Wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA był dla (post)komunistycznych władz w Pekinie zapewne dużym wstrząsem. Aż do ostatniej chwili namawiały one amerykańskich wyborców pochodzenia chińskiego, by oddawali swe głosy na Hillary Clinton. Pamiętano, że polityka Clintonów z lat 90., wręcz zachęcająca amerykańskie firmy do przenoszenia produkcji do Państwa Środka oraz przymykająca oczy na wiele „grzeszków" Pekinu, mocno przyczyniła się do zdobycia supermocarstwowej pozycji przez Chiny. Zamiast pani Clinton prezydentem został jednak Donald Trump, czyli człowiek, który krytykę „nieuczciwego handlu" z Chinami uczynił jednym z głównych motywów swojej kampanii wyborczej. Koszmary senne decydentów z Pekinu sprawdziły się, gdy Trump odbył – bez dyplomatycznego skonsultowania się z nimi – rozmowę telefoniczną z prezydent Tajwanu Tsai Ing Wen. To był pierwszy od 1979 r. taki kontakt pomiędzy przywódcami USA i Republiki Chińskiej. Prezydent elekt wypomniał wkrótce potem władzom Chin na Twitterze, że od lat manipulują kursem swojej waluty i prowadzą agresywną politykę na Morzu Południowochińskim. Zasugerował też, że kwestię relacji USA z Tajwanem może wykorzystać jako środek nacisku w przyszłych negocjacjach handlowych z Chinami. Do wszystkich dotarło, że prezydentura Trumpa może oznaczać koniec tzw. Chimeryki, czyli strategicznej symbiozy USA i Chin zbudowanej na wspólnych interesach gospodarczych.