Powszechne uznanie na świecie w ostatnich latach atrakcyjności gospodarki USA powodowało, że skala napływu kapitału do USA znacznie przewyższała te ogromne potrzeby finansowe, co przekładało się na inwestycyjną "bańkę" na Wall Street oraz systematyczny wzrost kursu dolara do najwyższego od 16 lat poziomu względem walut krajów G-10. Aprecjację dolara oraz systematyczne "wysysanie" przez USA kapitału ze świata odczuły w bolesny sposób w latach 1994-2001 po kolei prawie wszystkie kraje stosujące politykę stałego względem USD kursu walutowego (Meksyk, kraje Azji Południowo-Wschodniej, Rosja, Brazylia, Argentyna). Jednym z efektów ubocznych jest bessa trwająca na rynkach akcji emerging markets od 1994 roku (to dlatego WIG nie jest zdolny przełamać szczytu z marca `94). Wyjątkiem od tej reguły pozostają Chiny, które jednak za przywiązanie do dolara płacą deflacją. Według aktualnych prognoz ekonomistów z Morgan Stanley deficyt obrotów bieżących USA sięgnie w 2003 roku 660 mld USD (ponad 6% PKB). Dla porównania, deficyt obrotów Polski wynosił w latach 2000 i 2001 roku odpowiednio 10 i 7 mld USD. Gdyby nie obecne potrzeby finansowe USA dostępny na świecie kapitał mógłby - oczywiście tylko w teorii - sfinansować potrzeby ponad 50 krajów takich jak Polska, wywołując hossę na emerging markets analogiczną do tej z lat 1992-94. Paradoks polega na tym, że taka hossa na EM nie nastąpi do czasu zrównoważenia gospodarki USA, a to jest niemożliwe bez długotrwałej recesji i/lub skorygowania kursu dolara o kilkadziesiąt procent. Niestety, na krótką metę oba wydarzenia miałyby drastycznie negatywny wpływ na koniunkturę giełdową na całym świecie.

Wojciech Białek

SEB TFI SA