drugim czynnikiem wpływającym na wstrzymywaniem się z luzowaniem polityki
monetarnej. Chodzi oczywiście o sytuację na rynkach finansowych, która jest
bezpośrednim odzwierciedleniem tego, co się dzieje w finansach publicznych.
Nadal mamy niski poziomu złotego oraz wysokie rynkowe stopy procentowe.
Trudno oczekiwać, że one spadną jeśli rynek spodziewa się, dużego popytu na
pieniądz ze strony budżetu. Według analityków BRE Banku, MF w I kw. 2004
roku zgłosi zapotrzebowanie, w postaci emisji papierów skarbowych, na 36,6
mld zł. I kw. 2003 było to 32,7 mld zł. Wzrost w 2004 jest już zapowiedziany
również przez ministra finansów A. Raczko. Jeśli więc popyt ma być tak duży
to z jakiej racji ma spadać cena pieniądza? Panuje już opinia, że kolejne
obniżki stóp procentowych będą już dokonywane przez nowy skład RPP. Nie było
więc żadnego zaskoczenia, gdy w środę około południa RPP ogłosiła, że nie
zmieniła stóp procentowych.
Rynek złotówki oraz papierów dłużnych był w tym tygodniu także targany przez
impulsy płynące z zewnątrz, a w szczególności z kolejnej fali osłabienia
węgierskiego forinta. Kurs węgierskiej waluty spadł do najniższego poziomu
od prawie czterech miesięcy wobec euro. Ucieczka od forinta jest według
budapesztańskich dealerów reakcją na obawy inwestorów o rosnący deficyt
budżetowy i deficyt na rachunku obrotów bieżących. W piątekynku złotego, który się nieco
osłabił.
Rada Polityki Pieniężnej była także przedmiotem debaty przy nowelizacji
ustawy o NBP. Z założenia nowelizacja ta miała dopasować polskie przepisy do
regulacji unijnych. Oczywiście nasi politycy nie byliby sobą, gdyby nie
wykorzystali okazji do kolejnych prób uszczuplenia zbyt wielkiej ich zdaniem
niezależności banku centralnego. Sejmowa komisja finansów publicznych
rekomendowała różne zmiany: m.in. zmniejszenie liczby członków rady,
ograniczenie wielkości rezerwy rewaluacyjnej czy zmian w księgowaniu rezerw
banku centralnego w ogóle. Smaczku dyskusjom o NBP nadawały oczywiście
personalne ataki na L. Balcerowicza z propozycją podjęcia przez Sejm uchwały
wzywającej go do ustąpienia ze stanowiska włącznie. Wiadomo, że Balcerowicz
jest solą w oku wielu polityków, a teraz atak zyskał nowy wymiar w świetle
ostatnich rewelacji, jakie "sprzedał" Sejmowi szef ABW, A. Barcikowski.
Wprawdzie wystąpienie Barcikowskiego dotyczyło "informacji w sprawie
lobbingu wokół niektórych ważnych przetargów i kontraktów" to szybko zyskało
ono otoczkę aferalną a nazwisko Balcerowicza pojawia się najczęściej,
zwłaszcza na ustach działaczy LPR, PSL i Samoobrony. Mają na niego haka! W
końcu! Już padają propozycje powołania kolejnej komisji śledczej. Nie
pomagają tłumaczenia byłych współpracowników obecnego szefa NBP, że sprawa
nie dotyczy jedynie okresu władania ministerstwem finansów przez
Balcerowicza, że zaczęła się znacznie wcześniej, że właśnie pod jego rządami
problematyczne rozporządzenie zostało zmienione. Gry polityczne robią się u
nas coraz mniej przyjemne również dla ich obserwatorów. Na razie mamy
wytykanie sobie wzajemnie kolejnych afer lub tylko budowanie medialnego
szumu. Na rynek ma to ograniczone znaczenie. Tu liczą się fakty, a tymi są
odrzucenia kolejnych dziwnych poprawek do nowelizowanej ustawy. Na razie
wszystko zostało po staremu.
No odrębną uwagę zasługuje sytuacja na rynku dolara. Ostatnie publikacje
danych dotyczących gospodarki amerykańskiej zdają się być optymistyczne.
Rewizja podniosła dynamikę PKB w III kw 2003 z 7,2 do 8,2% w skali roku.
Gospodarka amerykańska zdaje się pędzić niczym azjatyckie tygrysy za czasów
ich świetności. Dlaczego w takiej sytuacji dolar nadal słabnie? W tygodniu
dosięgnięta została cen 1,2 dolara za jedno euro. Problemem są oczywiście
dwa deficyty: budżetowy oraz handlowy. Jakkolwiek ten drugi także poważny
jest mniej szkodliwy, gdyż handel odbywa się w rodzimej walucie, to już ten
pierwszy budzi obawy. Stopy procentowe Fed są najniższe od dziesiątków lat.
Większość krajów będących bezpośrednią dla USA konkurencją kapitałową
posiada wyższe stopy: podstawowa stopa procentowa ECB wynosi 2,0 proc., w
Wielkiej Brytanii 3,75 proc., a Australii 5,25 proc. Nie należy także
bagatelizować zaangażowania USA na Bliskim Wschodzie. To jest kolejny stały
element podnoszący ryzyko inwestycji w dolara ze względu na
prawdopodobieństwo akcji odwetowych i ataków terrorystycznych. Patrząc na
rynek dolara czystko technicznie można dojść do wniosku, że nowe dołki jego
wartości mogą skłaniać kolejnych do grania przeciw amerykańskich walucie.
Nie jest więc wykluczone, że tendencja osłabienia dolara będzie jeszcze
przez jakiś czas obserwowana. Przestrzegałbym przed zbytnim przywiązywaniem
się do poziomu 1.2 na rynku euro/dolar. Tu rządzi czysta psychologia. Nie
jest to poziom o kluczowym znaczeniu technicznym, a jest on jedynie jednym z
kilku ważniejszych. Nie należy się więc zdziwić, jeśli za parę tygodni
ponownie cena euro w dolarach spadnie poniżej 1.2.
Teraz przyszedł czas na pochylenie się nad wykresami. Weekendowa sprz że rynek przed
kolejną falą wzrostów, na którą nadal liczę, spadnie jeszcze o tyle punktów.
Sądziłem, że ceny nie zejdą poniżej poziomu wrześniowego dołka. Okazało się,
że na stroje na rynku są bardziej niedźwiedzie. Teraz po wykreśleniu
podwójnego szczytu nabrały one intensywności wig20fut.gif Teoria mówi, że
spadek powinien być tak duży, jak wysoka była formacja czyli ok. 300 pkt. Po
drodze musiałby paść wsparcia na 1410 pkt, 1300 i 1250 pkt. Perspektywa
ruchu całkiem przyjemna. Ja mam jednak poważne obawy, czy faktycznie z takim
spadkiem będziemy mieli do czynienia. Po pierwsze niewiele się zmieniło od
ostatniej weekendowej jeśli chodzi o główne przesłanki oczekiwania na
wzrost. Po drugie, zaraz po przebiciu wsparcia rynek nie zjechał w dół
pchany wielkimi atakiem podaży. Proszę sobie przypomnieć, co sprowadziło cen
tak nisko. Nie było to wielkie wysypywanie papierów, ale twardo rzucane
kosze zleceń. Nie chodzi o pozbycie się akcji, ale o obniżenie wartości
indeksu. Taki spadek mnie nie przekonuje. Wykres sygnalizuje, że podaż nie
ma faktycznie bezapelacyjnej przewagi. Ceny skonsolidowały się tuż pod
poziomem przełamanego wsparcia.
Problemem jest kształt tego, co kreśli obecnie wykres. Ceny się
skonsolidowały, ale nie wygląda to na formację odwrotu, a kontynuacji. Na
wykresie widać trójkąt. To sprawia, że należy oczekiwać jeszcze jednego
spadku, który w najlepszym razie zatrzyma się na dołku na 1408 pkt. Nie
można jednak wykluczyć, że będziemy wyznaczać nowe minimum. Myślę jednak, że
to będzie tylko krótkotrwała przewaga podaży. Rynek jest już poważne
wyprzedany CCIdzienny_fut.gif RSIdzienny_fut.gif ROCdzienny_fut.gif i przy
kolejnym spadku zaczną się pokazywać dywergencje na szybkich wskaźnikach.
Warto pamiętać, że w horyzoncie wielotygodniowym mamy nadal trend wzrostowy.
Okolice 1380 pkt to dopiero zniesienie 50% całej fali wzrostów
FUTUREStyg.gif Obecny spadek nie przesądza jeszcze o załamaniu trendu.
Przypominam, że gra na zwyżkę ma sens, gdy pojawią się sygnały kupna. Na
razie dominują te dotyczące sprzedaży i dlatego nie należy brać moich
przypuszczeń jako rekomendacji kupna. W tej chwili gra na zwyżkę to dość
ryzykowna zabawa. Sygnałem kupna będzie np. zamknięcie najbliższej luki
bessy. Biorąc jednak pod uwagę poprzednie zdania sądzę, że takim sygnałem
może być zamknięcie trzeciej luki bessy jaka się być może pojawi w czasie
kolejnej fali spadków.
Kamil Jaros