Reklama

Zawód: analityk...

Jeszcze pięć lat temu sekcje analityczne były w istocie wehikułem PR, wspomagającym sprzedaż ofert swoich kolegów z działów bankowości inwestycyjnej. Nieczyste gierki kosztowały sporo

Publikacja: 07.07.2004 08:29

Praca stała się mniej zabawna - skarżą się niektórzy amerykańscy analitycy. Żalą się bowiem, że branża inwestycyjna przeżyła trzęsienie ziemi. Zmieniło się otoczenie i klimat ich pracy (czyli z angielska, "dżobu"). I - co pewnie najbardziej bolesne - spadły pensje... Bliższe przyjrzenie się strukturze rekomendacji jednak wciąż niepokoi - stare przyzwyczajenia jakoś trudno wykorzenić...

A wszystko popsuło się przez mieszanie funkcji i działów banków inwestycyjnych. Przez pazerność i łamanie reguł gry. Przez zabawę, która sprawiła, że zbyt "marketingowe" analizy i rekomendacje straciły sporo ze swej wiarygodności, uderzając zresztą (niesprawiedliwie) w wizerunek całej branży. Jak niedawno brutalnie oceniał jeden z zarządzających portfelem, jeszcze pięć lat temu sekcje analityczne były w istocie wehikułem PR, wspomagającym sprzedaż ofert swoich kolegów z działów bankowości inwestycyjnej. Nieczyste gierki kosztowały sporo. O swoje upomnieli się klienci oburzeni skandalami i zachęcaniem ich, w ponoć "niezależnych" analizach, do kupna akcji oferowanych przez inne działy tych samych firm inwestycyjnych. Rozwścieczeni byli zwłaszcza ci, którzy dali się uwieść opowieściom o internetowym eldorado. Zarządzający i analitycy dostali więc po głowie i za swój hurraoptymizm, i za późniejszy wybuch sceptycyzmu rynku. Derrick Niederman kpił niegdyś, że menedżerów portfeli przepłaca się "niekoniecznie za ich talent do wynajdywania dobrych akcji". Jak ironizował, "płaci im się za wchłanianie codziennych zawirowań rynku", przez co należy rozumieć wytrzymywanie telefonów ze skargami klientów, których portfele chudną wbrew oczekiwaniom ("Wizjonerzy, sceptycy, łowcy okazji...", WIG Press, 2000). Po hecach sprzed kilku lat, rynkiem zajęli się też ostro nadzorcy. Ugody, kary, kajanie się samych specjalistów oraz obietnice, że teraz będzie "inaczej", bo "niezależnie" (czytaj: obiektywnie) oczyściły nieco atmosferę, ale...

No właśnie. Doświadczenia ostatnich lat wpłynęły na to, jakich rekomendacji udzielają amerykańscy analitycy. Mówiąc ogólnie, stali się oni bardziej ostrożni. W 2003 roku zalecenia "trzymaj" ("hold") stanowiły 40% ogółu rekomendacji (wcześniej było to 35%). Liczba rekomendacji kupna ("buy") spadła z 60 (w 2002 r.) do 49% ogółu. Resztę - 11% - stanowiły zalecenia sprzedaży ("sell"), przy czym w porównaniu z poprzednim rokiem zanotowano tu skok z poziomu 5% - wynika z da-nych Bloomberg Markets (a to spora baza - 9 tys. rekomendacji wydanych przez 1,6 tys. analityków z 76 firm). Zrobiło się więc faktycznie trochę mniej zabawnie, ale... Taka struktura i, mimo wzrostu, nadal niewielki udział rekomendacji "sprzedaj", wciąż nieco niepokoi.

Jak przyznają niektórzy analitycy, zalecanie prawie wyłącznie kupna lub trzymania papierów, to trochę za mało na nowoczesnym rynku. Działa on bowiem w dwie strony. I czeka także na przemyślane zalecenia "sprzedaj". Problem nie jest oczywiście nowy - w PARKIECIE już lata temu toczyła się ożywiona dyskusja na temat wiarygodności rekomendacji, z których niektóre podlane były do przesady sosem marketingowym. Można domniemywać, że odziedziczona po tych czasach niechęć do wydawania rekomendacji "sprzedaj" działa nadal, nawet mimo formalnego odżegnywania się od tej praktyki. Pocieszmy się więc tym, że trochę lepiej wygląda to w Europie - 20% rekomendacji brytyjskich, niemieckich i francuskich stanowią zalecenia sprzedaży papierów.

Ale jest faktycznie trochę inaczej, co widać po liczbach. Robota bowiem nie dość, że nieco mniej zabawna, to jeszcze mniej płatna. Można żartować, że w efekcie wszystkich tych zmian wśród analityków amerykańskich bieda aż piszczy. Jak wynika z informacji Bloomberg Markets, starszy analityk rynku akcji mógł w zeszłym roku zarobić przeciętnie raptem 650 tys. dolarów, podczas gdy jeszcze w 2000 roku - jakieś dwa miliony. W ramach terapii wypada więc zaproponować tamtejszym specom przyjazd do "szkoły przetrwania" - na nasz tygrysi rynek, gdzie samo znalezienie pracy jest już nie byle jakim sukcesem.

Reklama
Reklama

Autor jest analitykiem rynku kapitałowego. Powyższy tekst jest wyrazem wyłącznie jego osobistych poglądów i nie może być inaczej interpretowany.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama