Jako że w ostatnich dniach mój stan zdrowia w kontraście do gwałtownej poprawy kondycji rynku trudno uznać za satysfakcjonujący, po raz pierwszy od długiego czasu zmuszony jestem obserwować zachowanie rynku z tłumiącego zbyt gwałtowne reakcje dystansu. Z perspektywy zapalenia płuc, szpitalnego łóżka i przy dostatku czasu na oddanie się przemyśleniom łatwiej jest bez poddawania się hurraoptymizmowi oceniać to, co zdarzyło się na rynku w ostatnich dniach. Po pierwsze trzeba zauważyć, że zjawisko to było całkowitym zaskoczeniem dla rynku, a wystąpienie wzrostów w tym akurat czasie trudno powiązać z konkretnymi wydarzeniami. To skłania do ostrożności. Po drugie środki zaangażowane do zainicjowania wzrostów nie musiały być zbyt duże, co stwarza pomysłodawcom podjęcia zakupów komfortową sytuację w zakresie doboru czasu realizacji zysków. Są jednak reperkusje tych wydarzeń istotniejsze, aniżeli wątpliwa trwałość obecnej fali wzrostów. Chodzi mi głównie o odrodzenie wiary w to, że na akcjach można zarabiać i że rynek potrafi być nieprzewidywalny także w zakresie wzrostów. Ważny jest też efekt psychologiczny, objawiający się z jednej strony niechęcią do sprzedaży akcji przy ewentualnym powrocie cen w rejon wieloletnich minimów, z drugiej pojawieniem się sporej grupy graczy, których świeżo rozbudzone apetyty na zyski nie powinny dopuścić do tego, by taka sytuacja zaistniała. Jeżeli więc to, co zaszło na rynku w ostatnich dniach, nie jest dowodem końca panowania bessy, to z pewnością dla pogruchotanych jej półtorarocznym panowaniem inwestorów jest przesłaniem, że realna jest przynajmniej poważna korekta jej skutków.
Roman Sosnowski
WBK AIB Asset Management SA