najważniejszym - z technicznego punktu widzenia - poziomie, ale zamiana tego
wzrostu na spadek. Czy cień piątkowej sesji jest takim sygnałem? Patrząc w
skali całego wzrostu, wydaje się on zdecydowanie za mały, by miał być
podstawą do zajęcia krótkich pozycji.
Czyli oczekujemy na dalszy wzrost? Kierunek oraz siła trendu nie
pozostawiają wątpliwości - oczekiwanie na kontynuację wydaje się w tej
chwili najlepszą strategią. Czy nie ma przesłanek za spadkami? Zawsze są.
Rynek to dwie strony, które liczą na odmienne zachowanie się cen. Jeśli po
jednej ze stron zaczyna brakować zwolenników to mamy to, co obserwowaliśmy w
piątek. Chyba każdy z czytelników pamięta moment pokonywania przez ceny
poziomu 1580 pkt. Nad tym poziomem nie było praktycznie podaży. Oferty po
kilkanaście sztuk onieśmielały popyt, który setkami stał po stronie K. Gdzie
się podziały te setki na S, które do tej pory stały na niemal każdej
ofercie? Przez większą cześć wzrostu zawsze mocnym bykom próbowała stawiać
odpór tylko nieco słabsza podaż. Zawsze było wielu chętnych do złapania
szczytu. Na 1580 pkt to się zmieniło. Większość zapragnęła kupić. Jest to
jeden z argumentów, jakie i tym razem można znaleźć dla poparcia tezy o
problemach z utrzymaniem trendu. Jeśli rynek spadnie, to zacznie się o nich
pisać, jako o sygnałach, które "wyraźnie wskazywały na koniec wzrostów". Po
fakcie łć za pomocą wysokości ostatniego poważnego
spadku cen (grudzień 2002-styczeń 2003) oraz zależności wynikających z ciągu
liczb Fibonacciego. Po prostu, wysokość tego spadku pomnożona przez 1,618
lub 2,618 dawały prawdopodobny zakres wzrostu, jaki może zostać wykreślony
zakres.gif Przypomnę, to są potencjalne poziomy. Nie znaczy to, że zaraz po
ich wyznaczeniu należało spokojnie złożyć zlecenia sprzedaży i jechać na
wakacje. Nie są one bezpośrednią podstawą do złożenia zlecenia, ale mogą być
pomocne w określeniu wiarygodności ewentualnych sygnałów, jaki pojawiłyby
się w ich okolicy. Pierwszym takim poziomem (mnożnik 1,618) były okolice
1380 pkt. Pamiętamy, że miała tam miejsce konsolidacja. Padły nawet sygnały
sprzedaży, którymi sam się zasugerowałem. Okazało się, że rynek jest jednak
znacznie silniejszy i wyjście ponad poziom konsolidacji zmusił
"niepokornych" do powrotu do długich pozycji. Teraz jesteśmy na kolejnym
ważnym poziomie (mnożnik 2,618). Fakt jego istnienia nie był dla nikogo
tajemnicą, Stąd pewnie rezerwa z szybkim pokonaniem poziomu 1600 pkt. Już w
tym momencie poziom ten spełnił swoje zadanie - zatrzymał wzrost. Nie
wiadomo jednak, na jak długo. Kierując się analogią można przypuszczać, że
teraz rynek wejdzie w fazę konsolidacji, co przełożyło by się dłuższa płaską
korektę. W teorii fal Elliota jest zasada, że fale korygujące tego samego
impulsu nie są takie same. O ile sama teoria do mnie nie przemawia, to
akurat do tego zdania bym się przychylił. "Nic dwa razy się nie zdarza",
śpiewa Kora, a my możemy dodać "...w ramach jednego trendu". Mając to na
uwadze, nie sądzę, by rynek ponownie wszedł w konsolidację. Można
przypuszczać, że jeśli faktycznie teraz miałaby zostać wykreślona korekta,
to będzie ona jednak spadkowa, a nie płaska. Skłaniają też ku temu wysokie
emocje na rynku, a to rodzi nerwowość w podejmowanych decyzjach. Nerwowość
nie służy stabilności cen.
Dynamicznej korekcie (chodzi o sam jej przebieg, a nie o to, że miałaby się
ona pojawić już teraz) może też służyć inny aspekt dotyczący rynku. W ciągu
ostatnich dni skokowo zwiększyła się zmienność. To powoduje, że stopy dla
otwartych pozycji nie rosną równie dynamicznie jak same ceny. Przy dużej
zmienności stop nie może być ustawiony zbyt blisko, by byle korekta nie
wyrzuciła gracza z rynku. Przy średniej zmienności przekraczającej 30 pkt, a
biorąc pod uwagę ostatnie sesje to i 50 pkt, stopy powinny być znacznie
oddalone. Można spokojnie założyć, że niewielu graczy jest w stanie to
zaakceptować. Zwłaszcza, że pewnie duża ich cześć zajęła pozycje dość późno
(np. po wcześniejszej nieudanej próbie złapania górki w okolicach 1500 pkt.
Mając późno otwarte pozycje bardzo trudno jest ustawić odległego stopa.
Można więc domniemywać, że część z tych spóźnialskich już przy pierwszym
większym spadku cen opuści rynek, co tylko pogłębi korektę. Drugą sprawą
jest to, że nie licząc ostatniego miesiąca zmienność dzienna nie była zbyt
duża, co pozwalało na utrzymywanie wartościowo bliskich stopów. Teraz trudno
jest zmienić przyzwyczajenia. Także jeśli chodzi o wielkość pozycji. Po
prostu za faktem wzrostu zmienności nie idzie proporcjonalny spadek
wielkości otwartych pozycji, czyli rośnie ryzyko średniej zajętej pozycji.
To tylko sprzyja zwiększeniu zmienności, co odczuliśmy już w ciągu ostatnich
dwóch dni.
Kolejną przesłanką, że rynek osiągnął przesilenie, ale już nie czysto
techniczną, jest fakt ogólnego zwiększenia zainteresowania rynkiem wśród
osób, które do tej pory się nim aktywnie nie interesowały. Wczoraj mój
znajomy pytał mnie, jak założyć rachunek w BM, bo ma zamiar "coś kupić"
skoro tak rośnie. Chciałby wykorzystać zety Wyborczej, gdzie jako najważniejszy temat dnia
uznano piątkowy wzrost cen na warszawskim parkiecie. Pisze się o wzmagającym
się ożywieniu, które ma być podstawowym czynnikiem skłaniającym do zakupów
udziałowych papierów wartościowych.
Tłumaczenie jest proste - gospodarka ma się coraz lepiej, a więc rynek
dyskontuje jeszcze lepszą przyszłość. Za koronny argument uznaje się kolejny
miesiąc wzrostu produkcji przemysłowej i to w skali większej od
wcześniejszych prognoz. Kolejni analitycy podnoszą prognozę PKB dla Polski
na 2003 rok oraz 2004 r. Za problem nadal uważa się bezrobocie, którego
poprawy na razie ciężko szukać. Nawet to obserwowane przyspieszenie
gospodarki nie jest w stanie wygenerować wzrostu zatrudnienia. Mamy sytuację
podobną do tej w Stanach, gdzie przyspieszenie gospodarki jest wynikiem
wzrostu wydajności pracy i na razie nie widać chęci zatrudnienia nowych
ludzi. Ten ruch jest zwykle ostatnim, jaki przychodzi przedsiębiorcom do
głowy. Zwłaszcza u nas.
Czy wzrost produkcji przemysłowej o ponad 10% w stosunku do poprzedniego
roku może być podstawą do wzrostu cen akcji o prawie 50%? Poza tym, czy już
zapomnieliśmy od problemach budżetu? Czy jego deficyt nie jest już
niepokojący? Nagle wszyscy stracili cierpliwość do słuchania ostrzeżeń.
Ciągle tylko budżet i budżet, jak gospodarka zaczyna się podnosić.
Przedsiębiorstwa globalnie osiągają lepsze wyniki. Przyglądając się jednak
bliżej można zauważyć, że te pozytywne tendencje są generowane przez wzrost
popytu zewnętrznego. Ten pobudza eksport. Jak to możliwe w sytuacji, gdy
nasz zachodni sąsiad, główny odbiorca naszego eksportu nie ma się najlepiej.
Właśnie fakt kłopotów gospodarczych Niemiec wydaje się dla naszych
eksporterów sprzyjający. Gdy nie ma się środków na zakupy markowych, a więc
droższych produktów, poszukuje się ich tańszych substytutów. Polska może
takie zaproponować. Tańszym cenom w euro sprzyja też wysoki kurs tej waluty
w złotych. To wszystko. Na razie nie ma poważniejszych sygnałów poprawy na
innych płaszczyznach. Cieplej się mówi wydatkach inwestycyjnych, ale to za
wcześnie by mówić o ogólnej tendencji do inwestowania. Pozytywna jest lekka
poprawa w zmianach wielkości produkcji budowlano-montażowej. To także jest
sygnał, który może być przesłanką za delikatnym optymizmem. Rynek akcji jest
jednak daleki od delikatnego optymizmu. Zwłaszcza w ostatnich dwóch dniach
trudno jest mówić o umiarze i zimnej kalkulacji. Teraz już każdy chce się
załapać.
Gdy rynek osiąga taką dynamikę, jak w czwartek i piątek, bardzo trudno jest
określić moment zakończenia lub choćby zatrzymania wzrostu. To właściwie
może się zdarzyć w każdej chwili. Duża zmienność sprawia, że błędna decyzja
może drogo kosztować. Czy opłaca się zatem ryzykować? Jedno jest pewne
wzrost zmienności do tak dużych wartości sugeruje, że obecny impuls
wzrostowy dobiega końca. Czy blisko nam do szczytu? Można rzec, że "bliżej
niż dalej". Są przesłanki mówiące o tym, że takim szczytem może się okazać
poziom 1600 pkt. Jeśli pojawią się sygnały sprzedaży to prawdopodobieństwo
takiego scenariusza znacznie wzrośnie. W tej chwili za bardziej
prawdopodobne należy uznać zaliczenie nowego maksa. Z tak silnym trendem nie
ma sensu walczyć.
Kamil Jaros