światowych finansów. W środę kończyło się posiedzenie Komitetu Otwartego
Rynku, które miało podjąć decyzję co do wysokości stóp procentowych banku
centralnego w USA. Zmiany stóp się nie spodziewano. Oczekiwania były tu
zgodne u przeważającej większości analityków. Środowa decyzja przeszłaby
pewnie bez echa, gdyby nie mała zmiana, jaka zaszła w treści komunikatu
towarzyszącego tejże decyzji. Wyrażenie, że stopy procentowe będą na obecnym
(czytaj niskim) poziomie "przez dłuższy czas" zostało zamienione na inne,
które brzmiało "Fed jest cierpliwy w podjęciu decyzji o zmianie (czytaj
podwyższeniu) poziomu stóp procentowych". Brak zapewnienia, że stopy
pozostaną na niskim poziomie przez dłuższy czas zmroził rynki. Dolar
momentalnie zyskał na wartości. Rynki akcji skierowały się na południe.
Inwestorzy przyjęli wspomnianą zmianę, jako wyraz delikatnej (na razie)
zmiany w podejściu Fed. Komentarze były zróżnicowane. Z grubsza, sprowadzały
się one do stwierdzeń, że "szklanka jest do połowy pełna", lub że jest "do
połowy pusta". Brzmiało to mniej więcej tak: "rynek musi się spodziewać, że
stopy zaczną rosnąć i to być może wcześniej niż poprzednio sądził, a to może
negatywnie wpłynąć na przyspieszającą gospodarkę". Były też i głosy mówiące
o tym samym, ale zupełnie inaczej: "Tak, stopy procentowe mogą wkrótce
wzrosnąć, ale należy to odbierać pozytywnie, gdyż jest to reakcja Fynek, musi być czymś ponownie
zaskoczony. Oczywiście chodzi o zaskoczenie "pozytywne". Trudno za takie
uznać piątkową publikację wstępnych danych o dynamice wzrostu PKB w USA.
Zamiast spodziewanych 5%, albo jak chciało część analityków 6%, PKB wzrósł w
IV 2003 roku o 4% w skali roku. Jak w takim razie interpretować decyzję
FOMC? Można bowiem sądzić, że decydenci mieli świadomość, że wstępne dane
dotyczące PKB nie będą tak dobre. Czy rynek faktycznie może jeszcze liczyć
na jakieś niespodzianki? Wyniki spółek są zbliżone do oczekiwań i nie robią
większego wrażenia na inwestorach. Publikacje kolejnych spółek nie wpływają
na ceny. Kierunek ich zmian w czasie ostatnich sesji w USA może niepokoić,
ale na razie jedynie nieznacznie. W ostatnich miesiącach z takimi spadkami
mieliśmy już do czynienia. Kończyło się kreśleniem nowych maksów kilka dni
później. Nie wykluczone, że tym razem będzie podobnie. Na obwieszczanie
końca wzrostów jest jeszcze za wcześnie.
Tyczy się to także do naszego rynku, ale w odniesieniu do spadków. Środowe
wybicie szybko sprowadziło ceny 100 pkt niżej. Spadek zatrzymał się tuż nad
poziomem 1600 pkt na początku sesji w czwartek. Później było już lepiej. Czy
można uznać, że to już koniec spadków? Jak wspominałem wyżej, jeszcze nie.
Skala wzrostu nie pozwala jeszcze na zbyt wielki optymizm. Rynek przez
prawie trzy tygodnie przebywał w konsolidacji. Na wybicie czekaliśmy jak na
zbawienie. W końcu się pojawiło. Nie bez problemów. W czasie wahań w ramach
wspomnianej konsolidacji mieliśmy kilka sytuacji, które można było wziąć za
wybicie. Kursy jednak szybko wracały w obręb wcześniejszych wahań. Tym razem
już nie wróciły. Wydaje się zatem, że teraz będziemy mieli (właściwie to już
mamy) do czynienia ze znacznym ruchem spadkowym. Wysokość konsolidacji
wyznacza jego minimalną skalę. Są to okolice 1580 pkt. 20 pkt niżej mamy
dołek konsolidacji z połowy grudnia. Wydaje się, że dopiero ta strefa jest w
stanie zatrzymać spadek cen. Czy nie może spaść niżej? Zawsze może. Dlatego
nie namawiam nikogo do składania zleceń kupna we wspomnianych okolicach
tylko dlatego, że znalazły się tam ceny. One jeszcze muszą wykazywać chęć
wzrostu - muszą pojawić się sygnały kupna. Na razie chyba warto trzymać się
krótkiej strony rynku.
