Inwestować w wartość czy we wzrost? Niektórzy ten dylemat już rozstrzygnęli. Tacy potentataci amerykańskiego rynku funduszy, jak rodziny Fidelity, Putnam, czy Janus planują utworzenie nowych jednostek inwestujących w niedowartościowane spółki.Menedżerowie tych gigantów mają nadzieję, że uda się powtórzyć sukcesy roku ubiegłego, który okazał się najlepszy od trzech lat dla tej klasy instytucji ? doniósł Dan Culloton z Morningstara specjalnie dla CNBC. Średnio tzw. value funds w 2000 r. zyskały 9,8%, wzrostowe zaś (growth funds) straciły około 9%. Wnioski są już w Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC).Niedowartościowanie obejmuje różne kategorie. Jedni zarządzający analizują bieżącą cenę akcji w stosunku do wielkości przychodów ze sprzedaży, zysków czy też wartości księgowej spółki, inni z kolei biorą pod uwagę kurs walorów i cash flow, często definiowany jako fundusze, którymi dysponuje korporacja po sfinansowaniu kosztów funkcjonowania i inwestycji. Przy stosowaniu strategii inwestowania w wartość nierzadko też wybiera się spółki zwiększające stopę zwrotu z zainwestowanego kapitału bądź znajdujące się z jakichś powodów w sytuacji wyjątkowej, jak zmiany w menedżmencie.Peter Chambers z Gartmore Investment Management na łamach ?Financial Timesa? kwestionuje sensowność inwestowania w wartość i poleca strategię wzrostową.Wyniki ubiegłoroczne, jak twierdzi, są nieporównywalne, bo 2000 r. był nadzwyczajny, a inwestowanie w wartość przyniosło najlepsze rezultaty w ostatnich 25 latach. Jednak, zdaniem Chambersa, nie jest to dobra wskazówka na przyszłość. Rynki mogą wydawać się nieefektywne, ale nie są głupie. Nisko wyceniane spółki często na to zasługują. Tylko czasami udaje im się przynieść wyjątkowo wysoki zwrot.Nie oznacza to, że autor FT całkowicie lekceważy wartościowanie, gdyż dzięki temu możemy dowiedzieć się, jakie dobre lub złe informacje są w cenach. Jednak samo wartościowanie nic nam nie powie o zmianie ceny.Inwestowanie we wzrost jest skuteczniejsze, zwłaszcza na coraz bardziej ?darwinowskim rynku?, cechującym się coraz bardziej nasilającą się walką o byt.Chambers nie zamierza kupować akcji charakteryzujących się wyłącznie wysokim P/E. Chodzi o wyselekcjonowanie spółek mogących przynieść wzrost zysków powyżej oczekiwań rynku. Wyniki inwestowania w roku minionym świadczą, jego zdaniem, o nierealnych ówczesnych oczekiwaniach w wielu branżach oraz o późniejszej panice wynikającej z niepewności inwestorów.Może jakąś kompromisową wskazówką okażą się przemyślenia profesora Roberta Shillera z uniwersytetu Yale, autora głośnej książki ?Irrationale Exuberance? (?Nieracjonalna wybujałość?), którą od marca ubiegłego roku kupiło około 100 tys. czytelników.Za kilka tygodni, zapowiada ?Barron?s?, będzie ją można kupić w twardej oprawie. Pierwsze wydanie zbiegło się ze szczytem notowań Nasdaqa i Standard&Poor's 500 w marcu ubiegłego roku. Shiller zapowiadał ciężkie czasy dla rynku akcji i stało się. Ten przysięgły niedźwiedź ciągle jest niezadowolony. ?Rynek wciąż jest przewartościowany? ? huknął Shiller do ucha rozmawiającego z nim telefonicznie reportera tygodnika ?Barron's?. Średnie P/E indeksu wynosi obecnie 33, przeciętna z ostatnich dziesięciu lat zaś to 14. Przed rokiem było 46. Generalnie czeka nas minimum 10-20 lat przypadkowych ruchów cen akcji. Na pocieszenie strategów wartościowych stwierdza jednak, że ceny wielu papierów są niskie. W akcjach ulokował więc 10% swojego portfela inwestycyjnego. Przeciętnego inwestora znad Wisły mało obchodzi, czy ten jajogłowy dla własnych potrzeb stosuje strategię wzrostową czy wartościową, bo wie, że Shiller zwala rynek, gdyż chce tanio kupić.
Wojciech Zieliński