Aż tu nagle w środę podano, że wbrew prognozom analityków sprzedaż detaliczna w największej europejskiej gospodarce - w Niemczech - zamiast wzrosnąć o 0,4% spadła o 2,2%! Spowodowało to oczywiście umocnienie dolara lecz na krótko - wkrótce dowiedzieliśmy się, że równie duże rozczarowanie przeżyli analitycy amerykańscy. Bowiem tempo wzrostu PKB w II kwartale wyniosło raptem 1,1 % wobec oczekiwanych 2,2 %. Z tego na pewno nie ucieszą się Japończycy, którzy od kilku lat mozolnie pracują nad wyjściem z recesji i odnotowali właśnie 0,7-procentowy spadek produkcji przemysłowej w czerwcu. Produkcja spadła prawdopodobnie z powodu gorszych wyników w eksporcie, którego lwia część trafia do USA, a jak wiadomo kurs jena umacnia się do dolara już od dłuższego czasu. Jaki to ma wpływ na rynek? Ano taki, że rynek zwykł dyskontować przyszłość gospodarki, a przyszłość jak na razie wydaje się być zależna od grupy kumpli (największych gospodarek) przygotowujących się do skoku na główkę do mętnej wody. Oczywiście nikt nie chce być pierwszy i każdy ogląda się na innych. Wygląda zatem na to, że albo zagrają w marynarza, albo... ktoś się potknie i skoczy pierwszy. Bowiem przedłużanie tej krępującej sytuacji nikomu nie wychodzi na dobre. Mam nadzieję, że pomoże w tym wolny rynek - osłabienie dolara w naturalny sposób powinno doprowadzić do polepszenia sytuacji na rachunku obrotów bieżących w USA, rosnący eksport może pobudzić resztę gospodarki itd. Poza tym tańszy dolar podnosi atrakcyjność inwestycji w amerykańskie akcje, które powoli osiągają już interesujący poziom C/Z. Pewnych (bardzo nieśmiałych na razie) oznak zmiany trendu można będzie spodziewać się w przypadku kontynuacji krótkoterminowego trendu spadkowego franka szwajcarskiego do dolara, co w dłuższym terminie często wiąże się z powrotem kapitału do USA.
Maciej Czajkowski DM BOŚ SA.