zbyt często lubi się powtarzać (zarówno jeśli chodzi o tulipomanie, jak i
wynalazki w stylu radia, czy internetu), by się z niej nie uczyć. Warto z
tego okresu zwrócić uwagę na dwie lekcje. Pierwsza to początek ożywienia i
wychodzenia z recesji w 1958. W maju 58" FED obniżył stopy do poziomu 0,6%.
W sumie w czasie recesji stopy obniżono zaledwie o 200 pb. Zupełnie nie
porównywalny impuls do tego, który oglądamy w ostatnich latach (obniżki w
sumie 550 pb). Wystarczyło jednak by zatrzymać dramatycznie rosnące
bezrobocie (i recesję). Z poziomu 3,7% w marcu 57" do maja 58" stopa
bezrobocia wzrosła do aż 7,5%. Brzmi znajomo ? Teraz w USA wzrost bezrobocia
zaczął się niemal z tego samego poziomu. Obecnie 6,4% i należy zakładać, że
zbliży się do analogicznego poziomu z 58 roku. Nie widać teraz żadnych oznak
poprawy na rynku pracy. Dane za ostatni tydzień potwierdziły negatywny
trend - liczba Amerykanów na zasiłku sięgnęła najwyższego poziomu od 20 lat.
Załóżmy jednak, że stopa bezrobocia nie będzie dalej spadać, a jej obecny
poziom bez statystycznych rządowych sztuczek byłby właśnie w okolicach 7,5%
Zobaczmy teraz gdzie i jaki impuls w 58" dały niskie stopy procentowe.
Ożywienie głównie opierało się na bardzo dynamicznym wzroście zatrudnienia.
W drugiej połowie 58 roku zatrudnienie wzrosło o ponad 1,2 mln miejsc pracy,
przy zwolnieniach w czasie recesji na poziomie 2,3 mln. To oczywiście
przełożyło się natychmiast na miejsc
pracy w ostatnich ponad dwóch latach). Konsument amerykański ma rekordowe
zadłużenie i niskie stopy procentowe nie mają już tak ogromnego wpływu na
skłonność do brania nowych kredytów. Środki z refinansowania kredytów
hipotecznych nawet przy zerowych stopach procentowych nie będą już tak
znaczącym impulsem dla gospodarki jakim były w ostatnich dwóch latach. Firmy
też nie zwiększają inwestycji. Od początku tego roku jedyne co jest na
topie, to cięcie kosztów, by poprawić wyniki firm, które po księgowych
czystkach zbyt mocno przestraszyłyby inwestorów. Wracając do sedna sprawy,
potwierdzeniem ożywienia będzie bardzo wyraźna poprawa na rynku pracy
połączona z dynamicznym wzrostem wydatków inwestycyjnych w firmach. Na pewno
taki okres w amerykańskiej gospodarce kiedyś nastanie. Czy widać go na
horyzoncie ? Moim zdaniem nie, a giełdowe indeksy już go dawno
zdyskontowały.
Druga lekcja z tego okresu, to zamiana dynamicznego ożywienia, w nawrót
recesji. Źródłem tego, było przekonanie o jakże negatywnym wpływie inflacji.
Można się zastanawiać, czy w obliczu obecnych deflacyjnych obaw temat wart
jest w ogóle rozważania. Nie chodzi jednak o wpływ inflacji, ale o
rozpoczęte wtedy podwyżki stóp procentowych. Teraz impulsem do tego wcale
nie musi być inflacja (choć moim zdaniem właśnie z tego powodu FED
rozpocznie podwyżki stóp), a choćby konieczność przyciągnięcia do USA
zagranicznego kapitału, który musi sfinansować gigantyczne zadłużenie.
Wracając do 58 roku, wraz z początkiem dynamicznego ożywienia FED zaczął
podwyższać stopy procentowe i z rekordowo niskiego poziomu 0,6% w ciągu
półtora roku stopy podniesione zostały o 300 pb. Natychmiast odcięło to
firmy od tanich kredytów, a w obecnej gospodarce skutki mogłyby być jeszcze
gorsze - począwszy od znacznego spadku wydatków zadłużonych konsumentów
(motor gospodarki), a skończywszy na odwrocie od rynku nieruchomości.
Wnioski z tego przykładu są takie - jeśli ma się zacząć dynamiczne ożywienie
w gospodarce, to musi iść za tym bardzo wyraźna poprawa na rynku pracy.
Inaczej mamy jedynie cykliczne odbicie w gospodarce, a nie gospodarczy
trwały boom, który indeksy zdążyły już zdyskontować. Same niskie stopy
procentowe nie wystarczą. Jeśli natomiast moje wątpliwości co do tak
dynamicznego ożywienia są bezpodstawne, a indeksy słusznie je wyprzedziły,
to należy jeszcze przy tym pamiętać, że o jego załamanie najłatwiej będzie w
momencie rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp.
Niektórzy tą analogię uznają jednak za zbyt odległą w czasie, by wyciągać z
niej jakiekolwiek wnioski dla obecnych gospodarczych prognoz. To może w
takim razie wróćmy do wałkowanego już tyle razy japońskiego bąbla ? Ten
przykład jeszcze lepiej pokazuje, że niskie stopy procentowe nie zawsze
potrafią rozwiązać wszystkie gospodarcze problemy. Niektórzy powiedzą w tym
miejscu, że ani podwyżka, ani obniżka stóp nie jest w stanie mnie
usatysfakcjonować i wieczny ze mnie malkontent. I mają rację, no może oprócz
tego ostatniego. Niskie, czy wysokie stopy procentowe nie dają bowiem
gwarancji gospodarczego ożywienia i trwałego rozwoju, bez deflacji, czy
inflacji. Stopy procentowe mają to tylko umożliwić i gospodarkę ocenia się
po efektach tych obniżek. Nie ma gwarancji, że zawsze będą miały takie same
(pozytywne) skutki. Czy zwiększą konsumpcję, inwestycje itd. itp. Tego nie
wiemy. Szczególnie teraz, gdy gospodarka musi odchorować okres tak dużego
przegrzania koniunktury, jak w ubiegłych latach.
Analogicznie było właśnie w przypadku japońskiej gospodarki. Niskie stopy
procentowe też nie pomogły. Mało kto wierzy, że to może powtórzyć się także
w Ameryce. A ja cały czas wierzło pocieszające są też analogie jeśli chodzi o euforie
inwestorów, czy ekonomistów. Komentarze w 96" po przebiciu 21500 na Nikkei
były nie mniej optymistyczne, od obecnego amerykańskiego entuzjazmu. W końcu
indeks pokonał opór na którym kilkakrotnie już zawracał (jak S&P na 965
pkt). Do tego rząd w zeszłym (1995) roku przyjął w kwietniu "pakiet
stymulacyjny" mający dać ekonomiczne ożywienie i osłabienie jena. Następny
we wrześniu. Czy to wszystko w obliczu pakietów Busha i osłabienia dolara
nie brzmi trochę znajomo ? W przeliczeniu na obecne wartości rząd japoński
wpompował w gospodarkę 100 mld $. W kwietniu 95 r Bank of Japan obniżył
stopy do 1% (nie brzmi znajomo ?) a we wrześniu kolejne cięcie. Ani obniżki,
ani próby osłabienia jena, ani pakiety stymulacyjne nie pomogły na trwałe
gospodarce i giełdowym indeksom. Co prawda w 96 r. wywołało to mocny wzrost
PKB, a Nikkei przebił (na chwilę) właśnie opór analogiczny do 965 pkt. na
S&P500, ale pomimo tak silnego wsparcia ze strony rządu, skończyło się tak
jak się musiało skończyć. Wykres3.gif Musiało ? Po bolesnej recesji
(1957-58), lub bąblu spekulacyjnym (Nikkei koniec lat 80-tych i niedawno
USA) gospodarka musi swoje odchorować, a działania rządu, czy banków
centralnych mogą jedynie złagodzić powrót do normalności. Albo będzie to
szybki krach w stylu 87 roku, szybko oczyszczający rynek z gospodarczych
śmieci, uparte utrzymywanie takich firm przy życiu, co skończy się fatalnie
(Japonia - banki), lub niestety długi proces powrotu do normalności. Nawet
gospodarka taka jak amerykańska musi swoje odcierpieć po ostatnich latach
przegrzania. Scenariusz dynamicznego i trwałego gospodarczego ożywienia jaki
wybrały amerykańskie indeksy, uważam za zdecydowanie mniej prawdopodobny,
niż choćby tylko gospodarcza stagnacja, która w dłuższym terminie rozczaruje
giełdowych inwestorów. Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył, to nie mowa tutaj o
perspektywie następnego tygodnia, więc załamania na poniedziałek nie
prognozuję. Optymizmu jednak pozbyłem się już na początku czerwca i na razie
nic tego nie zmieniło (nie mówię przy tym, że nie może zmienić).
