hossa. Drugi najwyższy wynik, z października 1990 r., zwiastował początek wyjątkowo trwałego rynku byka, zakończonego dopiero bańką dotcomów. Tę zaś, podobnie jak ostatni kryzys, poprzedzał entuzjazm inwestorów. Skrajne nastroje poprzedzały zresztą wszystkie gwałtowne zwroty trendu na Wall Street. Ale sondaż AAII dawał też często fałszywe sygnały. Tak było np. w latach 2003 i 2004, a także na  przełomie 2010 i 2011 r. W ostatnich tygodniach nastroje amerykańskich inwestorów indywidualnych oscylują wokół historycznej średniej.

[srodtytul]Baltic Dry Index[/srodtytul]

[b]częstotliwość: codziennie[/b]

Indeks Baltic Dry (BDI) oblicza i publikuje codziennie londyńska Giełda Bałtycka (Baltic Exchange). Jest on miarą średnich cen frachtu suchych ładunków masowych, takich jak węgiel, rudy metali, zboża. Wbrew nazwie wyraża on koszty transportu morskiego na całym świecie, a nie jedynie w basenie Morza Bałtyckiego.

Ceny frachtu suchych ładunków uchodzą za dobry wskaźnik popytu na surowce, który odzwierciedla oczekiwania producentów żywności i dóbr przemysłowych co do kondycji gospodarki. BDI jest więc swego rodzaju wskaźnikiem wyprzedzającym produkcji. Jego przewagą nad innymi wskaźnikami wyprzedzającymi koniunktury jest to, że nie podlega rewizjom.

W ostatnich latach BDI był trafnym barometrem koniunktury w światowym handlu i gospodarce. Indeks ten ruszył ostro w dół w październiku 2007 r., gdy na giełdach rozpoczynała się bessa, ale mało kto się spodziewał, że będzie ona zarzewiem kryzysu finansowego i załamania gospodarczego. Do grudnia 2008 r. spadł o ponad 94 proc., choć w tzw. międzyczasie odnotował solidne odbicie związane ze skokiem cen surowców. Zaczął zwyżkować na dwa miesiące przed początkiem hossy na światowych giełdach, wracając wiosną 2009 r. do poziomu 4000 pkt, wyraźnie powyżej wieloletniej przedkryzysowej średniej wynoszącej około 2700 pkt.

Od maja ub.r. BDI znów znajduje się w trendzie spadkowym, tym razem nie musi to jednak być zwiastun pogorszenia koniunktury. W trakcie poprzedzającego kryzys boomu armatorzy złożyli wiele zamówień na nowe statki, z których trudno się było wycofać. Statki te dopiero teraz wypływają ze stoczni, zwiększając wolne moce przewozowe. Zdaniem analityków może to ciążyć na cenach frachtu jeszcze przez dwa lata, nawet jeśli popyt nań będzie rósł.

[srodtytul]BIEC Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: między 20. a 23. dniem miesiąca[/b]

WWK to najpopularniejszy z kilku barometrów koniunktury publikowanych przez Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych BIEC, firmę analityczną założoną przez ekonomistów Alfreda i Magdalenę Bieć, dziś wykładowców Szkoły Głównej Handlowej. Jego zadaniem jest wskazywanie zmian aktywności w polskiej gospodarce, zanim potwierdzą to twarde dane makroekonomiczne, takie jak dynamika produkcji, sprzedaży detalicznej, płac czy PKB. Autorzy podkreślają jednak, że WWK ma przede wszystkim wychwytywać punkty zwrotne cyklu koniunkturalnego, tzn. szczyty ekspansji i dna recesji.

Wartość wskaźnika obliczana jest w oparciu o osiem komponentów: giełdowy WIG, podaż pieniądza w szerokim sensie (tzw. agregat M3), nowe zamówienia i wydajność pracy w przemyśle, zapasy wyrobów gotowych w przedsiębiorstwach, kondycja finansowa firm, nastroje ich menedżerów oraz poziom zadłużenia gospodarstw domowych z tytułu kredytów. Część z tych danych pochodzi z GUS, część zaś z sondaży wśród przedsiębiorstw. Choć WWK ukazuje się od jesieni 1998 r., został obliczony także dla wcześniejszych ośmiu lat.

