Prezentowana przeze mnie na początku koncepcja oparta na przecięciu krótkoterminowej linii trendu (łączącej dołki z 6 i 17 marca) ostatecznie została zanegowana. Teraz zdecydowanie bliżej jest górnej granicy trendu bocznego, ale wczoraj widzieliśmy, że na wielu spółkach podaż postawiła mocny opór. Można to wiązać z niepewnością co do dalszego rozwoju wypadków na światowych giełdach. Szczególnie w USA sytuacja staje się coraz ciekawsza. Z jednej strony entuzjazm przy interpretacji postępów w wojnie z Irakiem nie wygasł, z drugiej takiej serii złych danych makro, jak w ostatnim czasie, już dawno nie było. Gdyby nie wojna to spadek indeksu ISM sektora usług poniżej 50 pkt. (pierwszy raz od stycznia 2002 r.) musiałby zrobić negatywne wrażenie na inwestorach. A tak, wszyscy liczą, że po wojnie będzie lepiej. Jednak patrząc realnie sygnały dochodzące z amerykańskiej gospodarki nie są dobre. I nie można wykluczyć, że w pewnej chwili przeleje się czara goryczy i któraś zła informacja wywoła na rynku mocniejszą podaż. To, co dzieje się w ostatnich tygodniach na światowych giełdach, cały czas wpisuje się w schemat wcześniejszych korekt w bessie. Trzeba tu jednak przypomnieć, że sama wiara w lepsze jutro wystarczała wtedy rynkom tylko do pewnego momentu, a potem przychodziło się zderzyć z twardą rzeczywistością. Obecnie tą twardą rzeczywistością mogą być wyniki za I kw. b.r., które w USA zaczną być publikowane od połowy kwietnia.

Taka ocena nie wyklucz jednak, ze rynki pójdą jeszcze trochę w górę, choć ten potencjał wydaje się mało zachęcający w zestawieniu z istniejącym ryzykiem. Czasem lepiej jest nie zarobić niż wystawiać się na zbyt duże ryzyko. Taka defensywna strategia jest uzasadniona przedłużającym się trendem bocznym i wciąż dużą niepewnością ciążącą nad rynkami. Na bardziej pozytywne spojrzenie na nasz parkiet przyjdzie czas z chwilą zamknięcia ponad 1140 pkt.