się jeszcze zahamowanie spadku inflacji, w zamian za wzrost popytu
wewnętrznego, bo bez tego oprócz ząbka optymiści nic więcej nie dostaną.
Póki co trudno określić, czy np. wzrost importu wiąże się właśnie ze
wzrostem popytu wewnętrznego, czy raczej jest to tylko konsekwencja
większego eksportu i potrzeb z tym związanych.
Wracając do tego tygodnia, nie można pominąć ogłoszenia decyzji RPP. Obniżka
50 pb. była w pełni zdyskontowana, szczególnie przy poprzedzających ją
danych o cenach żywności, więc nie ma się co rozpisywać, ale po raz kolejny
trzeba wspomnieć o niezrozumiałej dla mnie polityce pozostawiana neutralnego
nastawienia w polityce monetarnej. Może żaden z członków RPP nie wie, że
można to zmieniać ??? Naprawdę zadziwiające, zadziwiające. Obiecuje, że w
tym tygodniu postaram się poinformować przynajmniej dwóch członków RPP o tym
instrumencie ;-) ... podobnie jak o konieczności ucywilizowania sposobu
podawania decyzji, poprzez określenie stałej godziny tego komunikatu. Jeśli
chodzi o kolejne decyzje RPP, to póki co zbyt dużo niewiadomych, co dobrze
widać w prognozach banków. BRE prognozuje obniżkę na wrzesień, BPH już
wcale, Lehman Brothers na październik itd. itp. Wiadomo już po nowych danych
o cenach żywności, że inflacja w sierpniu pozostanie na poziomie lipcowego
1,3%, ale to jeszcze o decyzji RPP nie przesądza.
Równie ciężkkę równe są jedynie 25%. Nie mogę odmówić
sobie w tym miejscu dywagacji o nadchodzącej do USA inflacji. Już w
przyszłym roku powinniśmy zobaczyć jej dość drastyczny wzrost, co będzie
miało dość spore konsekwencje, a co jest na razie mocno ignorowane.
Oczywiście mogę się mylić, ale patrząc na ceny surowców i choćby na
kosmiczny wzrost podaży pieniądza w ciągu ostatniego roku, nie mogę oprzeć
się wrażeniu, że to właśnie wzrost inflacji zmusi FED do podwyżek (nie
obniżek) stóp procentowych. Następstwem tego byłoby przekucie balona na
rynku nieruchomości, choć ten i tak już powoli dostaje już zadyszki.
Jako że rynek nieruchomości to temat numer jeden w całej Ameryce, to poza
analogią do równie popularnego Nasdaq przy marcowym szczycie 2000" (im o
jakimś rynku głośniej, tym gorzej), nie mogę odmówić sobie jeszcze paru słów
komentarza na ten temat. Trwa bowiem od pewnego czasu zażarta debata o
ewentualnym istnieniu "bańki spekulacyjnej" na tym rynku. Niektórzy jej
istnienie uznają za fakt, a niektórzy próbują udowodnić, że rynek jedynie
wrócił do normalnego stanu z mocnego niedoszacowania. Ja jestem w tym
pierwszym obozie i coraz uważniej wypatruje sygnałów pękania balona. Czemu
teraz ? To książkowy okres na zakończenie hossy na tym rynku (o
konsekwencjach za chwilę). Rynek nieruchomości powinien osiągnąć szczyt
mniej więcej 2,5 roku po szczycie na rynku akcji. Nie trudno policzyć, że to
właśnie teraz. Wprawdzie słynna japońska bańka pękła już w rok po rynku
akcji, ale to chyba tylko wyjątek potwierdzający regułę. Na rynku
amerykańskim tylko od 1995 roku ceny nieruchomości wzrosły prawie 50% czyli
mniej więcej 30% ponad poziom inflacji. Biorąc pod uwagę wielkość rynku,
oznacza to "dodatkowy dochód" (oczywiście już po uwzględnieniu inflacji) w
wysokości 2,7 biliona dolarów, co przekłada się na około 35 tysięcy dolarów
dla każdej nieruchomości. Sama świadomość takiego wzrostu doprowadziła do
sytuacji, w której część nieruchomości kupowana jest nie ze względu na
potrzeby mieszkaniowe, ale ze względu na chęć zysku. Analogią na rynku akcji
są inwestycje firm nie w przedsięwzięcia, którymi zajmowały się do tej pory
i które przynosiły przyzwoity dochód, ale próba inwestycji w akcje innych
firm celem wyższych stóp zwrotu niż z podstawowej działalności. Nieodłączny
element każdej bańki spekulacyjnej i krachów.
Dla każdego obywatela jego dom jest chyba największą materialną wartością.
