wzrostu eksportu. To dzięki niej mamy ostatnią dość dobrą dynamikę produkcji
przemysłowej (w maju wzrosła ona o 11,7 proc. rok do roku po wzroście o 8,5
proc. w kwietniu.). Analitycy biorący udział w ankietach przeprowadzanych
przez agencje informacyjne spodziewali się także, że oprócz wzrostu eksportu
odnotowany zostanie poprawa w imporcie, co miałoby sugerować, że nasz
rodzimy popyt wewnętrzny się powoli odradza. Trzeba bowiem pamiętać, że
właśnie słabość tegoż jest obecnie jednym z głównych naszych problemów.
Według danych podanych przez NBP w poniedziałek deficyt obrotów bieżących w
maju spadł do 327,7 mln euro z 460 mln euro w kwietniu. Potwierdziły się
prognozy dotyczące eksportu lecz z importem jest nadal kłopot. Już po
publikacji danych pojawiły się głosy, że jednak import nie będzie się
poprawiać, gdyż popyt wewnętrzny jest na to za słaby. Do tego osłabione
złotówka raczej temu nie pomaga.
Według Marcina Mroza z Societe Generale nie nastąpi w najbliższym czasie
znaczący wzrost importu, gdyż popyt na dobra importowane zaspokajany jest
coraz częściej przez substytucyjne towary krajowe. Import obecnie jest
głównie związany z obsługą produkcji eksportowej. W kolejnych miesiącach
popyt indywidualny powinien trochę zacząć
się odradzać, ale to odradzanie będzie bardzo powolne za sprawą dużego
bezrobocia oraz niekorzystnego kursu walut.
otrafią
znaleźć nabywców w obecnej trudnej sytuacji krajów UE, a w Niemczech
szczególności. Opublikowane ostatnio informacje dotyczące tego kraju nie
nastrajają optymistycznie. Według Niemieckiego Instytutu Badań Gospodarki
(DIW) PKB Niemiec w tym roku spadnie o 0,1%. Jest to faktycznie redukcja
poprzedniej prognozy zakładającej wzrost PKB o 0,6%. W przyszłym roku ma być
już nieco lepiej. Instytut szacuje wzrost PKB Niemiec w 2004 roku na +1,6%.
Oceny rządowe dla obu wielkości są oczywiście bardziej optymistyczne.
Wynoszą one +0,75 dla 2003 i +2% dla 2004 roku. Przypomnieć tylko wypada, że
obecny rok będzie trzecim z kolei trudnym rokiem dla Niemców. W 2001 PKB
wzrosło tam o 0,6%, a w ubiegłym jedynie o 0,2%. Nie jest to, jak widać,
sprzyjające otoczenie dla naszego eksportu. Co ważne, za słabą koniunkturą
idą mniejsze zamówienia w przemyśle. Podane w tym tygodniu dane mogą jedynie
martwić. Okazało się bowiem, że zamiast utrzymania tych zamówień w maju na
poziomie z poprzedniego miesiąca, te spadły o 2,2%, w tym zamówienia
eksportowe spadły o 4,8 proc., a krajowe wzrosły o 0,2 proc. Był to trzeci
spadek zamówień w ostatnich czterech miesiącach.
Ubiegły tydzień to także kilka ciekawych wystąpień przedstawicieli rządu
przed audytorium delegatów na II Kongres SDL. Wprawdzie głównie skupiały się
one głoszeniu dość ogólnikowych haseł, to jednak dało się czasem coś
wyłuskać. I tak potwierdzona została faktyczna zmiana priorytetów rządu.