Jak skutecznym wskaźnikiem jest WWK? Silnego spowolnienia gospodarczego z przełomu wieków nie zasygnalizował z wyprzedzeniem i nie doszacował jego skali. Ale ostatnie załamanie koniunktury, które rozpoczęło się w I kwartale 2008 r., zwiastował już od połowy 2007 r., zanim jeszcze rozpoczęła się przecena na warszawskim parkiecie. Dno osiągnął z kolei w styczniu 2009 r., podczas gdy PKB odbił się dopiero w II kwartale tamtego roku, a hossa rozpoczęła się w drugiej połowie lutego. Stosunkowo wysoka wiarygodność WWK w ostatnich latach może być dla inwestorów źródłem niepokoju. Po tym jak w grudniu wskaźnik ten przebił szczyt z 2007 r. (145 pkt), w lutym br. gwałtownie tąpnął. GS

[srodtytul]CBOE Market Volatility Index [/srodtytul]

[b]częstotliwość: codziennie[/b]

Wskaźnik CBOE Market Volatility Index, znany jako VIX, wyraża oczekiwaną przez inwestorów zmienność notowań akcji w perspektywie miesiąca.

Od 1993 r. jest notowany w systemie ciągłym na Chicago Board Options Exchange (CBOE), największej na świecie giełdzie opcji.

VIX obliczany jest w oparciu o średnią cen różnych opcji na indeks S&P 500. Instrumenty te tanieją – a indeks zmienności zniżkuje – gdy inwestorzy nie spodziewają się w kolejnych 30 dniach dużych wahań na giełdzie i nie odczuwają w związku z tym potrzeby zabezpieczania się przed nimi za pomocą odpowiednich kontraktów opcyjnych. I odwrotnie, opcje drożeją, gdy oczekiwane są duże wahania na Wall Street.

W praktyce zmienność notowań akcji jest wysoka w okresach bessy, a niska podczas hossy. Rosnący VIX pośrednio wskazuje więc, że w oczach rośnie prawdopodobieństwo przeceny akcji. Stąd indeks ten jest nazywany „miernikiem strachu”.

Adekwatnie do tego określenia rekordową wartość 80,2 pkt osiągnął w listopadzie 2008 r., gdy światowy system finansowy wydawał się zagrożony implozją.

O ile VIX dobrze oddaje bieżące nastroje inwestorów, jego prognostyczna wartość jest wątpliwa. Leżące u jego podstaw wyceny opcji z reguły bowiem reagują na skoki zmienności na Wall Street z opóźnieniem, zamiast je wyprzedzać. Także kontrariańskie interpretacje „miernika strachu”, w myśl których jego skrajnie niskie odczyty są oznaką nadmiernego optymizmu i zbliżającej się korekty, nie znajdują jednoznacznego potwierdzenia w danych. Przykładowo, jego spadek poniżej 10 pkt w styczniu 2007 r. poprzedzał ostatnią bessę, ale pod koniec 1993 r. równie niskie wartości „wskaźnika strachu” zwiastowały jedynie płytką korektę. Z kolei przed bessą z lat 2000–2002 w ogóle nie spadł on poniżej swojej długoterminowej średniej, wynoszącej 20,4 pkt. Ostatnio VIX oscyluje wokół 18 pkt.

[srodtytul]Chicago PMI[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: ostatni dzień roboczy miesiąca[/b]

Indeks mierzy aktywność w przemyśle stanów Illinois, Indiana i Michigan. Powstaje – tak jak każdy inny wskaźnik PMI – na podstawie ankiety wśród menedżerów logistyki około 300 przedsiębiorstw. Oceniają oni, jak zmieniła się w porównaniu z poprzednim miesiącem kondycja ich firm w pięciu obszarach: nowych zamówień, produkcji, zapasów, cen komponentów i zatrudnienia. Powstałe w oparciu o odpowiedzi na te pytania indeksy cząstkowe oraz cały PMI mogą przyjmować wartości od 0 do 100. Tak jak w przypadku innych wskaźników tego typu, odczyty powyżej 50 pkt oznaczają, że większość ankietowanych menedżerów dostrzegło wzrost aktywności w przemyśle. Powyżej tej granicy ruch indeksu w dół nie wskazuje więc na pogorszenie koniunktury, a jedynie na spadek tempa jej poprawy. Analogicznie, poniżej 50 pkt wzrost PMI nie oznacza poprawy koniunktury. Jest to źródłem częstych błędów w interpretacji tego indeksu.

Objęte tym wskaźnikiem stany nie mają większego znaczenia dla amerykańskiej gospodarki niż inne obszary. Odpowiadają łącznie za około 10 proc. produkcji w USA. Zainteresowanie, jakim cieszy się na rynkach Chicago PMI, wynika z czego innego. Odczyt na dany miesiąc publikowany jest w jego ostatnim dniu roboczym. Tymczasem analogiczny wskaźnik aktywności w całych USA, indeks ISM dla przemysłu, obliczany zresztą przez ten sam Instytut Zarządzania Podażą, ukazuje się pierwszego dnia kolejnego miesiąca. Chicago PMI służy więc inwestorom nie tyle do oceny kondycji gospodarki, ile pomaga im zająć odpowiednią pozycję w dniu publikacji ISM.

