Jeśli nic się nie poprawi w dalszej części notowań, to z coraz większą pewnością będzie można mówić o tym, że nie ma szans na kontynuację zwyżki i wypełnienie wzrostu wynikającego z wysokości dwumiesięcznego trendu bocznego. Oznaczałoby to, że zadziałał mechanizm samospełniającej się przepowiedni. Skoro znaczna część inwestorów była przekonana, że zasięg wzrostu to mniej więcej 1185 pkt., to postanowili oni nie czekać, aż indeks dojdzie do tego poziomu i będzie spadał, tylko zaczęli sprzedawać akcje wcześniej. Tak, czy inaczej tłumaczenie nie ma większego znaczenia, bo przecież słabości rynku można upatrywać w wielu innych czynnikach (np. niskiej frekwencji w węgierskim referendum, czy słabych piątkowych notowaniach w USA).

To, co najbardziej niepokoi to słabość banków. Nikogo nie trzeba przekonywać, jak duże znaczenie mają one dla koniunktury na całym parkiecie. Można przypomnieć, że właśnie od spadków ich cen zaczęła się styczniowo-lutowa zniżka. Czy teraz będzie podobnie? Nie można tego wykluczyć, bo spadek cen banków powoduje, że inne spółki stają się relatywnie droższe, co może skłaniać niektóre fundusze do przemodelowania portfeli. Z drugiej strony, jeśli spadek cen banków jest wyrazem braku wiary w dynamiczne ożywienie gospodarki (bo na jego wystąpieniu opierało się przekonanie, ze wyniki banków będą się poprawiać), to brak poprawy koniunktury gospodarczej muszą odczuć także i inne spółki. Dlatego to, ze banki są w stanie pociągnąć za sobą cały rynek jest jak najbardziej racjonalne.

WIG20 wsparcie ma na wysokości 1134 pkt. (cel byków na dzisiejszą sesję to jego obrona na zamknięcie), potem barierą jest 1107 pkt. Opór to 1150 pkt.