Na początku roku analitycy narzekali na niski poziom cash flow w Eurocashu. Wygląda na to, że wracacie do korzeni.
Można powiedzieć, że w II kwartale udało nam się w tym względzie pozytywnie zaskoczyć rynek. Wykonaliśmy duży wysiłek i wróciliśmy do naturalnych dla naszej grupy poziomów generowanej gotówki z działalności operacyjnej. Zarządzanie kapitałem obrotowym to jedna z naszych kluczowych kompetencji oraz sens naszej działalności. Analizując kwartalne wyniki, musimy pamiętać, że branża, w której działamy, charakteryzuje się sezonowością. W I kwartale tradycyjnie generujemy relatywnie niski cash flow operacyjny i to się nie zmieni. Regulujemy bowiem wówczas płatności wobec dostawców za towary nabyte i sprzedane w szczycie okołoświątecznym. Z kolei II i III kwartał obfitują w gotówkę. IV kwartał ma natomiast najwyższy udział w całorocznym zysku.
Jak przedstawia się relacja gotówki z działalności operacyjnej do EBITDA?
Naturalnym dla nas poziomem były przepływy operacyjne na poziomie około 100 proc. EBITDA. Tak było do końca 2013 r. W 2014 r. ta relacja nieco się pogorszyła z uwagi na to, że mocno zainwestowaliśmy w zapasy – patrząc z dzisiejszej perspektywy, trochę za dużo – głównie w alkohol, przed ubiegłoroczną podwyżką akcyzy. W tym roku istotnie zmniejszyliśmy zapasy, uwalniając gotówkę. Sądzę, że jest pole do dalszej optymalizacji w tym zakresie. Obecnie do ilości zapasów podchodzimy bardziej konserwatywnie i wracamy do naturalnego dla nas poziomu cash flow operacyjnego, który powinien mniej więcej odpowiadać poziomowi EBITDA. Na koniec II kwartału wskaźnik ten sięgnął nawet 168 proc. Ma to pozytywne przełożenie na wskaźnik długu netto do EBITDA, który spadł w II kwartale do 1,2, podczas gdy na koniec 2014 r. dług netto stanowił jeszcze ponad dwukrotność EBITDA. Myślę, że w III kwartale będziemy ten pozytywny trend kontynuować.
Ile wskaźnik wyniesie na koniec roku?
Chcielibyśmy zejść do poziomu poniżej 1.
To stwarza dużą przestrzeń do kolejnych akwizycji.
Rzeczywiście, nasz potencjał do akwizycji jest wysoki. Od lat konsekwentnie realizujemy strategię konsolidacji rynku i zamierzamy ją nadal kontynuować.
Od lat powtarzamy, że sklepy tradycyjne wygrają, dlatego nadal zamierzamy budować skalę, żeby małe i średnie sklepy, czyli nasi główni klienci, mogły konkurować z dyskontami czy hipermarketami. Uważamy, że w Polsce możemy jeszcze podwoić nasze obroty, łącząc rozwój organiczny i przejęcia.
Wasza strategia opiera się na rozwijaniu mniejszych formatów, podczas gdy dyskonty lokowane są dzisiaj wszędzie, nawet w miejscach kojarzonych dotychczas z kulturą.
Zgadza się, w pewnym sensie idziemy pod prąd – przez lata niemal wszyscy dookoła twierdzili, że wielkopowierzchniowe sieci wyprą mniejsze sklepy. My wiedzieliśmy, że będzie odwrotnie. Nasz biznes opiera się na założeniu, że tzw. tradycyjny handel pozostanie głównym kanałem sprzedaży żywności w Polsce. Przemawia za tym demografia – ponad połowa Polaków mieszka na terenach wiejskich lub w małych miasteczkach. Dlatego inwestowaliśmy w rozwój małych i średnich sklepów, rozsianych po całym kraju. Handel tradycyjny jest do dziś największą siłą handlową w Polsce, a dla przykładu hipermarkety regularnie tracą udziały rynkowe.
To dlaczego w II kwartale wskaźniki sprzedaży porównywalnej w Delikatesach Centrum i Cash&Carry nie zachwyciły?
Jest to przede wszystkim efekt niekorzystnej dla całej branży sytuacji makroekonomicznej – mam na myśli deflację. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że w I półroczu ceny żywności i napojów bezalkoholowych spadły średnio o 2,9 proc., to nasze wyniki sprzedaży like-for-like, choć ujemne, były relatywnie dobre. Biorąc pod uwagę możliwość pojawienia się inflacji w IV kwartale, spodziewam się, że wskaźniki sprzedaży porównywalnej „dobiją" do zera na koniec roku – co będzie zgodne z naszymi założeniami. Ciągle otwieramy natomiast nowe sklepy i biorąc pod uwagę obroty w sensie całościowym, to te rosną zarówno w Cash&Carry, jak i w Delikatesach Centrum.
Faktem jest, że w tym roku dyskonty ponownie rosną szybciej niż cały rynek, ale zabierają udziały rynkowe głównie hipermarketom, podczas gdy małe sklepy utrzymują stabilne udziały rynkowe.
Eksperci upominają się o zmiany w mikście sprzedażowym Eurocashu. Marża od kilku kwartałów utrzymuje się poniżej 10 proc.
Nasza marża z kwartału na kwartał się poprawia. W drugim kwartale marża brutto wynosiła 9,9 proc., a więc brakuje nam niewiele do wspomnianych 10 proc. To, że jako cała grupa jeszcze nie powróciliśmy do tego poziomu, wynika głównie ze wzrostu udziału w naszej sprzedaży wyrobów tytoniowych. Gdybyśmy wyłączyli przejętą pod koniec zeszłego roku część Kolportera, która daje około 2 mld zł obrotu na papierosach, to marża prezentuje się znacznie lepiej. Nieustannie pracujemy nad poprawą rentowności i na koniec roku powinniśmy wrócić do 10 proc.
Czy uda się zrealizować w tym roku cel 150 otwarć netto, jeżeli chodzi o Delikatesy Centrum?
W tym roku zamierzamy otworzyć netto około 120 Delikatesów Centrum, co oznacza przyrost liczby placówek tej sieci o 12 proc.
Dlaczego ekspansja Delikatesów Centrum jest wolniejsza od pierwotnie zakładanej?
Pod względem otwarć brutto idziemy zgodnie z planem. Natomiast po dynamicznym rozwoju sieci w ostatnich latach doszły nam zamknięcia nietrafionych lokalizacji – działamy pod tym względem szybko, aby utrzymać wysoką efektywność sieci.
Liczymy, że od przyszłego roku będziemy znów otwierać około 150 sklepów netto.
Jak wygląda sprzedaż grupy w III kwartale?
Presja deflacyjna jest nadal widoczna, ale ceny z miesiąca na miesiąc są stabilne. Z perspektywy całego rynku, w zależności od miesiąca mamy trochę lepszą lub gorszą sprzedaż. Myślę, że w przypadku grupy Eurocash ten kwartał będzie w odczuciu inwestorów podobny do II kwartału.