Skuteczność Chicago PMI jako prognostyka zmian ISM nie jest jednak stuprocentowa. Średnia 20-miesięczna korelacja obu wskaźników w ostatnich dwóch dekadach wynosiła 76 proc. Stosunkowo często zdarza się też, że przez dwa miesiące poruszają się one w przeciwnych kierunkach. Menedżerowie z Illinois, Indiany i Michigan są też większymi optymistami niż ci z pozostałych stanów. Średnia wartości Chicago PMI w ostatnich dwóch dekadach wynosiła 54,4 pkt, w porównaniu z 51,6 pkt w przypadku indeksu ISM.

[srodtytul]Citigroup Economic Surprise Index (CESI)[/srodtytul]

[b]częstotliwość: codziennie[/b]

Chociaż wskaźnik ten nie należy do najbardziej popularnych i znanych, to jednak zdecydowaliśmy się umieścić go w naszym zestawieniu m.in. ze względu na pomysłowy sposób jego konstrukcji i wynikające z niej przydatne dla inwestorów wnioski. Idea jest prosta. Niemal każdego dnia rynki zalewa fala różnorodnych danych makro, które okazują się mniej lub bardziej rozbieżne w porównaniu z konsensusem prognoz ekonomistów. Indeks CESI obrazuje właśnie takie zbiorcze odchylenia od prognoz w okresie trzech kolejnych miesięcy (na podstawie danych Bloomberga). Poszczególne dane makro otrzymują wagi na podstawie badań ich wpływu na rynek walutowy (który z natury jest bardziej wyczulony na dane niż rynek akcji). Wartości CESI powyżej zera oznaczają, że wśród publikowanych ostatnio danych makro przeważają takie, które okazały się lepsze od oczekiwań.

Patrząc na wykres CESI, szybko można zauważyć, że zwłaszcza jego skrajne odczyty (czyli dramatyczne zaskoczenie ekonomistów ostatnimi danymi) znacznie ułatwiają diagnozowanie sytuacji na giełdzie, nie tylko amerykańskiej. Najpotężniejszą moc prognostyczną wskaźnik ma wówczas, kiedy najpierw skrajnie odchyla się od normy, a potem zaczyna dynamicznie iść w przeciwnym kierunku (wracać w kierunku zera). Taki schemat interpretacji (podobny jak w przypadku znanych z analizy technicznej oscylatorów) pozwoliłby np. wycofać się z rynku akcji na jesieni 2008 r., tuż przed kulminacyjną falą kryzysu finansowego, a także załapać się na dynamiczne odbicie w pierwszej połowie 2009 r.

Ostatnio ten sam schemat sugeruje raczej trzymanie się z dala od akcji. Na początku marca CESI został wywindowany do blisko 100 pkt (co oznaczało, że ekonomiści byli skrajnie pozytywnie zaskakiwani przez wzrost amerykańskiej gospodarki), po czym zaczął spadać. T. H.

[srodtytul]ECRI Weekly Leading Index[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co tydzień

data publikacji: każdy piątek[/b]

Ekonomiści poprawnie przewidzieli dziewięć z ostatnich pięciu recesji – pokpiwał znany przedstawiciel tej profesji Paul Samuelson. Uwaga ta nie dotyczy najwyraźniej Instytutu Badań Cykli Ekonomicznych (ECRI). Publikowane przez niego wskaźniki wyprzedzające koniunktury były chwalone za skuteczność m.in. przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. „ECRI to bodajże jedyna organizacja, która dała ostrzegający sygnał przed każdą z ostatnich trzech recesji w USA; co równie imponujące, nigdy nie ogłosiła fałszywego alarmu” – pisał w 2005 r. tygodnik „Economist”. Dziś, po kolejnej recesji, zdanie to pozostaje prawdziwe.

Instytut założony przez Geoffreya Moore’a, pioniera badań nad cyklami koniunkturalnymi, nie analizuje jednak wyłącznie gospodarki amerykańskiej. Oblicza kilkadziesiąt indeksów dla 19 krajów ze wszystkich kontynentów, a także dla regionów i grup państw, np. G7. Są to nie tylko wskaźniki wyprzedzające koniunktury, ale też produkcji, inflacji czy warunków na rynku pracy. Różnią się też horyzontem prognostycznym. Choć ECRI istnieje od 1996 r., notowania indeksów sięgają nawet 90 lat wstecz.