W związku z ostatnim spadkiem chciałbym przypomnieć "Weekendową..." sprzed
dwóch tygodni. Spadek wydawał się wtedy najbardziej prawdopodobny ze względu
na oczekiwany wzrost cen. Niby paradoks, ale nie zupełnie. Żeby na rynku
mógł pojawić się mocny wzrost, nastroje muszą być naprawdę kiepskie. Na
tyle, by większość graczy oczekiwała dalszego spadku cen. Wzrost musi być
zaskoczeniem. Dlaczego w ogóle ten wzrost musi się pojawić? Oczywiście na
rynku nic nie "musi" się wydarzyć, ale scenariusz wzrostu cen i wykreślenia
nowego szczytu można uznać za prawdopodobny po analizie zachowania podaży
pieniądza i indeksu Wig20. Już pisałem o tym tu wielokrotnie. Zmiana ilości
pieniądza w gospodarce odciska swoje piętno na poziomie cen na rynku akcji,
a zatem i indeksu. Co ważne dzieje się to nieprzerwanie od wielu lat, a
reakcje rynku akcji są niemal zawsze tak samo opóźnione w stosunku do
impulsu pieniężnego. To pozwala z dużym prawdopodobieństwem określić
przybliżony moment wyznaczenia istotnego ekstremum. Grudniowy spadek podaży
pieniądza podaz_pl.gif stał się podstawą do oczekiwania, że rynek wyznaczy
szczyt w okolicy przełomu marca i kwietnia. Nie chce tu powtarzać całego
wywodu i zainteresowanych odsyłam do "Weekendowej..." z 18 stycznia,
niemniej wydawało się logiczne, że rynek musi nieco obniżyć poziom notowań,
by później w szybkim tempie wzrosnąć i zaliczyć szczyt na 1900 lub naOd 1996
roku raz się zdarzyło, że ceny ruszyły w kierunku wskazywanym przez podaż
bez oczekiwanego przesunięcia. Skoro był już precedens, to nie należy
zupełnie wykluczyć możliwości, że obecny spadek jest właśnie TYM, który
sygnalizowała grudniowa podaż pieniądza. Statystycznie, ale i ekonomicznie,
rzecz biorąc takie rozwiązanie jest mniej prawdopodobne, ale przecież nie
niemożliwe. Sprawa jest o tyle delikatna, że jeśli wierzyć zależności podaż
pieniądza-WIG20 to wkrótce należałoby się spodziewać małej zatrzymującej
konsolidacji i rozpoczęcia dynamicznego wzrostu. Takie oczekiwania kuszą, by
wyprzedzić rynek i starać się złapać dołek, "bo przecież zaraz i tak mocno
wzrośnie". Każda choćby mała korekta spadku może być już odbierana jako
początek TEGO wzrostu. Pamiętajmy zatem o jednym. Rynek raczej nie zmienia
kierunku swojego ruchu z dnia na dzień. Zatem, jeśli popyt będzie odzyskiwał
przewagę, to będzie to widać po zachowaniu cen. W związku z tym, nie należy
wyprzedzać rynku. Ten sam nam wskaże dogodny moment na otwarcie długich
pozycji. Zawsze musimy pamiętać, że istnieje jeszcze ryzyko (małe bo małe,
ale jednak), że tego wzrostu po prostu nie będzie, i że obserwowane zwykle
przesunięcie między zmianą podaży pieniądza a wartości indeksu tym razem nie
będzie miało miejsca. Nie bądźmy zbyt pewni siebie. Oczekując spadku także
nie zajmowaliśmy pozycji, gdy rynek się konsolidował, lecz dopiero w
momencie wybicia. To że staramy się w jakiś sposób przewidzieć możliwe
scenariusze nie uwalnia nas od podstawowych zasad tradingu. Bez wyraźnych
sygnałów nie należy wchodzić na rynek, bo ten nasze scenariusze może mieć w
nosie.
Jak to wygląda w chwili obecnej? Mamy spadki, co widać gołym okiem
wig20fut.gif Od czwartkowego ranka trwa kontratak popytu. Na razie jest on
dość słaby. Wzrost nie sięgnął nawet poziomu zniesienia 38,2% spadku. Zatem
jakiekolwiek obawy o krótkie pozycje są przedwczesne. Byki mają miejsce na
dalszą zwyżkę. Połowa długości spadku przypada na okolice małej konsolidacji
w środy (1655-60 pkt). Przejście tego poziomu i utrzymanie się nad nim może
dopiero wzbudzić poważniejsze obawy o kontynuację zniżki. Nie jest
wykluczone, że w poniedziałek zbliżymy się do tego poziomu. Co z tego
wyniknie, tego oczywiście nie wiem, ale na razie stawiam na spadki.
Przekonują mnie do tego, oprócz samej "teorii podaży pieniądza", wskaźniki
techniczne. Te oparte na danych dziennych przebywają w trendach spadkowych i
trochę im jeszcze brakuje do ewentualnych sygnałów kupna. Mowa tu zarówno o
tych krótkoterminowych RSIdzienny_fut.gif ROCdzienny_fut.gif
CCIdzienny_fut.gif jak i, a może przede wszystkim, tych średnioterminowych,
jak np. MACDdzienny_fut.gif Nie ma się co szarpać, skoro rynek "chce"
spadać. Jeśli wspominany tu wzrost faktycznie się pojawi, to po pierwsze,
poprzedzą go wyraźne sygnały, a po drugie będzie on na tyle duży, że nawet
jak ktoś się nieco spóźni, to zdąży jeszcze wskoczyć do odjeżdżającego
pociągu.
Kamil Jaros