Próbkę tego mieliśmy ostatnio na niemieckim DAX. Indeks ten po 26-proc. rajdzie nie tylko stracił w ciągu dwóch dni ponad 8%, ale równocześnie wygenerował silny sygnał sprzedaży. Jest nim potwierdzona formacja harami, utworzona tuż poniżej dołka z 5 sierpnia br. (3332 pkt.). Tym samym dalsze wzrosty stanęły pod znakiem zapytania.
Podobnej sytuacji można oczekiwać również w przypadku amerykańskich indeksów. Pokaźne wzrosty, mocno wykupione szybkie oscylatory i bliskość oporów (lokalny szczyt z 11 września br.) to mieszanka iście wybuchowa. Jest ona na tyle groźna, że nie tylko może znieść pokaźną część wzrostów, ale nawet doprowadzić do ponownego testu październikowych minimów. Dlatego też, im dłużej rynki będą rosły bez korekty, tym gorsze będą tego konsekwencje. Stosunkowo najgorszym scenariuszem byłoby osiągnięcie bez przystanku sierpniowego szczytu (dla S&P500 963 pkt.). Wówczas z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że obserwowane wzrosty to jeszcze jedna próba zanegowania długoterminowej formacji głowy z ramionami (lipiec 1998, marzec 2000, styczeń 2002 r.). Należy się domyślać, że w takim przypadku czwarty kwartał nie przyniesie oczekiwanego ożywienia w amerykańskiej gospodarce, a najpóźniej w grudniu ceny akcji znów będą spadać.
Wydaje się jednak, że są realne szanse na realizację bardziej optymistycznego scenariusza, zakładającego, że dołek z 9 października kończy pierwszą odsłonę bessy. Oznacza to, że na przełomie roku może dojść do zanegowania opisywanej wyżej formacji RGR. Żeby jednak tak się stało, potrzebna jest chwila odpoczynku, która pozwoli bykom nabrać siły do dalszej wędrówki na północ.
Marcin R.
Kiepas