Spośród amerykańskich indeksów ECRI szczególną uwagą na rynkach cieszy się Weekly Leading Index (WLI), który ma sygnalizować punkty zwrotne w aktywności gospodarczej z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Choć autorzy nie zdradzają konstrukcji tego indeksu, wiadomo, że opiera się on m.in. na cenach akcji, surowców i rentowności obligacji. W efekcie nie podlega dużym rewizjom, w przeciwieństwie do indeksów wyprzedzających koniunktury publikowanych przez OECD czy Conference Board. Wyróżnia się jednak przede wszystkim tym, że ukazuje się co tydzień.

Krytycy wskazują, że na odczyty tego wskaźnika dominujący wpływ mają notowania S&P 500, a więc oba indeksy mają podobną – umiarkowaną – wartość prognostyczną. Ale analitycy ECRI replikują, że zarzut ten oparty jest na banalnej interpretacji WLI, wedle której każdy jego gwałtowny ruch zwiastuje zmianę fazy cyklu koniunkturalnego. I radzą, aby bieżące notowania indeksu porównywać z historycznymi zależnościami między nim a koniunkturą w gospodarce. Tyle że takie podejście czyni WLI niejednoznacznym. Jego załamanie latem ub.r. David Rosenberg, znany strateg rynkowy z firmy Gluskin Sheff, postrzegał jako zwiastun nawrotu recesji. Eksperci ECRI uspokajali, że zanosi się jedynie na spadek dynamiki ożywienia gospodarczego, do którego faktycznie doszło w IV kwartale.

[srodtytul]Empire State Manufacturing Survey[/srodtytul]

[b] częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: połowa miesiąca[/b]

Choć wskaźnik ten jest obliczany na podstawie danych zbieranych tylko w jednym regionie USA (stanie Nowy Jork), to jednak ze względu na znaczenie tego rejonu stanowi on podpowiedź na temat kondycji całego amerykańskiego przemysłu. Co miesiąc nowojorski (czyli najważniejszy) oddział Fedu rozsyła ankietę do mene- dżerów (zazwyczaj prezesów) ok. 175 firm. Ankieta jest zbudowana w podobny sposób, co np. w przypadku opisanego wcześniej ISM (podobieństwo polega także na publikacji subindeksów obrazujących poszczególne elementy składające się na ocenę kondycji przemysłu), choć konstrukcja wskaźnika jest inna, o czym łatwo się przekonać, porównując wykresy (tutaj poziomem granicznym jest zero, a nie 50 pkt). Zalety wskaźnika polegają nie tylko na tym, że jest on publikowany i obserwowany przez mający władzę monetarną Fed, ale też na tym, że jego wartości są znane z wyprzedzeniem w stosunku do innych wskaźników obrazujących kondycję przemysłu, w tym także ISM Manufacturing. Wadą jest z kolei znaczna zmienność wyników utrudniająca wyodrębnienie długoterminowych trendów.

[srodtytul]Investors Intelligence Survey[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co tydzień

data publikacji: każda środa[/b]

Wskaźniki publikowane przez firmę analityczną Investors Intelligence należą do kanonu narzędzi stosowanych przez zwolenników strategii kontrariańskich, czyli działających wbrew opinii większości (co oparte jest na założeniu, że większość uczestników rynku zazwyczaj nie ma racji). Wskaźniki wchodzące w skład tzw. raportu o nastrojach doradców w USA (którego początki sięgają 1963 r.) opierają się na dwóch parametrach: odsetku byków (optymistów) i niedźwiedzi (pesymistów) wśród autorów niezależnych newsletterów (biuletynów) inwestycyjnych w USA (obecnie jest ich ponad 100). Odsetki te mogą być traktowane jako wskaźniki same w sobie, często jednak mowa jest o zbudowanym na ich bazie wskaźniku Bull/Bear Ratio. Jego konstrukcja jest prosta – odsetek byków dzieli się przez odsetek niedźwiedzi. Taka proporcja pokazuje relację optymistów do pesymistów, obejmuje więc obie strony rynku.

Sami autorzy wskaźnika zastrzegają, że w sposób kontrariański należy go interpretować jedynie wtedy, kiedy przybiera skrajnie wysokie lub niskie wartości, co zdarza się stosunkowo rzadko. Pod tym względem Bull/Bear Ratio sprawdził się np. jako zachęta do kupowania akcji w okresie po panice na jesieni 2008 r. – wówczas wynosił niewiele ponad 0,30. Obecnie odczyty są również skrajne, tyle że giełdowe wahadło odchyliło się w przeciwną stronę. Według odczytu z 7 kwietnia Bull/Bear Ratio sięgnął aż 3,65, co jest wartością rekordową w ostatnich latach. Dla kontrarian jest to poważny sygnał ostrzegawczy.

