Materiał powstał we współpracy z Liftero

Jesteście kolejnym, trzecim przedstawicielem sektora kosmicznego na giełdzie.

Tomasz Palacz: Tak, działamy w sektorze kosmicznym i w tym całym łańcuchu pełnimy rolę dostawcy podsystemów – budujemy je i sprzedajemy producentom satelitów. Mówiąc konkretnie, są to systemy napędowe, które pomagają satelitom przemieszczać się na orbicie, gdy zostały już tam wyniesione rakietą nośną, np. Falcon 9 od SpaceX. Czyli znajdujemy się na tym samym „piętrze” co Scanway, tylko że on robi ładunki optyczne, a my systemy napędowe. Są one dziś fundamentalnym elementem, który każdy satelita musi posiadać, aby efektywnie wykonywać swoje zadanie. Sprzedajemy „piętro wyżej”, czyli producentom satelitów, takim jak np. nasz lokalny Creotech Instruments i cała grupa producentów globalnych. Jesteśmy w stanie dostarczać nasz produkt na cały świat, natomiast mamy oczywiście preferowane rynki – USA, Azja, Europa. Co ważne, prowadzimy biznes tylko z krajami sojuszniczymi, ponieważ nasze produkty podpadają pod kategorię dual use (technologie podwójnego zastosowania, które mogą być używane zarówno do celów cywilnych, jak i wojskowych – red.).

Co konkretnie sprzedajecie?

Tomasz Palacz: Nasz produkt to BOOSTER – chemiczny system napędowy oparty na nietoksycznych materiałach pędnych. W marcu zeszłego roku wynieśliśmy go na orbitę w ramach sfinansowanej przez nas misji RED5. Udaną demonstrację na orbicie potwierdziły wyniki kampanii testowej – każdy może sprawdzić, jak nasz napęd umożliwiał zmiany orbity satelity. Wykonaliśmy już kilkadziesiąt odpaleń naszego silnika, a misja nadal trwa i generujemy kolejne cenne dane na temat działania systemu. W ten sposób uzyskaliśmy flight heritage (potwierdzenie działania technologii w kosmosie – red.) i jesteśmy gotowi na szeroką komercjalizację produktu.

Czym wyróżnia się system BOOSTER?

Tomasz Palacz: To system napędowy, który można zastosować do każdego satelity o masie od 30 kg do ponad 500 kg. Produkt jest mocno skalowalny, ponieważ budujemy go na zasadzie „klocków lego”. Dzięki temu jesteśmy w stanie elastycznie dopasować się do potrzeb poszczególnych klientów. W praktyce wygląda to tak, że dana firma mówi nam, co chce zrobić, jakie ma cele i ile ma miejsca, a my wszystko konfigurujemy i z elementów, które mamy już gotowe, komponujemy odpowiednie urządzenie. BOOSTER jest więc jednym produktem, ale może mieć wiele odsłon i w zależności od konfiguracji posiada od jednego do nawet kilkunastu silników. Wyróżnia nas również czas dostawy – u nas to zaledwie sześć–dziewięć miesięcy, podczas gdy średnia rynkowa to 12–36 miesięcy. To mocno pomaga nam w biznesie, szczególnie w segmencie młodych, dynamicznych firm z nurtu New Space, które chętnie z nami współpracują. W marcu br. podpisaliśmy kontrakt z indyjską firmą OrbitAID – największy w naszej historii; dotyczy dostarczenia dwóch systemów BOOSTER wyposażonych łącznie w ponad dziesięć silników. Teraz rozmawiamy z kolejnymi klientami zagranicznymi, a liczba tych interakcji i stopień ich zaawansowanie wyraźnie wzrosły po tym, gdy uzyskaliśmy flight heritage. W szczególności chcemy się rozwijać na rynku amerykańskim, w Azji i Europie. Nasz produkt ma duży potencjał – to chemiczny napęd nowej generacji, wykorzystujący nietoksyczne paliwo. Jest to ta generacja napędów, która wypiera produkty starego typu.

Dlaczego?

Tomasz Palacz: Jest lepsza pod wieloma względami – operacyjnymi, logistycznymi, związanymi z bezpieczeństwem i regulacjami. W dodatku jest tańsza od dotychczas stosowanych napędów chemicznych. Nasze rozwiązanie charakteryzuje się wysokim ciągiem, co umożliwia wykonywanie sprawnych manewrów na satelicie, nawet dziesięć razy szybszych niż w konkurencyjnych napędach elektrycznych. Ma to szczególnie duże znaczenie w obecnych niespokojnych geopolitycznie czasach oraz biorąc pod uwagę coraz większe zagęszczenie na orbicie. Innymi słowy, nasz napęd pomaga m.in. unikać zderzeń i umożliwia szybki powrót do wykonywanych przez satelitę podstawowych działań, czyli generowania danych i pieniędzy dla swojego właściciela. Nasz BOOSTER ma zdecydowanie lepsze parametry niż konkurencja. Żeby to zobrazować, posłużę się przykładem operacyjnym: napęd naszej głównej konkurencji z Holandii przegrzewa się po 10 s, podczas gdy my zademonstrowaliśmy nieprzerwany czas działania ponad 20 min i moglibyśmy go jeszcze wydłużyć. To przepaść. To wszystko sprawia, że jesteśmy w stanie skutecznie powalczyć o rynek, który wzrośnie dla nas nawet pięciokrotnie do 2030 r. – co szacujemy na podstawie dostępnych raportów branżowych i szacowanej liczby adresowalnych satelitów. Oczywiście jesteśmy na wczesnym etapie, ale już teraz obserwujemy bardzo duże zainteresowanie, które dobrze wyraża nasz pipeline przedstawionych ofert lub przygotowywanych odpowiedzi na zapytania potencjalnych klientów o wartości 115 mln euro. W ostatnim półroczu wzrósł ponadtrzykrotnie. Chcemy być w stanie obsługiwać zarówno mniejsze zamówienia, jak i kontrakty na całe konstelacje, dlatego mocno inwestujemy w zwiększanie zdolności produkcyjnych, kadry i maszyny. I to właśnie dlatego przeprowadziliśmy IPO.

Spółka pozyskała 17,5 mln zł brutto. To więcej, niż planowano.

Przemysław Drożdż: Emisja rzeczywiście zakończyła się dużym sukcesem. Do spółki ostatecznie trafiło więcej pieniędzy, niż pierwotnie planowaliśmy, ponieważ wysokie zainteresowanie inwestorów ofertą umożliwiło podniesienie ceny akcji. Popyt w transzy otwartej 20-krotnie przewyższył liczbę oferowanych akcji, skutkując redukcją zapisów na poziomie ok. 95 proc. Do akcjonariatu dołączyły m.in. profesjonalne fundusze inwestycyjne, a TFI PZU przekroczyło próg 5 proc. Sukces emisji wynikał z tego, że mamy bardzo dobre fundamenty i perspektywy – historycznie „dowieźliśmy” to, co deklarowaliśmy. Nasz napęd przetestowaliśmy już w warunkach kosmicznych, uzyskując kluczowy w branży flight heritage, i mamy podpisane pierwsze kontrakty. Ponadto obsługujemy najszybciej rosnący dziś segment małych satelitów. Czujemy, że jesteśmy w doskonałym miejscu i czasie, a dodatkowo sprzyja nam sentyment rynkowy.

Wasza spółka trafiła z IPO na dobry czas, związany z ofertą publiczną i debiutem SpaceX Elona Muska.

Tomasz Palacz: W tym kontekście warto zauważyć, że zarówno Elon, jak i my budowaliśmy najpierw solidne fundamenty. Nasza firma działa od 2019 r. Najpierw zaczęliśmy budować produkt, potem przetestowaliśmy go na Ziemi, a następnie w kosmosie. W zeszłym roku zaczęliśmy wychodzić szerzej do klientów, co zaowocowało dużym zainteresowaniem i pipelinem. Natomiast należy pamiętać, że na efekty procesów sprzedażowych w tej branży trzeba poczekać i konwersja zapytań na twarde kontrakty będzie rosła stopniowo. Liczymy tutaj jednak na efekt kuli śnieżnej, w której każdy kolejny silnik Liftero operujący na orbicie będzie zwiększał naszą wiarygodność w oczach potencjalnych klientów – zwłaszcza konstelacyjnych. W takie projekty celujemy i pod to zwiększamy nasze zdolności produkcyjne.

Czy docelowo chcecie być spółką notowaną na rynku głównym?

Przemysław Drożdż: Zdecydowanie tak. Takie są plany. Zdecydowaliśmy się podążać taką ścieżką jak inne spółki z tej branży (Scanway i Creotech Instruments – red.), które najpierw zadebiutowały na NewConnect, a następnie przeniosły swoje notowania na rynek główny. Mam nadzieję, że wydarzy się to raczej wcześniej niż później, natomiast nie podajemy konkretnego terminu, ponieważ sami jeszcze go sobie nie wyznaczyliśmy. Giełda to dla nas nowa przestrzeń i chcemy mieć pewność, że starannie ułożyliśmy wewnętrzne procesy, zarówno w zakresie dostosowania się do regulacji wymaganych przez NC, jak i wysokich standardów w zakresie komunikacji z rynkiem. W ten sposób docelowe przejście na główny parkiet będzie dla nas z czasem naturalnym krokiem.

Chcę jeszcze zapytać o wyniki. Prognoz finansowych w memorandum informacyjnym nie ma. Czy da się określić, jakie wyniki zamierzacie osiągać w kolejnych latach i kiedy spółka zamierza osiągnąć próg rentowności?

Tomasz Palacz: To zbyt wczesny etap biznesu, aby mówić zarówno o prognozach, jak i o progu rentowności. Gdy rozwiniemy biznes i zwiększymy sprzedaż, wówczas będziemy mogli pokusić się o podanie konkretnych liczb. Ubiegły rok zakończyliśmy przychodami na poziomie 1,7 mln zł, natomiast zawarty przez nas kontrakt z marca br. już opiewa na wyższą kwotę i zostanie zaksięgowany w br. Backlog wynosi ok. 3,1 mln zł, w potencjalnych kontraktach z ESA do końca roku identyfikujemy potencjał na ok. 5 mln zł, a we wnioskach do PARP, już złożonych lub opracowywanych, walczymy o ok. 30 mln zł. Jak widać, nie chcemy polegać wyłącznie na jednym źródle przychodów, dlatego podpisujemy kontrakty komercyjne, współpracujemy z ESA, a także weryfikujemy, na ile polskie instytucje „misyjne” faktycznie zamierzają wspierać rozwój innowacji w Polsce.

Wróćmy jeszcze do IPO. Na co konkretnie zamierzacie wydać pieniądze, wspomnieli panowie m.in. o rozwoju kadr. Teraz w spółce pracuje ok. 20 osób?

Przemysław Drożdż: Tak. Mamy obecnie 22 pracowników. Ta liczba będzie rosła, do końca roku chcemy ją praktycznie podwoić i zbudować zespół ok. 40 ekspertów. Generalnie środki będziemy przeznaczać dwutorowo. Z jednej strony chcemy pokryć jak najszerzej rynek – dlatego musimy rozwijać technologie, aby móc odpowiadać również na potrzeby bardziej specyficznych klientów. Z drugiej chcemy rozbudowywać nasze zdolności produkcyjne. Tak, abyśmy mogli pokazać potencjalnym klientom, że mamy zaplecze produkcyjne, które pozwoli działać na większą skalę, np. obsłużyć rozciągnięty na kilka lat kontrakt na całą konstelację.

O jakiej skali mowa?

Przemysław Drożdż: To rząd kilkudziesięciu sztuk systemów rocznie. A każdy system może zawierać do kilkunastu silników. Od samego początku projektowaliśmy nasz produkt z myślą o przyszłej produkcji w skali pozwalającej obsłużyć klientów konstelacyjnych, dostarczając im dziesiątki naszych systemów BOOSTER rocznie. Ważnym aspektem naszego rozwoju jest ekspansja międzynarodowa. Chodzi nam w szczególności o USA oraz Indie, gdzie upatrujemy największych możliwości rozwoju. Będziemy też inwestować w sprzedaż i marketing, aby odblokować „wąskie gardło”, które pojawiło się po tym, jak zainteresowanie naszym produktem gwałtownie wzrosło, gdy osiągnęliśmy flight heritage – chcemy zwiększyć tempo przygotowywania ofert dla potencjalnych klientów. Ma to również związek z tym, że znaleźliśmy się w bardzo ciekawym i perspektywicznym momencie, jeśli chodzi o zmianę paradygmatu w sektorze kosmicznym. Ciężar przesuwa się z pojedynczych, dużych, drogich misji na więcej mniejszych. To dla nas duża szansa, bo sprawia że poniekąd wszyscy startujemy z tego samego punktu – nikt nie był przygotowany na produkcję napędów w takiej skali. I chociaż nie jesteśmy jeszcze dużą firmą, to zamierzamy o ten rynek powalczyć.