Sesja zaczęła się od wyraźnego spadku, czyli inaczej, niż kilka poprzednich, gdzie dobre wyniki amerykańskich giełd robiły na naszych inwestorach wrażenie, co podbijało kursu na początku sesji. Dziś niedźwiedzie już na otwarciu rozprawiły się z linią wzrostową, która na wykresie minutowym można zaczepić o kolejne dołki od 11 października. Jej znaczenie było tym większe, że na tym samym poziomie znajdował się poprzedni dołek z 31 października. To wczoraj ten poziom przyczynił się do ograniczenia strat. Tak więc sesja zaczęła się źle, co potwierdza, że w obecnej chwili wydarzenia na zagranicznych giełdach nie mają większego znaczenia. Potwierdziło się to, o czym pisałem kilka dni temu, że w oparciu o sygnały w postaci wzrostu lub spadku w USA trudno inwestować, bo przecież od rana kontrakty terminowe na te indeksy mogą być na minusach, a w ślad za nimi rynki europejskie. W takiej sytuacji nasz rynek może wcale nie dyskontować zwyżki w USA z dnia poprzedniego.

Właśnie z takim wariantem mamy dziś do czynienia. Zryw z końca notowań w Ameryce był bez znaczenia wobec faktu, że rano kontrakty i rynki europejskie traciły na wartości. Dlatego uwzględniając wydarzenia na zagranicznych giełdach warto skupić się na tym, co od kilku dni obserwujemy u nas. Pierwszym ostrzeżeniem, że popyt w dużym stopniu wyczerpał swoje siły była piątkowa sesja, kiedy WIG20 z dużą konsekwencją malał. Poniedziałek przyniósł niemrawe odreagowanie, by wczoraj znów indeks spadał przez cały dzień. Dziś spadł nawet poniżej 1200 pkt., ale wraz z poprawiającą się sytuacją na europejskich giełdach zaczął odrabiać straty. Możemy to jednak traktować jedynie jako ruch powrotny po przełamaniu wsparć, co powinno zagwarantować odbicie w okolice 1210-15 pkt. Potem możemy wrócić do tendencji spadkowej.

Krzysztof Stępień

Analityk Parkietu