Wadą wskaźnika Investors Intelligence – podobnie zresztą jak większości miar „sentymentu” rynkowego – jest to, że nie ma ściśle określonych poziomów, których przekroczenie sygnalizuje bliski koniec dotychczasowej tendencji. Zanim więc dojdzie do zwrotu, trend może jeszcze przez pewien czas się utrzymywać.

[srodtytul]ISM Non-Manufacturing Index[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: trzeci dzień roboczy miesiąca[/b]

To kolejny indykator publikowany przez Institute of Supply Management, podawany dwa dni po popularnym indeksie dla przemysłu przetwórczego (i mający znacznie krótszą historię, sięgającą 1998 r.). Chociaż niekiedy określany jest jako wskaźnik dla sektora usług, to jednak zrezygnowaliśmy z posługiwania się tą uproszczoną nazwą, ponieważ jest ona myląca. ISM Non-Manufacturing obejmuje bowiem nie tylko typowe usługi i handel (choć trzeba przyznać, że ich udział jest dominujący), ale także niektóre istotne branże przemysłu, nie zaliczane do przetwórstwa (np. przemysł wydobywczy), oraz rolnictwo i leśnictwo. W grupie tej jest też budownictwo.

Chociaż wpływ odczytów ISM Non-Manufacturing na rynki jest zazwyczaj mniejszy niż publikowanego wcześniej ISM Manufacturing, to jednak i on jest wart uwagi, bo jest ważnym dopełnieniem tej pierwszej publikacji. Dopiero analiza obydwu wskaźników pozwala lepiej oszacować wzrost całej gospodarki. Niekiedy to ISM Non-Manufacturing okazuje się bardziej przydatny w analizach. Przykładowo w ostatnich kilkunastu miesiącach jego trend wzrostowy jest znacznie bardziej stabilny, niż zwyżka indeksu dla przemysłu przetwórczego. Ostatnio zaczął jednak spadać. Jeśli zniżka powtórzy się w maju, będzie to powód do obaw dla inwestorów.

[srodtytul]OECD – Composite Leading Indicators[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: drugi poniedziałek miesiąca[/b]

Wskaźniki wyprzedzające koniunktury obliczane przez ekspertów OECD dla krajów i grup krajów (np. strefy euro) należących do tej organizacji nie są co prawda w czołówce, jeśli chodzi o popularność w mediach (większym zainteresowaniem cieszą się prognozy OECD dotyczące wzrostu gospodarczego), ale dla inwestorów są warte monitorowania z kilku powodów. Choćby dlatego, że wskaźniki te poruszają się w stabilnych, wielomiesięcznych tendencjach. Tu w odróżnieniu od wielu twardych danych makro, nie trzeba się co miesiąc zastanawiać nad znaczeniem ruchów odwrotnych do dotychczasowej tendencji, bo kiedy już tendencje się na dobre narodzą, to trwają długo bez przystanków. Po drugie, wskaźniki OECD są cenne ze względu na synchronizację wysyłanych przez nie sygnałów ze zmianami długoterminowych tendencji na giełdzie. Jeśli chodzi o Polskę, to indykator bardzo dobrze sprawdził się zarówno w roli ostrzeżenia przed niedawną bessą (zaczął spadać na wiosnę 2007 r.), jak i jako zachęta do kupowania tanich akcji na początku 2009 r. (słabiej sprawdzał się dziesięć lat temu, gdy zdecydowanie za wcześnie dał sygnał do odwrotu przed pęknięciem bańki internetowej w 2000 r.). Niestety, od jesieni 2010 r. wskaźnik dla Polski znów spada, co może budzić obawy. Pociesza natomiast utrzymujący się wzrost m.in. w USA.

Wskaźniki OECD są wyliczane na bazie innych, starannie dobranych danych makro (w przypadku Polski jest to m.in. produkcja przemysłowa i kurs złotego). Przy analizie warto zwrócić uwagę na to, jaką wersję obliczeniową wskaźnika bierzemy pod uwagę (m.in. amplitude adjusted, normalised). Wadą tych indykatorów są rewizje sięgające wiele miesięcy wstecz (z tego względu wartości wskaźnika są niewiele mówiące, warto skupić się na analizie tendencji). Na szczęście nie są one na tyle poważne, by przesuwać długoterminowe punkty zwrotne o więcej niż jeden–dwa miesiące.

[srodtytul]Pengab[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: środa trzeciego tygodnia [/b]

Indeks Pengab jest miarą koniunktury w sektorze bankowym, obliczaną od 1993 r. przez ośrodek badawczy Pentor na zlecenie Związku Banków Polskich. Powstaje w oparciu o sondaż wśród przedstawicieli 200 placówek bankowych z całego kraju. Jego uczestnicy odpowiadają m.in. na pytania, jak zmienił się stan depozytów i kredytów, oprocentowanie pożyczek, popyt na akcje i obligacje oraz ogólna sytuacja ekonomiczna placówek. Ocen dokonują w porównaniu z poprzednim miesiącem, ale formułują też prognozy na kolejne trzy miesiące. Powstające na tej podstawie indeksy cząstkowe, wykorzystywane do obliczania zbiorczego indeksu Pengab, także są publikowane, dając pełniejszy obraz tendencji w poszczególnych obszarach bankowości. Pengab jest dość skutecznym narzędziem do przewidywania wyników sektora bankowego. W 18-letniej historii tego wskaźnika tylko pięciokrotnie się zdarzyło, aby jego średnioroczna wartość zmieniła się w innym kierunku niż wynik netto banków.

Ale indeks i niektóre jego subindeksy uchodzą także za barometry koniunktury w realnej gospodarce, która zależna jest od aktywności na rynku kredytowym. Faktycznie, kierunek zmian jego średniorocznej wartości w ostatnich 18 latach tylko pięciokrotnie rozminął się z kierunkiem zmian tempa wzrostu polskiego PKB. Ale do precyzyjnych prognoz makroekonomicznych wskaźnik się nie nadaje. O ile przed ostatnim kryzysem osiągnął lokalne maksimum na początku II kwartału 2007 r., w którym spowalniać zaczęła gospodarka, a odbił się na początku II kwartału 2009 r., w którym rozpoczęło się ożywienie gospodarcze, o tyle na poprzednie spowolnienie gospodarcze (z lat 2000–2002) i następującą po nim ekspansję zareagował z opóźnieniem.

Do poziomu sprzed ostatniego kryzysu Pengab do dziś nie powrócił. Jego silne odbicie zakończyło się w kwietniu 2010 r. na poziomie 34,8 pkt, czyli nieco powyżej historycznej średniej wynoszącej 33 pkt. Ale od tego czasu oscyluje on wokół 30 pkt, wskazując, że sektor bankowy i gospodarka złapały lekką zadyszkę.

[srodtytul]Philadelphia Fed Survey[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: trzeci czwartek miesiąca[/b]

Znany też jako Philly Fed wskaźnik ten jest obliczany przez oddział amerykańskiego banku centralnego w Filadelfii. Pod tym względem przypomina on opisany wcześniej indeks Empire State Manufacturing Survey (tworzony z kolei przez oddział Fedu w Nowym Jorku). Podobnie jak on obrazuje kondycję lokalnego przemysłu (na podstawie ankiet wśród przedsiębiorców), która jest wskazówką co do sytuacji w całym amerykańskim sektorze wytwórczym. Chociaż publikowany jest już po odczycie indeksu Empire State, to jednak znacznie wcześniej niż ISM Manufacturing. Ponieważ Philly Fed – mimo podobnej konstrukcji – zmienia się czasem w sposób wyraźnie inny niż Empire State (tak jest w ostatnich miesiącach), warto analizować je łącznie. Zwykłe zsumowanie wartości obu wskaźników pozwoliłoby np. przewidzieć niedawne nowe maksima ISM Manufacturing. Zdarzają się poza tym okresy, kiedy Philly Fed wyraźnie góruje nad Empire State, jeśli chodzi o walory prognostyczne – przykładowo w ostatnich 12 miesiącach jego korelacja z ISM wynosiła aż 89 proc. (dla Empire State było to 31 proc.).

[srodtytul]S&P/Case-Shiller Home Price Index[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: ostatni wtorek miesiąca[/b]

Indeks S&P/Case-Shiller mierzy ceny jednorodzinnych domów w aglomeracjach 20 amerykańskich metropolii, m.in. Bostonu, Chicago, Detroit i Nowego Jorku. Publikowany jest ze sporym poślizgiem: odczyt z danego miesiąca to średnia zmiana cen z kwartału zakończonego dwa miesiące wcześniej. Metodologię kalkulacji wskaźnika opracowali w latach 90. znani ekonomiści Karl Case i Robert Shiller. W 2001 r. założoną przez nich spółkę analityczną przejęła agencja ratingowa Standard & Poor’s i to ona od tego czasu publikuje indeks S&P/C-S.