Rząd za cel bierze sobie pobudzenie wzrostu gospodarczego, który ma się
przyczynić do zwiększenia popytu konsumpcyjnego i inwestycyjnego oraz
zmniejszenia liczby bezrobotnych. Ma to być między innymi osiągnięte poprzez
reformę finansów publicznych, w tym zmianę podatków. Zmiany po stronie
dochodów budżetu mają polegać na "poszerzeniu bazy i wzmocnieniu egzekucji
podatkowej", a po stronie wydatków na efektywnym i kontrolowanym wydawaniu
pieniędzy. O ile to pierwsze budzi obawy o wzrost fiskalizmu Państwa to, to
drugie jest niestety tylko frazesem powtarzanym przez niemal każdą ekipę
rządzącą. Machanie przed liberałami chorągiewką z napisem "Podatek liniowy"
jest na razie także zbyt mało konkretne. Jedno, co o tym podatku wiemy na
pewno, to zapewnienie, że nie wejdzie on w 2004 roku, a to sprawia, że
faktyczne szanse na jego wprowadzenie znacznie maleją. Zamiast starać się
przyspieszyć zmiany proponuje się kosmetykę obecnego systemu. Przyjęty przez
rząd projekt ustawy przewiduje, że w 2004 roku podatki będziemy płacili tak
jak w tym roku, tj. według skali z trzema stawkami: 19, 30 i 40 procent.
Zwiększy się zaś kwota wolna od podatku w skali roku z obecnych 2 tys. 790
zł do 3 tys. 168 zł. 7 lipca zostaną podobno przedstawione różne warianty
tego podatku powstałe na podstawie wyliczeń rządowych oraz podmiotów
eksperckich. Nie wiem, jednak czy ta "dyskusja" nie jest jedynie mydleniem
oczu. Nigdy nie potrafiliśmy brać przykładu od innych. O Słowacji nawet nie
ma co wspominać, bo tamtejsze propozycje to dla naszych koalicyjnych
polityków są czystą abstrakcją. Warto jednak zauważyć, co dzieje się obecnie
w Niemczech. Dla ożywienia koniunktury, niemiecki rząd postanowił
przyśpieszyć wprowadzenie reformy podatkowej, przewidującej znaczne
obniżenie stawek podatkowych dla obywateli i przedsiębiorstw. U nas
wprawdzie są propozycje dotyczące CIT, ale przecież to nie pomaga małym
przedsiębiorcom, którzy rozliczają się zwykle za pomocą PIT. Reforma w
Niemczech wejdzie w życie w 2004 r., zamiast w 2005 r. W Niemczech takie
kroki nie byłyby oczywiście możliwe bez zapewnienia, że są one "sprawiedliwe
społecznie", co cały czas powtarza Kanclerz Niemiec. Dla rzetelności należy
stwierdzić, że zmiany az z Komisją
Trójstronną.
Na Kongresie pojawił się także temat przystąpienia Polski do strefy euro.
Już oficjalnie pojawia się to, o czym wspominali główni polscy analitycy.
Wejście do strefy euro w 2007 roku jest faktycznie nie realne. Nie pomogą tu
nawet zaklęcia Leszka Bacerowicza. Nie będziemy bowiem w stanie w 2005 roku
spełnić kryteriów traktatu z Maastricht Głównie chodzi tu o poziom
zadłużenia publicznego w stosunku do PKB oraz wielkości deficytu
budżetowego. Za realny dla ich spełnienia uważa się rok 2007, czyli euro
zostałoby przyjęte w 2009 roku. Dla ministra Hausnera wprowadzenie euro nie
jest bowiem najważniejszym celem, czemu dał wyraz wspominając, że euro może
zamienić złotówkę nawet w 2010 roku. Nie jest to jedyna smutna wiadomość.
