który wyrabiając 300% normy wynegocjował dla nas najlepsze warunki z
możliwych. Mamy wrażenie, że gdy chciał więcej to nie dostałby nic. No może
nie wszyscy mamy, bo już oczywiście pojawiły się głosy, że to nie jest wcale
sukces. Jednak po autorach tych słów niczego innego nie można się było
spodziewać. Nawet gdybyśmy dostali 10 mld euro dodatkowo, a rolnicy dostali
150% tego, co rolnicy unijni.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że cały szczyt do jeden wielki
cyrk przypominający finałową scenę z filmu "Szpiedzy tacy jak my".
Bynajmniej. Nie wątpię, że padały mocne słowa i różne deklaracje, że
negocjatorzy wypowiadali ryzykowne tezy. Trzeba jednak pamiętać, że
dyplomacja i stosunki międzynarodowe kierują się pewnymi specyficznymi
prawami. Media zdają się jednak tego nie zauważać i potem mamy pełne
naciąganego napięcia i karykaturalnego dramatyzmu relacje. Każde stanowisko
obu stron zawsze poparte jest wieloma argumentami. Można je nieco zmieniać
przy kolejnych wypowiedziach, ale główna myśl jest zwykle ta sama. Można
wypowiadać mocne słowa, które robią może wrażenie na postronnych
obserwatorach, lecz są tylko sygnałem kierunku prowadzenia dalszych rozmów.
Groźby zerwania rozmów padały bo padać musiały. Podobnie początkowa
nieustępliwa postawa strony unijnej reprezentowanej przez duńskiegoier Miller i jego ekipa o tym
wiedzieli na pewno. Trzeba było jednak doprowadzić do takiej sytuacji, żeby
strona unijna, nie posądzana o zbytnią rozrzutność przez własne
społeczeństwo, mogłaby ją wyasygnować. Można sądzić, że ramy porozumienia
były już nakreślone przez obie strony znacznie wcześniej, a w trakcie
negocjacji dawano sobie jedynie sygnały, o czym myśli druga strona odnośnie
szczegółów.
Nie popełnię więc dużego błędu, jak powiem, że aspekt gospodarczy nie był tu
najważniejszym. Mimo tego, co sądzą media, nie wielkość dopłat dla rolników
czy wielkość kwoty mlecznej, była najważniejsza. Nie mniej ważny, jeśli nie
ważniejszy był efekt negocjacji na płaszczyźnie politycznej i to w dwóch
wymiarach. Po pierwsze szczyt powinien był pozostawić takie wrażenie, by w
krajach kandydackich było jak najwięcej popierających akcesję. Zatem
należało wytrącić możliwie najwięcej argumentów przeciwnikom wejścia do
Unii. Twarda postawa negocjacyjna miała pokazać, że nie "wchodzimy na
kolanach" oraz, że potrafimy się postawić i, co ważne, unia się nieco
uelastycznia wobec naszych żądań - "coś jednak dla nich znaczymy". Ten
aspekt ważny jest także dla krajów członkowskich. Trzeba pamiętać, że moment
akcesji nowych członków nie jest najszczęśliwszy. Kraje, które najwięcej
łożą do kasy unijnej nie mają się pod względem gospodarczym obecnie
najlepiej i każde euro wypływające z ich budżetów bardzo boli. Mamy więc do
czynienia z dużym naciskiem, by wstąpienie nowych krajów nie podniosło
kosztów funkcjonowania unii. Chyba najlepszym przykładem są tu Niemcy, które
przeżywają obecnie ciężkie chwile. Rosnące bezrobocie oraz
najprawdopodobniej zerowe tempo wzrostu w najbliższym roku raczej nie
skłania do rozrzutności. Nie należy też pomijać faktu, że notowania
rządzącej w Niemczech koalicji są bardzo słabe i gdyby wybory odbyły się
dziś, a nie kilka miesięcy wcześniej mielibyśmy najprawdopodobniej pod
względem politycznym zupełnie inne Niemcy. Wróćmy jednak do Unii. Twarda
polityka negocjacyjna potwierdziła obywatelom krajów członkowskich, że
"nowi" za wiele nie dostaną. Jak więc rozumieć gest kanclerza? Rozmowy
najprawdopodobniej nie doszłyby do szczęśliwego zakończenia, gdyby nie ten
miliard euro. To pokazuje, komu faktycznie najbardziej zależy, oraz od kogo
tak faktycznie zalezą finanse Unii. Miało to potwierdzić jedną z
najważniejszych pozycji Niemiec w Unii.
Pozycja w Unii. To też nasz problem. To drugi wymiar wspomnianej płaszczyzny
politycznej. Gdy sprawy gospodarcze zostały z grubsza ustalone pozostaje
sprawa miejsca jakie Polska ma zająć w rozszerzonej Unii Europejskiej.
Twarda postawa Polski sprawiła, że wykreowała się ona na państwo silne.
Wspomina się, że swoją determinacją wynegocjowała dodatkowe fundusze dla
pozostałych krajów. Warto zauważyć, że dopóki Polska nie zakończyła rozmów
faktycznie nie zakończyły ich również pozostałe kraje wspólnoty
wyszechradzkiej. Polska została więc wykreowana na lidra grupy "nowych".
Ważne jest, że pojawienie się Polski jako lidera to nie tylko ucieleśnienie
polskich aspiracji, by nim zostać, ale także skutek postawy innych krajów,
by to właśnie Polska tym liderem została. To ma kolosalne znaczenie na
przyszłość. To bowiem pomoże rozstrzygnąć, jak będą traktować nasz kraj
partnerzy w Unii. Czy jako członka, z którego zdaniem warto się liczyć, czy
też członka, którego głosy łatwo kupić, ale z którego zdaniem nie warto się
liczyć. Postawa negocjacyjna stawia nas obecnie w tej bardziej
uprzywilejowanej sytuacji. Fakt, że stoją za na nami pozostałe kraje
"wyszechradzkie" sprawia, że nasz potencjał polityczny jest całkiem spory.
Na razie. Wejście do Unii, jak więcej
nie mogliśmy liczyć i dostaliśmy tyle, ile faktycznie mogliśmy dostać. Czy
zatem jest to sukces? Polityczny na pewno, czy finansowy? To już wymaga
głębszej analizy. Szczegóły dotyczące wynegocjowanych warunków tak naprawdę
poznamy dopiero za jakiś czas. To co już znamy to tylko wycinek, najbardziej
istotny ze względu na pozyskanie poparcia w referendum. Zaczęło się od
"długiej" ponad dwudziestopunktowej listy postulatów, jaką przedstawiła
Polska, która podobno mocno zaskoczyła unijnych dyplomatów. W krótkim
wystąpieniu premiera w piątek tuż po zakończeniu negocjacji padło, że
zostały one uwzględnione, co szybko przez media zostało przełożone na
"spełnione". Tak, machina medialna działa wyśmienicie. Pragnę zwrócić uwagę,
że "uwzględnione" to nie to samo co "spełnione". Potwierdził to także
Prezydent Kwaśniewski, który stwierdził, że "ważniejsze postulaty zostały
spełnione" czyli jednak nie wszystkie. Warto na takie niuanse zwracać uwagę.
Dobrym przykładem jest także postulat sławnych już dopłat. Wynegocjowano dla
polskich rolników podobno średnio 60% dopłat, jakie otrzymują rolnicy w
Unii. Ma się wiec wrażenie, że Unia "dała więcej". Nie wspomina się jednak,
że tak naprawdę z Unii rolnicy otrzymają jedynie 40%, a reszta będzie
pochodzić z naszego budżetu. Warto też wiedzieć, że faktycznie Unia będzie
płacić więcej, ale tylko przez to, że zmniejszona zostanie pula na
restrukturyzację. Także dodatkowy miliard, który "wyciągnął z kapelusza"
kanclerz Schroeder, to tylko przeksięgowanie kwoty, którą i tak mieliśmy
dostać, tylko, że później. Jest to bowiem cześć funduszy strukturalnych,
które mają być nam przyznane na współfinansowanie przez Unię inwestycji.
Trudno ten ruch uznać za korzystny w dłuższym terminie, gdyż zamiast związać
te pieniądze z inwestycjami dostaniemy je w gotówce i najprawdopodobniej je
przejemy znając strukturę naszego budżetu, czy ryba zamiast wędki.
Jednak ubiegły tydzień to nie tylko Unia i problemy naszej delegacji z nią
związane. To także głośna sprawa transakcji jaką została dokonana papierami
TPS. Do tej pory rynek lekko obawiał się, że ostatnio obdarowani przez Skarb
Państwa akcjami operatora w końcu zaczną te akcje sprzedawać na rynku.
Wisiało więc nad głowami uczestników ponad 65 mln akcji, jak miecz
Damoklesa. We wtorek rano można było przypuszczać, że ziszcza się najgorsze,
że w końcu któryś ze szczęśliwców w końcu złożył zlecenia "sprzedaj". Na
wysuwanie takich wniosków pozwalała nie tylko spora ilość podaży, jaka
pojawiła się na rynku, ale sposób jej pojawienia się, który sugerował
niewprawną rękę. Wtorek skończył się dla papierów TPS fatalnie. Nic jednak
nie było wiadomo oficjalnie o powodach wyprzedaży. To tylko potwierdzało
tezę o tym, że stroną inicjującą byli obdarowani. W środę także na rynku TPS
nie było najlepiej. Spółka ponownie traciła i ponownie nie ukazała się żadna
informacja, która usprawiedliwiałaby taki wysyp. Tu już jednak było widać
wyraźny popyt po 13.10 Wyjaśnienie pojawiło się dopiero po środowej sesji.
Wiadomość jednak była zaskakująca. Okazało się, że na sesji w środę w ramach
transakcji pakietowych obdarowani wyzbyli się ciężaru posiadanych akcji
zamieniając je na gotówkę (cena transakcji 13.10 zł za akcję). Wynikało z
tego, że to nie szczęśliwa trójka (Bank Gospodarstwa Krajowego, Bank
Gospodarki Żywnościowej i Agencja Rozwoju Przemysłu) była źródłem podaży,
lecz najprawdopodobniej podmioty, które brały udział we wspomnianej
transakcji pakietowej. Mamy zatem kolejny przykład krzywizny naszego podobno
świetnie uregulowanego rynku. Wydaje się chyba naturalnym, że każdy
podejmuje na rynku decyzje w warunkach niepewności. Ma temu służyć równy
dostęań polskich inwestorów na te za
granicą. Części inwestorów. Trzeba bowiem z przykrością stwierdzić, że są
też tacy, którzy uważają takie zagrania za przykrą, ale jednak normę naszego
rynku, którą należy uważać po prostu za kolejny czynnik ryzyka. Może
faktycznie należy tak do tego podchodzić. Jednak mając wybór między takim
rynkiem, a resztą mi dostępnych wybieram tą resztę.
Na koniec spójrzmy na wykresy. Dziś tylko błyskawiczny rzut okiem. Nie
wyglądają ona za dobrze. Zacznijmy ten szybki przegląd od tygodniowego
wykresu WIG20 WIG20tyg.gif Widzimy, że indeksowi nie udało się pokonać
swojej linii trendu opartej o tegoroczne szczyty. Okolice szczytu zbiegły z
oporem przy 1280 pkt. Porażka byków raczej niczego dobrego nie pozwala
przewidywać. Na wykresie kontraktów mamy podobną sytuację FUTUREStyg.gif Tu
nawet nie było szans na test linii opartej na tegorocznych szczytach.
Wzrosty zostały zatrzymane przez długoterminową linię trendu spadkowego. W
tym tygodniu dość widocznie się od niej odbiliśmy. Większość wskaźników
tygodniowych jeszcze nie sygnalizują poważniejszego osłabienia. Wyjątkiem
jest CCI, który wykreślił dwa szczyty, z których drugi jest już niżej od
pierwszego, co jest odmienne od wykresu cen CCItyg_fut.gif Wskaźniki dzienne
są już dawno po sygnałach sprzedaży ROCdzienny_fut.gif CCIdzienny_fut.gif
MACDdzienny_fut.gif Na wykresach intra też nie jest za wesoło Kontrakty.gif
Jesteśmy już pod linią trendu wzrostowego, co skłania do stwierdzenia, że w
krótkim terminie mamy trend spadkowy. O trendzie średnioterminowym będziemy
mogli się wypowiedzieć po tym, jak zostanie przetestowany poziom wsparcia z
okolic 1170 pkt. Zejście poniżej zdecydowanie pogorszyłoby sytuację rynku w
dłuższym terminie, gdyż wtedy perspektywą byłoby testowanie minimów.
Kamil Jaros