Pomijając to, że na Chicagowskiej Giełdzie Towarowej (CME) notowane są kontrakty terminowe i opcje na ten wskaźnik, jego znaczenie dla inwestorów wynika stąd, że nieruchomości stanowią większą część majątku przeciętnego Amerykanina. Przykładowo w 2007 r. wartość wszystkich nieruchomości mieszkalnych w USA wynosiła 22,5 bln USD, podczas gdy kapitalizacja rynku akcji niespełna 20 bln USD. Ruchy cen domów wpływają więc na zdolność kredytową Amerykanów, a także na ich ocenę własnej siły nabywczej, a przez to na ich wydatki konsumpcyjne.

Od szczytu z kwietnia 2006 r. do maja 2009 r. ceny domów w USA załamały się o 32 proc. Po nieznacznym odbiciu od czerwca ubiegłego roku znów zniżkują. Część ekonomistów jest zdania, że dopóki w nieruchomościach nie nastąpi odbicie, amerykańska gospodarka nie doświadczy ożywienia gospodarczego z prawdziwego zdarzenia. To tłumaczy, dlaczego w następstwie kryzysu S&P/C-S budzi tyle emocji.

Rynki z uwagą śledzą też inne barometry koniunktury na rynku nieruchomości, takie jak sprzedaż domów (nowych i z drugiej ręki) czy liczba rozpoczętych budów. Wszystkie te wskaźniki publikowane są raz na miesiąc, ale ich wartość podawana jest w przeliczeniu na rok. Przykładowo wartość ostatniego z nich wyniosła w lutym 479 tys., co oznacza, że tyle budów domów rozpoczęłoby się w całym roku, gdyby utrzymała się koniunktura z tego miesiąca. A raczej dekoniunktura, bo był to drugi najgorszy odczyt tego wskaźnika w jego 50-letniej historii.

[srodtytul]Ufność konsumencka GUS[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: druga połowa miesiąca[/b]

Główny Urząd Statystyczny w pierwszej chwili kojarzyć się może wyłącznie z twardymi danymi makro typu produkcja przemysłowa, tymczasem publikuje on także znane z rynków zachodnich wskaźniki sentymentu. Na podstawie ankiet powstają dwie miary nastrojów konsumentów, z których szczególnie wart uwagi jest wskaźnik wyprzedzający. Obrazuje on oczekiwania gospodarstw domowych dotyczące sytuacji gospodarczej, rynku pracy i możliwości oszczędzania w najbliższych 12 miesiącach.

Przy interpretacji wskaźnika niezbyt istotne są konkretne wartości (teoretycznie może się on poruszać w przedziale od -100 do +100 pkt, przy czym w praktyce nawet w okresie największego boomu był poniżej zera, co być może jest oznaką słynnej skłonności Polaków do narzekania), liczą się za to tendencje. Przez większość swej kilkuletniej historii (comiesięczne wartości GUS podaje od lutego 2004 r.) wskaźnik poruszał się w kierunku zgodnym z długoterminowymi trendami na GPW. Systematyczna poprawa nastrojów konsumentów towarzyszyła rekordowo długiej hossie z lat 2003–2007, potem wraz z giełdą wskaźnik załamał się i gwałtownie szedł w dół aż do wiosny 2009 r., kiedy zaczął na nowo się poprawiać.

Od jesieni 2010 r. w tej silnej korelacji coś jednak zazgrzytało. Ufność konsumentów znów zaczęła się szybko obniżać, co tłumaczy się m.in. obawami inflacyjnymi. W odróżnieniu jednak od dotychczasowej historii, tym razem coraz gorsze nastroje Polaków wcale nie przełożyły się na koniunkturę giełdową.

Co prawda przez kilka miesięcy od jesieni ub.r. główne indeksy stały w miejscu, ale o silnych spadkach nie było mowy, a potem kursy znów zaczęły ustanawiać rekordy hossy. Ta zaskakująca rozbieżność, bezprecedensowa w dotychczasowej historii, to ciężki orzech do zgryzienia dla analityków. Czy inwestorzy giełdowi są zbytnimi optymistami, a im wyżej jeszcze urosną kursy, tym bardziej później spadną, czy może jednak nastroje konsumentów pogorszyły się przejściowo?

[srodtytul]University of Michigan/Thomson Reuters Consumer Sentiment Index[/srodtytul]

[b]data publikacji: wstępny odczyt w drugi

piątek miesiąca, ostateczny w ostatni piątek miesiąca[/b]

Dynamika wydatków konsumpcyjnych, które generują około 60–65 proc. amerykańskiego PKB, to jeden z najważniejszych wskaźników makroekonomicznych w USA. Nic dziwnego, że już 60 lat temu na Uniwersytecie w Michigan opracowano indeks zaufania konsumentów do gospodarki (CSI), który miał pozwalać na prognozowanie tych wydatków.