Inną jest podejście rządzących do środków zgromadzonych przez OFE. Okazuje
się, że zdaniem Hausnera, "to jest zasadnicze źródło finansowania i rozwoju
infrastruktury w Polsce, a nie wydatki budżetowe". Planuje się zatem "jest
wprowadzenie mechanizmów wykorzystania środków OFE na inwestycje
infrastrukturalne". Ciarki chodzą po plecach. Na razie na inwestycje
infrastrukturalne szykowany są nowe podatki. Przypomnieć warto, że w
pierwszej połowie czerwca rząd zaakceptował projekt nowelizacji ustawy o
autostradach płatnych. Według projektu, głównym źródłem zasilania Krajowego
Funduszu Autostradowego, gromadzącego środki na budowę autostrad, ma być
opłata od paliw lub gazu w wysokości 95 zł za tonę. Autorem tego genialnego
projektu jest niezrównany Minister Pol.
I wreszcie sprawa, która pozwala spodziewać się przywrócenia normalności na
styku rząd-NBP. W ubiegłym tygodniu rozpoczęły się robocze spotkania mające
wypracować porozumienie między obiema stronami w sprawie wykorzystania
części rezerw walutowych NBP. Ministerstwo Finansów w osobie nowego Minfina
odżegnuje się już na wstępie rozmów od forsowania pomysłu wykorzystania
rezerwy rewaluacyjnej. Minister Raczko chciałby, by NBP dopomógł we
wcześniejszym wykupie najkosztowniejszego długu zagranicznego. Jest mniej
więcej zbieżne z propozycją NBP, by rząd powtórzył operację z 2001 roku
wcześniejszego odkupu części długu zagranicznego za waluty pożyczone z NBP.
Taka operacja obniżyłaby koszt obsługi długu zagranicznego, a NBP mógłby
rozwiązać odpowiadającą kwocie pożyczki część rezerwy rewaluacyjnej i
przekazać ją jako zysk banku centralnego do budżetu państwa. Po pierwszym,
czwartkowym spotkaniu przedstawiciele obu stron byli dość enigmatyczni w
opisie jego przebiegu, ale potwierdzali wolę kompromisu, który wydaje się
realny. Ocieplenie stosunków między rządem a NBP na pewno sprzyjać będzie
zmniejszeniu się poziomu ryzyka politycznego.
Wreszcie coś ze Stanów. Ten tydzień był tam nieco dziwny, gdyż oprócz braku
sesji w piątek, sesja czwartkowa była skrócona, co jak sądzę, nie pozwoliło
na pełną reakcję na nienajlepsze, delikatnie mówiąc, dane z tamtejszego
rynku pracy. Można przypuszczać, że ta reakcja ujawni się w poniedziałek. W
tym tygodniu opublikowano kilka ważnych wskaźników i naprawdę trudno jest
się na podstawie ich wartości doszukiwać symptomów zbliżającego się podobno
wielkimi krokami ożywienia. Poniedziałkowy Chicago PMI wzrósł nieznacznie
(dobrze, że chociaż wzrósł) z 52.2 do 52.5. Tego wyczynu nie powtórzył
opublikowany we wtorek wskaźnik ISM dla przemysłu, którego wartość nie dość,
że spadła to jeszcze jest teraz niższa od ważnego poziomu 50 pkt, który
uważany jest za graniczny dla określenia, czy mamy do czynienia z rozwojem,
czy kurczeniem się danego sektora. Opublikowany dwa dni później analogiczny
wskaźnik dla usług był już znacznie lepszy. Trzeba jednak pamiętuktury
gospodarki na korzyść usług pewnie zmieni te proporcje "ważności". Że
przemysł ma kłopoty można się było także przekonać po dynamice wydatków na
inwestycje budowlane. Maj był kolejnym miesiącem spadku tego typu wydatków,
a trzeba pamiętać, że spodziewano się już lekkiego wzrostu. Na pocieszeniem
mamy niewielki wzrost zamówień w przemyśle. Te bowiem wzrosły o 0,4%, ale
jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w poprzednim miesiącu spadły one o 3% to
ten wzrost wygląda już zupełnie inaczej. No i wreszcie temat tygodnia.
Bezrobocie wzrosło z 6.1% do 6.4% podczas, gdy prognozowano jedynie
nieznaczne pogorszenie do 6.2% Liczba miejsc pracy w sektorze pozarolnicznym
spadła o 30k. Przy prognozach znacznie mniejszych. Mówiło się nawet, że
liczba miejsc pracy nie zanotuje w ogóle spadku. Rzeczywistość okazała się
jednak inna. Na domiar złego zrewidowano zmianę tej wielkości w poprzednim
miesiącu z -17k na -70k.
Można się zastanawiać, czy te informacje będą nadal podtrzymywać tezę o
zbawczej sile obniżek stop procentowych. Opublikowane ostatnio dane każą się
zastanawiać, gdzie się podziewa to ożywienie, którego pierwsze oznaki
zostały zdyskontowane wzrostem w ostatnim kwartale? Na razie główną taką
oznaką był wzrost wskaźników zaufania i nastrojów. No, ale to jak widać nie
przekłada się bezpośrednio na inne zmienne. Poza tym można sobie zadać
pytanie, jak ostatnie dane wpłyną na te wskaźniki nastrojów. Czy rosnące
bezrobocie będzie skłaniać Amerykanów do większych wydatków? Czy beztrosko
będą się oni zadłużać, bo stopy są tak cudownie niskie? Przyszły tydzień nie
przyniesie nam jeszcze ważnych danych, które mogą być pomocne w ocenie
sytuacji, ale za dwa tygodnie mamy całkiem interesujący zestaw ze sprzedażą
detaliczną i dynamiką produkcji przemysłowej.
Na koniec rzut okiem na wykresy. Piątek piękny dzień dla byków prawdę mówiąc
zmienił nie wiele. Właściwie to dzięki końcówce sesji. Gdyby zamknięcie
miało miejsce w okolicy maksimum to byłoby znacznie ciekawiej, bo można by
było mówić o wybiciu górą z kanału wzrostowego wig20fut.gif A tak, nadal
jesteśmy z jego granicach. Co bardziej "misiowaci" inwestorzy mogą się nawet
pokusić o wykreślenie formacji trójkąta rozszerzającego się opartego na
dołkach z 24 czerwca i 1 lipca oraz szczytach z 20 i 27 czerwca trokat.gif Jak
wiadomo, wykreślaniu tej formacji towarzyszą spore emocje, czego nie można
ostatnio odmówić naszemu rynkowi. Piątkowy wzrost miałby z tym scenariuszu
osiągnąć maksimum, po którym rynek zacząłby spadek, gdyż taki trójkąt często
jest uważany za formację zmiany kierunku trendu. Ta formacja ma też inną
cechę - nie jest wdzięczną formacją do analizy, gdyż często wprowadza w błąd
osoby jej poszukujące. Zresztą takiej formacji nie widać na wykresie indeksu
wig20.gif Ja nie będę więc tego scenariusza tutaj forsować. Zresztą na razie
nie ma sygnałów, które potwierdzałyby wygasanie wzrostu. Nie zwykłem bowiem
sprzedawać, gdy rynek wykonuje w niezłym stylu ruch przekładający się na
wykresie na ładną białą świecę. Ten trójkąt to taka ciekawostka, choć nie
bez znaczenia. Warto po prostu mieć na nią baczenie. Poza tym trend ma się
na razie dobrze, a to przecież najważniejsza przesłanka do podejmowania
decyzji inwestycyjnych. Kierując się nią trzeba założyć, że rynek będzie
nadal rósł. Pierwszą oznaką osłabienia może być brak nowych wyższych
zamknięć, a w szczególności sytuacja spadku w cenach zamknięcia poniżej
poziomu 1245 pkt. Po pierwsze, byłoby to już poniżej połowy piątkowej białej
świecy. Po drugie, ponownie weszlibyśmy w obszar korpusu świecy tworzącej
ostatni lokalny szczyt (27 czerwiec). Taka sytuacja tuż po wybiciu w górę
sygnalizowałab