Odpuszczają oni sobie takie sesje, gdyż brak amerykańskich danych makro i wyników spółek uniemożliwia z reguły rozruszanie naszego grajdołka, paradoksalnie reagującego na te informacje znacznie mocniej, niż na rewelacje z polskich firm.
O samej sesji za wiele nie ma co pisać, bo żenująco niskie obroty mocno obniżają wymowę dzisiejszych ruchów. W tym roku tylko trzykrotnie na spółkach z WIG20 mieliśmy obroty niższe niż dzisiejsze 70 mln. Z kolei licząc wszystkie serie kontraktów, sesji z mniejszy wolumenem było w tym roku tylko 10. Poza poranną przeceną Eurolandu nie było absolutnie żadnych czynników mogących zachęcić inwestorów do większej aktywności.
Techniczny obraz nie uległ oczywiście zmianie. Cały czas poruszamy się na poziomie luki bessy z połowy lipca, gdzie przebiega teraz także 55-ciosesyjna średnia krocząca. Pierwszym wsparciem na wykresach intraday są linie przyspieszonego trendu wzrostowego. W przypadku indeksu, popyt będzie chciał powstrzymać zejście pod 1100 pkt., co wiązałoby się z załamaniem formacji podwójnego dna.
Na najbliższą sesję nie szykują się żadne fajerwerki. Prawdopodobny jest jedynie kilkupunktowy wzrost, będący tradycyjnym podciąganiem rynku przez fundusze, które będą chciały skorzystać z zapowiadających się także na wtorek niskich obrotów. Dzisiaj uniemożliwiły to spadki giełd europejskich, ale te wyczerpały już chwilowo swój niedźwiedzi potencjał, przynajmniej do czasu podania o 16:00 indeksu obrazującego poziom aktywności w amerykańskim sektorze usług.
Marek