Dziś indeks ten jest jednym z najpilniej śledzonych na rynkach finansowych wskaźników. Powstaje w oparciu o odpowiedzi 500 Amerykanów na pięć pytań. Ankietowani muszą porównać kondycję swoich finansów ze stanem sprzed roku oraz ocenić, czy jest to dobry moment na kupno mebli, sprzętu AGD i RTV, a także przedstawić swoje przewidywania co do koniunktury w gospodarce w perspektywie roku oraz pięciu lat. Na tej podstawie wyliczane są trzy wskaźniki: indeks obecnych nastrojów, indeks oczekiwań oraz indeks zbiorczy.

Choć na przestrzeni lat pojawiły się innego tego typu indeksy, to mają one nieco inną konstrukcję, nie stanowią więc substytutu wskaźnika CSI, tylko jego uzupełnienie. Przykładowo, ten publikowany przez ośrodek Conference Board bada oczekiwania konsumentów w perspektywie sześciu miesięcy i zawiera pytanie o warunki na rynku pracy.

Na pierwszy rzut oka zmiany CSI wydają się faktycznie wyprzedzać zmiany wydatków konsumpcyjnych. Przykładowo ostatnie jego minimum (55,4 pkt) przypadło na listopad 2008 r., na pół roku przed odbiciem wydatków. Ale z badań Sydneya Ludvigsona, profesora Uniwersytetu Nowojorskiego, wynika, że wskaźnik ten wyjaśnia przyszły popyt konsumpcyjny amerykańskich gospodarstw domowych w zaledwie 15 proc. To może tłumaczyć, dlaczego popyt ten od półtora roku

nieprzerwanie rośnie, choć zwyżki CSI ustały na początku 2010 r. W marcu br. jego wartość spadła do zaledwie 67,5 pkt, w porównaniu z długoterminową średnią na poziomie 86 pkt.

[srodtytul]ZEW Indicator of Economic Sentiment[/srodtytul]

[b]częstotliwość: co miesiąc

data publikacji: drugi lub trzeci wtorek miesiąca[/b]

Tytułowy indeks to tylko jeden z wielu wskaźników ekonomicznych publikowanych przez Centrum Europejskich Badań nad Gospodarką (ZEW) z Mannheim, ośrodek analityczny utworzony w 1991 r. z inicjatywy rządu Badenii-Wirtembergii. Zyskał jednak taką popularność, że dziś to on jest znany pod nazwą ZEW.

Indeks ten powstaje na podstawie sondażu wśród 350 specjalistów z dziedziny finansów: inwestorów instytucjonalnych i analityków. Odpowiadają oni na  pytanie, jak w perspektywie sześciu miesięcy zmieni się sytuacja w niemieckiej gospodarce. Wartość wskaźnika, która może oscylować między -100 a 100 pkt, to różnica między odsetkiem respondentów oczekujących poprawy koniunktury, a odsetkiem tych, którzy spodziewają się jej pogorszenia (odpowiedzi neutralne nie są brane pod uwagę). Średnio liczba optymistów przewyższa liczbę pesymistów o 26,6 pkt proc., ale różnica ta jest bardzo zmienna. Analogiczne barometry nastrojów instytut z Mannheim oblicza m.in. dla gospodarek USA, Wielkiej Brytanii, Japonii i całej strefy euro.

Ostatni lokalny szczyt przed kryzysem z minionych lat ZEW osiągnął w maju 2007 r., a więc niespełna rok przed początkiem recesji nad Renem i na siedem miesięcy przed załamaniem giełdowego indeksu DAX. Historyczne minimum odnotował zaś w lipcu 2008 r., siedem miesięcy przed początkiem ożywienia gospodarczego i hossy. W tym okresie niemieccy finansiści wykazywali się więc dobrym wyczuciem, sygnalizując zmiany koniunktury w gospodarce i na giełdzie ze sporym wyprzedzeniem. Z drugiej strony szczyt z 2007 r. był tylko skutkiem krótkiego odbicia indeksu ZEW po jego ostrym załamaniu z 2006 r. To pogorszenie nastrojów okazało się fałszywym alarmem. Można to uważać za potwierdzenie, że duża zmienność ZEW utrudnia niekiedy jego poprawną interpretację.[/ramka]

[mail=grzegorz.siemionczyk@parkiet.com]grzegorz.siemionczyk@parkiet.com[/mail]

[mail=tomasz.hondo@parkiet.com]tomasz.hondo@parkiet.com[/mail]

 

 

 

 

 

 

Załączniki


Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA