Techniczny potencjał wzrostowy naszego rynku wydaje się być ograniczony do ok. 10 proc. przez przełamaną w dół trzy tygodnie temu półroczną linię trendu wzrostowego (obecnie ok. 1450 pkt.). Równocześnie w analogiczny sposób ewentualny spadek zostałby najprawdopodobniej powstrzymany przez przełamane w górę na początku stycznia górne ograniczenie kanału spadkowego bessy (obecnie w okolicach poziomu grudniowego minimum indeksu). Ta chwiejna równowaga rynku odzwierciedla niepewność co do perspektyw trwałości ożywienia gospodarczego rozpoczętego w Stanach Zjednoczonych w IV kw. ub. r. i zdolności USA do wystąpienia po raz kolejny w roli "lokomotywy" wzrostu gospodarczego na świecie. Osobiście sądzę, że obecne ożywienie w USA oparte głównie na wydatkach konsumpcyjnych gospodarstw domowych zachęcanych, najniższymi od 30 lat stopami FED, do powiększania swego i tak rekordowego zadłużenia, ulegnie - wbrew obecnemu rynkowemu konsensusowi - zahamowaniu w II półroczu. Konsekwencją tego dla światowych rynków akcji byłyby testy wrześniowych minimów. Oczywiście nie da się wykluczyć tego, ze Amerykanie zafundują sobie kolejną - po technologicznej - "bańkę" (np. na rynku nieruchomości), która odsunie o kilka lat nadejście nieuchronnego procesu przywrócenia równowagi. Jednakże ostatnie dane o spadku napływu netto kapitału portfelowego do USA do 11,3 mld dol. w styczniu (wobec 44 mld dol. średnio w 2001 roku) ostrzegają, że reszta świata może być coraz mniej chętna (zdolna?) do finansowania gigantycznego deficytu obrotów bieżących USA. Negatywną dla rynków akcji wymowę miała również czwartkowa informacja o najwyższej od 4 miesięcy tygodniowej liczbie nowych bezrobotnych w USA.

Wojciech Białek

SEB TFI SA