Dla lubujących się w kredytach Amerykanów, wzrost wartości nieruchomości
uruchomił znany bardzo dobrze z rynku akcji "efekt bogactwa", który pozwala
większości mocno się zadłużać, lub po prostu znacznie więcej wydawać. Jak
zgubny jest "efekt bogactwa" pokazało załamanie na rynku akcji i recesja po
nim następująca. Póki jest hossa wszystko jest w porządku, ale gdy
przychodzi załamanie, okazuje się, że kredyty były zbyt duże, oraz że część
firm/banków po prostu zbankrutuje. Większość domów kupuje się w USA na
kredyt, a obecne kryteria (i koszty) przyznania takiego kredytu są wręcz
śmieszne, a już na pewno nieporównywalne do tych sprzed paru lat. To z kolei
przypomina giełdowe standardy weryfikowania księgowości firm, czy IPO spółek
internetowych. Wtedy też się wydawało wszystkim, że kryteria są w porządku.
Jedyna nadzieja dla gospodarki to fakt, że zmiany na rynku nieruchomości są
znacznie wolniejsze niż na rynku akcji. Jest jednak jeszcze jedno "ale".
Efekt bogactwa, o którym wspomniałem, miał na rynku akcji jeszcze jakiś
sens. Można przecież sprzedaż akcje (choć nie wszystkie - np. emerytura) i z
rynku się wycofać. W przypadku rynku nieruchomości nie ma takiej możliwości
by nagle przenieść się pod gołe niebo. Każdy kto uznałbby się mrzonką. Zbyt to skomplikowany rynek by stawiać
jednoznaczne prognozy, co do ewentualnego zakresu spadku, lub momentu jego
wystąpienia, ale póki co można uznać, że ceny nieruchomości nie będą już
rosły, a co za tym idzie nie będą też nakręcać całej gospodarki (z
nieruchomościami niemal wszystko jest powiązane), nie będą poprawiać
nastrojów konsumentów, wskaźników itd. itp. Z punktu widzenia giełdowego
inwestora można jeszcze zapytać, czy nie będzie to w takim razie czas na
powrót do akcji ? Pewnie po części tak, ale na pewno nie w pierwszym okresie
odwracania trendu.
Trochę rozciągnąłem temat, ale sporo osób o to pytało. Po rynku
nieruchomości mieliśmy we wtorek dane o zamówieniach na dobra trwałego
użytku, które przy okazji doprowadziły nasz rynek do euforii ustanawiającej
tygodniowy szczyt na 1179 pkt Kontrakty_intraday.gif Indeks_intraday.gif
Zamówienia wzrosły 8,7%, przy prognozach zaledwie 1,4%. Orgazm polskich
byków był nieco dziwny (nie patrząc na AT) z kilku powodów. Po pierwsze było
to tuż przed posiedzeniem RPP, po drugie rynek amerykański praktycznie nie
zareagował na te dane, po trzecie wszyscy czekali na wskaźnik zaufania
konsumentów, a po czwarte to bardzo zmienne dane, dla których bardziej liczą
się dłuższe trendy niż miesięczne wartości (ze względu na duży udział
poszczególnych sektorów, z których w ostatnich dwóch miesiącach wartości
najmocniej pozmieniały zamówienia na samoloty - teraz pozytywnie, w zeszłym
miesiącu zaskakująco negatywnie). Polacy jednak nie gęsi ... Przebicie
lokalnego szczytu doprowadziło do silnego wzrostu i sprawdził się po raz
kolejny schemat, w którym nasze fundusze/inwestorzy rozpoczynają silny
wzrost i przebijanie oporów dopiero w momencie, gdy rynek amerykański już
zmienia trend. U nas odbierane jest to jako jedynie korekta, a prawda z
reguły jest inna. Chyba jedynym rozwiązaniem takich dziwnych zachowań jest
na GPW używanie mniej logiki, więcej analizy technicznej. Już kolejne dni
nie były tak wesołe, a podany jeszcze na tej samej sesji wspomniany wskaźnik
zaufania konsumentów (USA) okazał się wręcz szokująco zły. Potwierdził to
piątkowy indeks nastroju Uniwersytetu Michigan, tak samo jak pozytywne dane
o zamówieniach na dobra trwałe potwierdził bardzo dobry indeks aktywności w
sektorze wytwórczym dla regionu Chicago (raz jeszcze oddalający obniżkę
stóp).
Na początku tego tygodnia przeszedłem już do giełdowego obozu niedźwiedzi.
Przyznam szczerze, że jeszcze do wczoraj czułem się całkiem pewnie, gdyby
nie lektura komentarzy z sobotniego wydania Parkietu. Nie było żadnego
optymistycznego i trochę nie chce mi się wierzyć, by okazało się, że wszyscy
mają rację. Może jeszcze na początku tygodnia, gdy dojdzie do spodziewanego
przeze mnie lekkiego wzrostu i formowania podwójnego szczytu, większość
zmieni zdanie ;-) Niepokojąco źle (za duży pesymizm) wyglądają też wskaźniki
nastroju i mowa tutaj nie o tych gospodarczych, ale o tych giełdowych (USA). To
spadkom raczej nigdy nie pomagało. To był zawsze dość ważny element pomocny
w określaniu giełdowego trendu, a muszę powiedzieć, że do niczego mi nie
pasuje. Indeksy zrealizowały już standardowe odbicie (jedynie Nasdaq ma
jeszcze miejsce - SP500 np. odbił ponad 20% czyli dokładnie tyle ile
wcześniejsze odbicia), zatrzymały się na bardzo ważnych oporach (w tym linia
szyi RGR) i trudno o jakiś optymizm przed sezonem ostrzeżeń i najgorszym od
kilkudziesięciu lat miesiącem dla akcji. Tak więc większość powinna się
mylić i przed spadkiem być optymistyczna, a nie jest. Może ten giełdowy
pesymizm powoduje 11 września, a może nadchodząca wojna z Irakiem, która
chyba już dość dobitnie zapowiedział ak potencjał
wzrostu skończył się na oporach i dalsze bycze nastawienie byłoby nieco
ryzykowne. Jedynie dopuszczać można ponowny test szczytów (także na naszym
rynku). Wszystko co wyżej uznałbym za pułapkę. Na razie po załamaniu trendów
wzrostowych, nawet z wzrostem pod maksy może być kłopot Dow.gif Nasdaq.gif
SP500.gif Jeśli chodzi o nasz rynek, to warto zerknąć na Zniesienia.gif ,
które obojętnie jak liczone, dają nam najpopularniejsze zniesienie 38,2% ,
które i tym razem powstrzymało podaż .... prawdopodobnie na dłużej, choć raz
jeszcze przypomnę, że nie wykluczam podciągania rynku na początku tygodnia,
ze względu na poniedziałkowe święto w Stanach (brak sesji - brak zagrożeń).
Poglądy zweryfikować trzeba będzie chyba dopiero po wybiciu na mocnym
obrocie nad ostatnie szczyty, czego oprócz mojej osoby, nie prognozuje także
np. MACD.gif , który doszedł w okolice poziomu równowagi (książkowy ruch w
czasie korekty) i szykuje się do sygnału sprzedaży, czy negatywne
dywergencje na krótkoterminowych wskaźnikach np. na CCI.gif Nie są to jakieś
wyraźne sygnały do wyprzedaży, ale trudno być tutaj optymistą.
Wykresów było dzisiaj mniej, więcej gadania. Rynek i tak ustawią..... 1) U
nas fundusze 2) W USA wtorkowy ISM i piątkowe dane o bezrobociu. Co do
funduszy to spodziewać się można wszystkiego, choć akurat w nadchodzącym
tygodniu tyczy się to też ISM. Sporo było sprzecznych danych - tym tygodniu
dobre, a wcześniej bardzo złe, na podstawie których wyliczano nawet ISM na
poziomie 48,5 (teraz oficjalna prognoza 51,8 - briefing.com oczekuje nawet
53,0). Bezrobocie powinno być negatywne, przed czym już wcześniej ostrzegano
na posiedzeniach FED, a co zwiastowały dane o zasiłkach dla bezrobotnych z
tego tygodnia. Nadchodzący tydzień poprzedza 11 września (przyszła środa) i
tutaj może też być więcej psychologii niż logicznego myślenia. Ja mimo nieco
straszącego mnie powszechnego (czyli z reguły błędnego) pesymizmu
spodziewałbym się po małym wzroście na początku tygodnia, powrotu do
spadków. Niechciałbym raczej, by w realizacji prognozy pomagali terroryści,
choć w przyszłym tygodniu trzeba będzie mieć to na uwadze, bo nawet jeśli
nie nastąpi nic strasznego, to nie zdziwiłbym się gdyby ktoś chciał zarobić
na rozsiewaniu plotek/strachu i taniej sensacji.
Ps. "Wraz z rozwojem wypadków, uznaliśmy że, pomimo naszej podejrzliwości,
było bardzo trudno definitywnie zidentyfikować bańkę spekulacyjną na rynku
akcji, aż do momentu ............. w którym bańka pękła i potwierdziła swoje
istnienie." (ha ha ha) - Alan Greenspan 30 sierpień 2002 Sympozjum w
Kansas City
[email protected]