Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Nie odkryję chyba Ameryki jeśli stwierdzę, że najważniejszym wydarzeniem tygodnia , który dobiega właśnie końca, było pomyślne zakończenie negocjacji akcesyjnych krajów kandydujących z krajami Unii Europejskiej. Takie wnioski nie trudno wyciągnąć, gdy spojrzy się na szum jaki dzięki temu został wywołany w mediach. Dramaturgia ostatniego dnia negocjacji zapierała dech w piersiach. Dużą w tym rolę odegrały właśnie media. Przecieki, alarmujące depesze agencji prasowych, wypuszczane fałszywki podgr

Publikacja: 15.12.2002 19:43

Nie odkryję chyba Ameryki jeśli stwierdzę, że najważniejszym wydarzeniem

tygodnia , który dobiega właśnie końca, było pomyślne zakończenie negocjacji

akcesyjnych krajów kandydujących z krajami Unii Europejskiej. Takie wnioski

nie trudno wyciągnąć, gdy spojrzy się na szum jaki dzięki temu został

wywołany w mediach. Dramaturgia ostatniego dnia negocjacji zapierała dech w

Reklama
Reklama

piersiach. Dużą w tym rolę odegrały właśnie media. Przecieki, alarmujące

depesze agencji prasowych, wypuszczane fałszywki podgrzewały atmosferę.

Język relacji był także dobierany tak, jakbyśmy byli świadkami negocjacji

decydujących o życiu lub śmierci tysięcy ludzi. Nerwy, wysiłek, pot, łzy to

symbole piątkowego szczytu.

Nie umniejszając wynikom szczytu można się jednak domyślać, że faktycznie

Reklama
Reklama

było nieco mniej dramatycznie. Media jednak kierują się pewnymi prawami i

trzeba o tym pamiętać. Poza tym dramaturgia była bardzo potrzebna. Każdej ze

stron zależało, by negocjacje nie poszły zbyt łatwo, a sukces wyglądał tak,

jakby został osiągnięty, dzięki dalekowzroczności i wyrozumiałości każdej ze

stron, mimo twardej postawy przez nie ukazywanej. Trzeba bowiem zdawać sobie

sprawę, że przebieg kopenhaskiego szczytu miał wiele różnych płaszczyzn i

Reklama
Reklama

nie ograniczał się on bynajmniej tylko do ustaleń gospodarczych. Niebyły one

błahostkami, ale można spokojnie uznać, że kompromis, a bardziej sposób,

jaki do niego doszło był tu znacznie ważniejszy. Twarde stanowiska na samym

początku negocjacji miały pokazać, że przedstawiciele obu stron za

najważniejszy mają własny interes, tego się bowiem o nich spodziewano.

Reklama
Reklama

Wyobraźmy sobie sytuację, gdy Unia proponuje już na samym początku warunki,

jakie faktycznie były wynegocjowane, a Polacy się na to od razu godzą. Wynik

byłby ten sam, mniej nerwów, więcej czasu na ważniejsze wydarzenia i brak

spóźnienia na kolację u królowej (szczytem komediowego wyczucia dziennikarzy

telewizji publicznej było stwierdzenie, że właśnie fakt wspomnianego

Reklama
Reklama

spóźnienia sprawił, że unijni negocjatorzy szybko zgodzili się na końcową

ofertę Polski) . Łatwo wyobrazić sobie reakcję społeczną na taki przebieg

szczytu. Co by się działo u nas? Jakby była przyjęta nasza delegacja? A tak

mamy obraz twardego negocjatora L. Millera, który niemal zrywając negocjacje

(depesza Reutersa to piękny przykład medialnej gry) wysiłkiem stachanowca,

Reklama
Reklama

który wyrabiając 300% normy wynegocjował dla nas najlepsze warunki z

możliwych. Mamy wrażenie, że gdy chciał więcej to nie dostałby nic. No może

nie wszyscy mamy, bo już oczywiście pojawiły się głosy, że to nie jest wcale

sukces. Jednak po autorach tych słów niczego innego nie można się było

spodziewać. Nawet gdybyśmy dostali 10 mld euro dodatkowo, a rolnicy dostali

150% tego, co rolnicy unijni.

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że cały szczyt do jeden wielki

cyrk przypominający finałową scenę z filmu "Szpiedzy tacy jak my".

Bynajmniej. Nie wątpię, że padały mocne słowa i różne deklaracje, że

negocjatorzy wypowiadali ryzykowne tezy. Trzeba jednak pamiętać, że

dyplomacja i stosunki międzynarodowe kierują się pewnymi specyficznymi

prawami. Media zdają się jednak tego nie zauważać i potem mamy pełne

naciąganego napięcia i karykaturalnego dramatyzmu relacje. Każde stanowisko

obu stron zawsze poparte jest wieloma argumentami. Można je nieco zmieniać

przy kolejnych wypowiedziach, ale główna myśl jest zwykle ta sama. Można

wypowiadać mocne słowa, które robią może wrażenie na postronnych

obserwatorach, lecz są tylko sygnałem kierunku prowadzenia dalszych rozmów.

Groźby zerwania rozmów padały bo padać musiały. Podobnie początkowa

nieustępliwa postawa strony unijnej reprezentowanej przez duńskiegoier Miller i jego ekipa o tym

wiedzieli na pewno. Trzeba było jednak doprowadzić do takiej sytuacji, żeby

strona unijna, nie posądzana o zbytnią rozrzutność przez własne

społeczeństwo, mogłaby ją wyasygnować. Można sądzić, że ramy porozumienia

były już nakreślone przez obie strony znacznie wcześniej, a w trakcie

negocjacji dawano sobie jedynie sygnały, o czym myśli druga strona odnośnie

szczegółów.

Nie popełnię więc dużego błędu, jak powiem, że aspekt gospodarczy nie był tu

najważniejszym. Mimo tego, co sądzą media, nie wielkość dopłat dla rolników

czy wielkość kwoty mlecznej, była najważniejsza. Nie mniej ważny, jeśli nie

ważniejszy był efekt negocjacji na płaszczyźnie politycznej i to w dwóch

wymiarach. Po pierwsze szczyt powinien był pozostawić takie wrażenie, by w

krajach kandydackich było jak najwięcej popierających akcesję. Zatem

należało wytrącić możliwie najwięcej argumentów przeciwnikom wejścia do

Unii. Twarda postawa negocjacyjna miała pokazać, że nie "wchodzimy na

kolanach" oraz, że potrafimy się postawić i, co ważne, unia się nieco

uelastycznia wobec naszych żądań - "coś jednak dla nich znaczymy". Ten

aspekt ważny jest także dla krajów członkowskich. Trzeba pamiętać, że moment

akcesji nowych członków nie jest najszczęśliwszy. Kraje, które najwięcej

łożą do kasy unijnej nie mają się pod względem gospodarczym obecnie

najlepiej i każde euro wypływające z ich budżetów bardzo boli. Mamy więc do

czynienia z dużym naciskiem, by wstąpienie nowych krajów nie podniosło

kosztów funkcjonowania unii. Chyba najlepszym przykładem są tu Niemcy, które

przeżywają obecnie ciężkie chwile. Rosnące bezrobocie oraz

najprawdopodobniej zerowe tempo wzrostu w najbliższym roku raczej nie

skłania do rozrzutności. Nie należy też pomijać faktu, że notowania

rządzącej w Niemczech koalicji są bardzo słabe i gdyby wybory odbyły się

dziś, a nie kilka miesięcy wcześniej mielibyśmy najprawdopodobniej pod

względem politycznym zupełnie inne Niemcy. Wróćmy jednak do Unii. Twarda

polityka negocjacyjna potwierdziła obywatelom krajów członkowskich, że

"nowi" za wiele nie dostaną. Jak więc rozumieć gest kanclerza? Rozmowy

najprawdopodobniej nie doszłyby do szczęśliwego zakończenia, gdyby nie ten

miliard euro. To pokazuje, komu faktycznie najbardziej zależy, oraz od kogo

tak faktycznie zalezą finanse Unii. Miało to potwierdzić jedną z

najważniejszych pozycji Niemiec w Unii.

Pozycja w Unii. To też nasz problem. To drugi wymiar wspomnianej płaszczyzny

politycznej. Gdy sprawy gospodarcze zostały z grubsza ustalone pozostaje

sprawa miejsca jakie Polska ma zająć w rozszerzonej Unii Europejskiej.

Twarda postawa Polski sprawiła, że wykreowała się ona na państwo silne.

Wspomina się, że swoją determinacją wynegocjowała dodatkowe fundusze dla

pozostałych krajów. Warto zauważyć, że dopóki Polska nie zakończyła rozmów

faktycznie nie zakończyły ich również pozostałe kraje wspólnoty

wyszechradzkiej. Polska została więc wykreowana na lidra grupy "nowych".

Ważne jest, że pojawienie się Polski jako lidera to nie tylko ucieleśnienie

polskich aspiracji, by nim zostać, ale także skutek postawy innych krajów,

by to właśnie Polska tym liderem została. To ma kolosalne znaczenie na

przyszłość. To bowiem pomoże rozstrzygnąć, jak będą traktować nasz kraj

partnerzy w Unii. Czy jako członka, z którego zdaniem warto się liczyć, czy

też członka, którego głosy łatwo kupić, ale z którego zdaniem nie warto się

liczyć. Postawa negocjacyjna stawia nas obecnie w tej bardziej

uprzywilejowanej sytuacji. Fakt, że stoją za na nami pozostałe kraje

"wyszechradzkie" sprawia, że nasz potencjał polityczny jest całkiem spory.

Na razie. Wejście do Unii, jak więcej

nie mogliśmy liczyć i dostaliśmy tyle, ile faktycznie mogliśmy dostać. Czy

zatem jest to sukces? Polityczny na pewno, czy finansowy? To już wymaga

głębszej analizy. Szczegóły dotyczące wynegocjowanych warunków tak naprawdę

poznamy dopiero za jakiś czas. To co już znamy to tylko wycinek, najbardziej

istotny ze względu na pozyskanie poparcia w referendum. Zaczęło się od

"długiej" ponad dwudziestopunktowej listy postulatów, jaką przedstawiła

Polska, która podobno mocno zaskoczyła unijnych dyplomatów. W krótkim

wystąpieniu premiera w piątek tuż po zakończeniu negocjacji padło, że

zostały one uwzględnione, co szybko przez media zostało przełożone na

"spełnione". Tak, machina medialna działa wyśmienicie. Pragnę zwrócić uwagę,

że "uwzględnione" to nie to samo co "spełnione". Potwierdził to także

Prezydent Kwaśniewski, który stwierdził, że "ważniejsze postulaty zostały

spełnione" czyli jednak nie wszystkie. Warto na takie niuanse zwracać uwagę.

Dobrym przykładem jest także postulat sławnych już dopłat. Wynegocjowano dla

polskich rolników podobno średnio 60% dopłat, jakie otrzymują rolnicy w

Unii. Ma się wiec wrażenie, że Unia "dała więcej". Nie wspomina się jednak,

że tak naprawdę z Unii rolnicy otrzymają jedynie 40%, a reszta będzie

pochodzić z naszego budżetu. Warto też wiedzieć, że faktycznie Unia będzie

płacić więcej, ale tylko przez to, że zmniejszona zostanie pula na

restrukturyzację. Także dodatkowy miliard, który "wyciągnął z kapelusza"

kanclerz Schroeder, to tylko przeksięgowanie kwoty, którą i tak mieliśmy

dostać, tylko, że później. Jest to bowiem cześć funduszy strukturalnych,

które mają być nam przyznane na współfinansowanie przez Unię inwestycji.

Trudno ten ruch uznać za korzystny w dłuższym terminie, gdyż zamiast związać

te pieniądze z inwestycjami dostaniemy je w gotówce i najprawdopodobniej je

przejemy znając strukturę naszego budżetu, czy ryba zamiast wędki.

Jednak ubiegły tydzień to nie tylko Unia i problemy naszej delegacji z nią

związane. To także głośna sprawa transakcji jaką została dokonana papierami

TPS. Do tej pory rynek lekko obawiał się, że ostatnio obdarowani przez Skarb

Państwa akcjami operatora w końcu zaczną te akcje sprzedawać na rynku.

Wisiało więc nad głowami uczestników ponad 65 mln akcji, jak miecz

Damoklesa. We wtorek rano można było przypuszczać, że ziszcza się najgorsze,

że w końcu któryś ze szczęśliwców w końcu złożył zlecenia "sprzedaj". Na

wysuwanie takich wniosków pozwalała nie tylko spora ilość podaży, jaka

pojawiła się na rynku, ale sposób jej pojawienia się, który sugerował

niewprawną rękę. Wtorek skończył się dla papierów TPS fatalnie. Nic jednak

nie było wiadomo oficjalnie o powodach wyprzedaży. To tylko potwierdzało

tezę o tym, że stroną inicjującą byli obdarowani. W środę także na rynku TPS

nie było najlepiej. Spółka ponownie traciła i ponownie nie ukazała się żadna

informacja, która usprawiedliwiałaby taki wysyp. Tu już jednak było widać

wyraźny popyt po 13.10 Wyjaśnienie pojawiło się dopiero po środowej sesji.

Wiadomość jednak była zaskakująca. Okazało się, że na sesji w środę w ramach

transakcji pakietowych obdarowani wyzbyli się ciężaru posiadanych akcji

zamieniając je na gotówkę (cena transakcji 13.10 zł za akcję). Wynikało z

tego, że to nie szczęśliwa trójka (Bank Gospodarstwa Krajowego, Bank

Gospodarki Żywnościowej i Agencja Rozwoju Przemysłu) była źródłem podaży,

lecz najprawdopodobniej podmioty, które brały udział we wspomnianej

transakcji pakietowej. Mamy zatem kolejny przykład krzywizny naszego podobno

świetnie uregulowanego rynku. Wydaje się chyba naturalnym, że każdy

podejmuje na rynku decyzje w warunkach niepewności. Ma temu służyć równy

dostęań polskich inwestorów na te za

granicą. Części inwestorów. Trzeba bowiem z przykrością stwierdzić, że są

też tacy, którzy uważają takie zagrania za przykrą, ale jednak normę naszego

rynku, którą należy uważać po prostu za kolejny czynnik ryzyka. Może

faktycznie należy tak do tego podchodzić. Jednak mając wybór między takim

rynkiem, a resztą mi dostępnych wybieram tą resztę.

Na koniec spójrzmy na wykresy. Dziś tylko błyskawiczny rzut okiem. Nie

wyglądają ona za dobrze. Zacznijmy ten szybki przegląd od tygodniowego

wykresu WIG20 WIG20tyg.gif Widzimy, że indeksowi nie udało się pokonać

swojej linii trendu opartej o tegoroczne szczyty. Okolice szczytu zbiegły z

oporem przy 1280 pkt. Porażka byków raczej niczego dobrego nie pozwala

przewidywać. Na wykresie kontraktów mamy podobną sytuację FUTUREStyg.gif Tu

nawet nie było szans na test linii opartej na tegorocznych szczytach.

Wzrosty zostały zatrzymane przez długoterminową linię trendu spadkowego. W

tym tygodniu dość widocznie się od niej odbiliśmy. Większość wskaźników

tygodniowych jeszcze nie sygnalizują poważniejszego osłabienia. Wyjątkiem

jest CCI, który wykreślił dwa szczyty, z których drugi jest już niżej od

pierwszego, co jest odmienne od wykresu cen CCItyg_fut.gif Wskaźniki dzienne

są już dawno po sygnałach sprzedaży ROCdzienny_fut.gif CCIdzienny_fut.gif

MACDdzienny_fut.gif Na wykresach intra też nie jest za wesoło Kontrakty.gif

Jesteśmy już pod linią trendu wzrostowego, co skłania do stwierdzenia, że w

krótkim terminie mamy trend spadkowy. O trendzie średnioterminowym będziemy

mogli się wypowiedzieć po tym, jak zostanie przetestowany poziom wsparcia z

okolic 1170 pkt. Zejście poniżej zdecydowanie pogorszyłoby sytuację rynku w

dłuższym terminie, gdyż wtedy perspektywą byłoby testowanie minimów.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama