Petrobaltic (PB), zajmujący się wydobyciem ropy naftowej z Morza Bałtyckiego, zdecydował się kilka lat temu na budowę elektrowni we Władysławowie. Miał być w niej wykorzystywany gaz, uwalniający się podczas wydobycia ropy. W tym celu wybudowany został m.in. rurociąg o długości około 80 km. Inwestycja miała być realizowana za pośrednictwem Energobaltiku (EB). Petrobaltic stracił kontrolę nad spółką córką. Obecnie posiada około 46% udziałów w EB. - Staramy się odzyskać większościowy udział - przyznaje Kordian Borejko, członek rady nadzorczej Petrobalticu z ramienia MSP. Resztą papierów dysponuje prywatna spółka Hydromex (12%) i Rolls-Royce Power Ventures.
Pieniądze trudne do odzyskania
Łączne nakłady na inwestycję w EB pochłonęły około 175 mln zł. Do tej pory Petrobaltic wyłożył około 22 mln zł na realizację energetycznej inwestycji. Poza tym firma objęła za 1,5 mln zł udziały w podwyższonym kapitale spółki zależnej oraz udzieliła gwarancji bankowych na 40 mln zł. Z biznesplanu, jaki PB otrzymał od Energobaltiku, wynika, że zainwestowane środki będą się bardzo długo zwracały (do roku 2015 firma matka ma otrzymać z racji planowanych zysków EB około 7 mln zł). O zwrot udzielonych kredytów martwi się BOŚ, który również wspierał inwestycję w elektrownię i gazociąg (wydał na ten cel 22 mln zł).
Umowa kulą u nogi
Największym problemem Petrobaltiku w związku z inwestycją w EB jest umowa sprzedaży gazu zawarta między obiema spółkami. - Umowa o sprzedaży gazu, podpisana przez PB ze spółką zależną, jest dla nas niekorzystna. Rada nadzorcza Petrobaltiku zajmowała się nią, przedstawiliśmy naszą opinię Ministerstwu Skarbu - mówi K. Borejko. Janusz Sowiński, do niedawna wiceprezes PB, nie chciał komentować zarzutów odnośnie do umowy.