Jeszcze nie tak dawno GPW aspirowała do roli centrum giełdowego Europy Środkowowschodniej. Teraz obserwujemy jej wyraźny regres. Jak Pan ocenia perspektywy rozwoju rynku kapitałowego w Polsce?
Był moment, gdy polski rynek mógł się stać czołową giełdą w naszym regionie Europy. To lata 1998-1999. Wcześniejsze prywatyzacje promowały publiczne oferty. Rynek był "rozgrzany". W 1997 r. trafiła nań oferta Banku Handlowego, która została bardzo dobrze przyjęta przez inwestorów i zakończyła się 17-krotną nadsubskrypcją.
Uważam, że w naszym kraju giełda jest potrzebna średniej wielkości przedsiębiorstwom, to te firmy bowiem cierpią na niedobór kapitałów. Mogą je pozyskiwać przez giełdę, od funduszy venture capital, poprzez zatrzymywanie zysków oraz z kredytu. Firmy venture capital oraz private equity żądają od spółek, w które inwestują, wysokich stóp zwrotu, a dźwignia finansowa jest poważnym zagrożeniem dla przedsiębiorstw w sytuacji ewentualnego osłabienia koniunktury gospodarczej.
Dlaczego, Pana zdaniem, mniejsze firmy nie szukają kapitału na giełdzie?
Aby do tego doszło, najpierw musi on uzyskać masę krytyczną, czyli powinno się na nim znajdować więcej spółek działających na wyobraźnię inwestorów, takich jak Telekomunikacja Polska, PKN Orlen, Pekao, a kiedyś Bank Handlowy. Na nich można oprzeć swoje inwestycje i rozglądać się za ciekawymi mniejszymi firmami, które szukają na rynku 20-50 mln zł.