Na naszym rynku też niby ciężko o optymizm, ale u nas jest jedna drobna
różnica - wielkość rynku. Na rozwiniętych rynkach do wywołania paniki lub
euforii potrzeba znacznie więcej niż tylko decyzje inwestycyjne kilku
większych graczy. U nas od zeszłej środy (to już nowe półrocze) wyraźnie
widać na rynku "nowych" bardzo dużych inwestorów i to wystarczyło do mocnych
wzrostów. Wielokrotnie już pisałem, że w mojej ocenie są to nasze rodzime
fundusze emerytalne, które zawstydzone ostatnim kwartałem szybko doważają
akcjami swoje portfele. Wielu analityków pisze o przepływie kapitału
zagranicznego z Węgier, ale zagraniczny kapitał akcje akumulował w
poprzednich miesiącach, grając pod unijne referendum. Co robiły wtedy nasze
OFE ? Od początku roku, aż do końca maja zmniejszały zaangażowanie w akcje !
Do znudzenia będę powtarzać, że średni udział akcji w portfelach OFE bardzo
dobrze wyznaczał punkty zwrotne (a tegoroczna likwidacja zagranicznych
portfeli u największych OFE wyznaczyła dołek zachodnich indeksów). Poziom
powyżej 30% udziału akcji zawsze pokazywał zbliżające się załamanie
indeksów. Odwrotnie oczywiście w dołkach. Od marca do maja zaangażowanie OFE
w akcje było poniżej 24%, a niższy poziom osiągnięty został tylko w dołku
bessy we wrześniu 2001 r. Wszystko w obliczu dawno nie widzianych wzrostów
na rynkach zachodnich. Ta bierność rodzimych funduszy zemściła się po
przebiciu w tym tygodniu grudniowych szczytów. OFE zostały po prostu
zmuszone do zwiększenia udziału akcji. Wprawdzie popyt z ich strony wyraźnie
było widać już od zeszłej środy, aleestorów, w
ręce właśnie przymuszonych do kupna OFE. Bez sprzedaży ze strony zagranicy
nie byłoby tak gigantycznych obrotów. Zresztą wystarczy spojrzeć na TPS. Ta
spółka w tym tygodniu pokonała wręcz demonstracyjną podaż na 14.5 i zrobiła
nowe szczyty, w momencie gdy jej czeski i węgierski odpowiednik spadły od
szczytów po kilkanaście procent. Co prawda odwrót zagranicznych inwestorów z
Czech i Węgier został chwilowo powstrzymany, ale spółki telekomunikacyjne są
dalej w niełasce. Nasza TPS dodatkowo rosnąc staje się więc relatywnie dużo
droższa od konkurentów z regionu. Banki to samo. Jeśli zagraniczny inwestor
miałby się kierować wyceną fundamentalną i porównaniem do zagranicznych
"odpowiedników" to akcje teraz sprzedaje, a nie kupuje. Pewność będziemy
mieć dopiero na początku przyszłego miesiąca, gdy OFE przedstawi strukturę
portfeli, ale moim zdaniem akcje płyną właśnie w tą stronę.
Większość gazet oczywiście pieje z zachwytu nad tym, że fundusze emerytalne
znowu zaczęły przychylniej patrzeć na akcje. Tyle tylko, że jak już pisałem,
duży udział akcji w portfelach OFE zawsze źle wróżył rynkowi. Podobnie jak
pojawiające się właśnie optymistyczne wypowiedzi ich przedstawicieli na
temat perspektyw naszego rynku. Niedźwiedzie nie mają jednak się z czego
cieszyć. Udział akcji po czerwcu to zaledwie 25% , a brakujące procenty do
wspomnianego poziomu 30% na pewno nie zostały tak szybko uzupełnione.
Niezależnie od wyceny polskich spółek, niezależnie od skali gospodarczego
ożywienia, jeśli OFE będą chciały dalej kupować, to ani analiza
fundamentalna, ani analiza techniczna nie będą w stanie zatrzymać tego
popytu. W mojej ocenie miejsce WIG20 jest dalej póki co poniżej 1265 pkt. i
w najbliższych miesiącach powinniśmy tam powrócić. Decyzje inwestycyjne nie
podejmuję jednak na podstawie fundamentalnej oceny rynku, czy tego którzy
inwestorzy kupują akurat akcje. Można przecież albo się naciąć na jakiś
bąbel spekulacyjny i nie starczy depozytu do uśredniania krótkich, albo
najzwyczajniej po prostu nie mieć racji i odjeżdżający rynek doprowadzi nas
do bankructwa. Trzeba grać jak przeciwnik pozwala, a na razie widać ogromny
popyt i dynamiczny trend wzrostowy.
Nie napiszę jednak dzisiaj, że trzeba trzymać się trendu i jedziemy na 1400
pkt, choć Zniesienia.gif tak pokazują. Taki rynek jak obecnie jest sens
oceniać tylko z dnia na dzień. Na szczęście mamy tutaj ten "komfort". Może
być bowiem tak, że zrobimy w tym tygodniu kolejne nawet 10% euforycznego
wzrostu, a każdego dnia popyt będzie analogiczny jak na początku ostatniego
tygodnia. Tyle tylko, że taki wzrost może załamać się w każdym momencie.
Wystarczy, że OFE na chwilę odpuszczą z zakupami, a zagranica wyrzucają
końcówkę akcji nie będzie zwracała uwagi na ceny. Zresztą rynek ekstremalnie
wykupiony, korekta się należy. Dwa dni i mamy rynek 5% niżej. Trzeba więc
oglądać każdą sesję i przy tej zmienności i przy tak poważnych (ogromne
obroty) rozgrywkach funduszy podejmować decyzję na bieżąco.
Patrząc tylko na analizę techniczną wszędzie sytuacja taka sama. Wyraźny
trend wzrostowy Srednie.gif Kontrakty_dzienny.gif Indeks_dzienny.gif
Kontrakty_intra.gif Indeks_intra.gif a na wskaźnikach od dłuższego czasu
negatywne dywergencje, albo wyraźne wykupienie Ultimate.gif Stochastic.gif
RSI.gif MACD.gif RMI.gif Inertia.gif Trzymać się trendu, czy patrzeć na
wykupienie i górne cienie przy dziennych świeczkach ?
Prognozy nie ułatwia też bardzo duża liczba publikacji. Zarówno wysyp
wyników amerykańskich gigantów (choć wpływ zachodu w ostatnim okresie był
ograniczony, to powoli zacznie mieć to teraz wpływ na nasz rynek), jak i
danych makro. Najważnbniżki - wszyscy analitycy ankietowani przez Reutersa tak
prognozują), czwartek dane o produkcji przemysłowej, poniedziałek inflacja.
W Stanach z kolei sprzedaż detaliczna we wtorek, CPI i produkcja przemysłowa
w środę i piątkowy wstępny odczyt indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan.
Nie można też zapomnieć o wtorkowym (16:00) półrocznym sprawozdaniu
Greenspana na temat polityki pieniężnej i prognoz ekonomicznych. Inwestorzy
będą chcieli usłyszeć, czy faktycznie oglądali ostatnio ostatnią obniżkę
stóp, no i może w końcu szef FED powie coś o skali ożywienia. W ostatnich
miesiącach FED błądzi we mgle (to nie zarzut, stwierdzenie faktu), a
trudność oceny gospodarki skrywa pod wojennym płaszczykiem. Jeśli inwestorzy
w końcu usłyszą wyraźną ocenę gospodarki, może dać to mocny impuls indeksom.
Tego samego dnia po sesji Intel. Może być więc tak, że w środę polski rynek
obudzi się zupełnie w innych nastrojach i dwie pierwsze sesje tygodnia nie
będą miały większego znaczenia (niezależnie jakie będą).
Nawet jeśli nasz rynek tkwiłby ostatnie kilka tygodni w marazmie, to przed
takim tygodniem zastanawiałbym się nad postawieniem wyraźnej prognozy. A
tutaj dochodzi jeszcze rozemocjonowany rynek, gdzie bardzo mocne wykupienie
walczyć będzie z siłą trendu. Wszystko przy równie rozchwianej samej bazie
na kontraktach. Jak już pisałem, trzeba teraz oceniać rynek na bieżąco i
giełdowe wojny prowadzić z sesji na sesję, nasłuchując nie tylko potoku
informacji ze spółek i gospodarki (zarówno polskiej, jak i amerykańskiej),
ale też dokładnie obserwując obroty i przebieg sesji. To już w codziennych
komentarzach.
[email protected]