Obserwując przebieg ostatnich sesji, zarówno w Warszawie, jak i za oceanem, trudno oprzeć się wrażeniu, że paliwo, którym rynki żywiły się na początku roku, zaczyna się powoli wyczerpywać. Nie mamy jednak do czynienia z paniczną ucieczką kapitału czy odwróceniem trendu, lecz z klasyczną „zadyszką” i próbą weryfikacji siły popytu w newralgicznych punktach technicznych. Mimo zaawansowanej fazy hossy, rynek wchodzi w etap wyczekiwania, gdzie o dalszym kierunku zadecyduje między innymi to, w jaki sposób inwestorzy zdyskontują trwający sezon wyników w USA i czy dane płynące ze spółek staną się wystarczającym impulsem do kontynuacji ruchu.
Sytuacja na warszawskim parkiecie doskonale odzwierciedla ten globalny marazm. Analizując wykres dzienny WIG20, widzimy, że popyt wciąż utrzymuje techniczną przewagę, ale impet wzrostowy wyraźnie przygasł. Benchmark oddala się od kluczowych rozstrzygnięć, co jest bezpośrednią konsekwencją nieudanego ataku na rozbudowany klaster podaży 3340–3366 pkt. To właśnie ta strefa, wyznaczona na bazie licznych zniesień zewnętrznych i wzmocniona elementami klasycznej analizy technicznej, pozostaje sufitem, którego przebicie otworzyłoby drogę do dalszej eskalacji wzrostów. Obecnie jednak ciężar gry przenosi się na niższe pułapy.
W kontekście bieżącego zachowania indeksu warto zatem zwrócić szczególną uwagę na strukturę wsparć. Pierwszym buforem bezpieczeństwa jest testowany w ostatnich dniach intradayowy węzeł cen 3226–3232 pkt zniesienia 14,6 proc. i 18,6 proc. Jednak z punktu widzenia średnioterminowego, dużo większe znaczenie ma niżej położona zapora popytu 3149–3173 pkt. To strategiczny bastion obronny dla warszawskich byków – strefa koncentracji licznych zniesień Fibonacciego. Dopóki indeks broni tego poziomu, scenariusz wzrostowy pozostaje niezagrożonym wariantem bazowym. Dopiero trwałe zejście poniżej wymienionego klastra stanowiłoby wyraźny sygnał ostrzegawczy, sugerujący fundamentalną zmianę układu sił.
Zatrzymanie w Warszawie jest w dużej mierze pochodną wydarzeń na Wall Street, która w tym tygodniu oficjalnie zainaugurowała sezon publikacji wyników kwartalnych. Inwestorzy zapoznali się dopiero z pierwszą porcją danych, w tym z raportem tajwańskiego potentata TSMC, który posłużył do wstępnej oceny kondycji sektora technologicznego. Równie istotne na starcie tego okresu były publikacje takich gigantów, jak: Bank of America, Wells Fargo, Citigroup, Goldman Sachs, Morgan Stanley czy BlackRock. To właśnie sektor bankowy znalazł się w ostatnich dniach pod presją polityczną, po tym, jak Donald Trump zasugerował wprowadzenie sztywnych limitów oprocentowania kart kredytowych, co wywołało falę realizacji zysków z akcji pożyczkodawców.
Te fundamentalne zawirowania znajdują odzwierciedlenie na wykresie tygodniowym S&P 500. Indeks, mimo ustanowienia historycznego rekordu hossy, wciąż zmaga się z potężną barierą podaży Fibo 6930–6965 pkt. Choć rynek zdołał wyjść na moment powyżej górnego ograniczenia strefy, to brakuje cały czas tej przysłowiowej „kropki nad i”. Ponieważ ostatnie sesje upływają pod znakiem większej aktywności podaży, warto obecnie z dużą uwagą obserwować istotne zapory popytu.