fakt, że ostatnio pojawiło się dużo ciekawych kwiatków padających z ust
naszej klasy politycznej. Widać wakacje dały czas na przemyślenia i teraz
nasi politycy po prostu pękają w szwach z ilości propozycji, które wylatują
niczym lawa w czasie erupcji wulkanu. LPR (przepraszam, że znowu) zgłasza
wniosek o odwołanie Premiera, który wiadomo i tak, że nie przejdzie. R.
Giertych odwołuje się do wcześniejszych wypowiedzi przedstawicieli lewicy,
że rząd jest niezbędny do przygotowania ustawy zdrowotnej. A skoro te już
jest to może teraz ustąpić. Giertych trzyma za słowo lewicę. Taki duży, a
taki naiwny. Oczywiście, gdy padają takie ciężkie teksty to wypowiedzieć
musi się już każdy i to na dowolny temat. W końcu nie można dopuścić, by
ktoś inny miał najlepsze pomysły. Od razy do boju ruszyła Samoobrona z
propozycją wprowadzenia nowej stawki podatkowej dla najlepiej zarabiających
w wysokości 50%. Kto ma chęć oddać połowę swojego dochodu fiskusowi?
Oczywiście nikt, ale przecież nie ma to dotyczyć NAS, ale ICH. Propozycję
przedstawił, ma się rozumieć, szef partii A. Lepper. Miało to chyba podnieść
rangę temu wydarzeniu. Coś na kształt wyjazdu Millera na wózku do Brukseli.
Wiemy przecież, że przewodniczący jest obecnie obłożnie chory, co niestety
uniemożliwia mu stawiać się w sądzie. Jest tak bardzo chory, że nawet
zwolnieniem lekarskich posługuje j, gdy powoli zbliża się okres targów o budżet.
Teraz każda partia czy stronnictwo wypluwa swoje pomysły na ten temat. Na
razie mamy głównie propozycje Janosikowe, czyli zabierz bogatemu, a biedni
niech się cieszą, że się im nie zabiera więcej. Wprawdzie jak się zabierze
bogatemu to biednemu i tak będzie wszystko jedno, bo nie będzie z czego
zabierać, ale może biedny tego nie zauważy i odda głos na Janosika, albo
Janika. Ten ostatni właśnie w tym tygodniu przedstawił propozycję SLD, by
płacącym podatki wg stawki 40% odebrać prawo doliczenia kwoty wolnej od
podatku, a od zarabiających do poziomu płacy minimalnej nie pobierać
podatku.
Przyznam, że ze zdziwieniem obserwuję pewną niemal stałą paradoksalną
zależność, która ma miejsce przy określaniu wysokości podatków. W przypadku
podatków pośrednich obniżka podatków ma pomóc uprzywilejowanej grupie. Niski
vat na mieszkania miał pomóc budownictwu. Niski vat na książki ma pomóc we
wzroście czytelnictwa. Tymczasem nic takiego się nie obserwuje. Wyjątkiem
jest obniżka akcyzy na alkohol, ale wszyscy wiemy, że to tylko wyjątek
potwierdzający regułę (można nie budować, ale pić trzeba). W przypadku
podatków od dochodów osobistych także chce się pomóc tym, którym podatek się
obniża. No, ale przychody budżetowe muszą być porównywalne, więc podwyższa
się podatki innym. Która grupa podatników jest odpowiedzialna za wzrost
gospodarczy? Dzięki którym podatnikom powstają nowe pomysły i którzy
podatnicy decydują się ryzykować własne pieniądze, by te pomysły realizować?
Czy to nie ich należałoby chronić? W końcu to sól ziemi. To ich
przedsiębiorczość sprawia, że powoli, ale jednak pchamy się do przodu.
Problem w tym, że ci podatnicy zwykle zarabiają dużo. To nic, że ten zarobek
to wynik podejmowanego ryzyka. To po prostu nie jest "społecznie
sprawiedliwe", by zarabiał on więcej od osoby, która nie ryzykuje. Znana
wszystkim zależność ryzyko/zysk tu jakoś traci na ostrości. Prawa ekonomii
zaczynają się łamać. Patrząc logicznie na zyski społeczeństwa to należałoby
pomagać tym przedsiębiorczym. Tylko czym miałoby się to przejawiać?
Degresywną skalą podatkową? Nikt na to nie pójdzie, a zresztą są ku temu
argumenty podobne do poprzednich. Wtedy też zależność ryzyko/zysk byłoby
zachwiane. Wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby nie pomagać nikomu.
Niech przedsiębiorczy realizują swoje projekty i niech te projekty odnoszą
sukces. Wtedy i ci mniej przedsiębiorczy z awersją do ryzyka znajdą zajęcie
i dochód i nie trzeba będzie im sztucznie pomagać w postaci obniżenia
podatków. Człowiekowi potrzebny jest dochód i perspektywa, że jeśli się
wysili zarobi więcej, a nie prezenty za strach przed ryzykiem.
"Gdybym był dyktatorem, [...] zmieniłbym system podatkowy na taki, który
motywuje do efektywnego gospodarowania, a od strony wydatków powiedziałbym:
wszyscy zaciskamy pasa". Kto to powiedział? Obecny minfin. Tak naprawdę nie
potrzeba do tego dyktatury, ale zdaję sobie sprawę, że Gronicki chce sobie
odpuścić targi polityczne. Szybko dodaje: "No, ale jest to oczywista utopia,
gdy mamy skonstruowaną władzę polityczną, jak mamy". Świadomość tego jest z
pewnością bolesna. Niestety jest on ministrem w rządzie lewicy, a partia,
która ten rząd oficjalnie firmuje ma zupełnie inne plany.
SLD ma wizje. Tak powiedział K. Janik. Może więc faktycznie z tym skrótem
jest coś nie tak? "Mamy taką wizję (a nie mówiłem? - KJ): wszyscy, którzy
mają świadczenie lub wynagrodzenie niższe od płacy minimalnej, czyli 824 zł
miesięcznie, dostaną zwolnienie od podatku. Będzie ono równe kwocie
otrzymywanego świadczenia lub wynagrodzenia". Powstanie ubytek kilku
miliardów złosztów budżetowych tej propozycji pracują obecnie resorty
gospodarki i finansów.". Pewnie oddelegowali do tego jakiegoś praktykanta,
bo jak dowiadujemy się od Oleksego, że te rozwiązania "nie dadzą się"
zbilansować. Pomysł powstał "po to, żeby był jakiś ruch, który ma być
przynajmniej sygnałem, że ci ludzie najbiedniejsi nie są pozostawienia samym
sobie w tej biedzie". Jestem pod wrażeniem rozbrajającej szczerości
Oleksego. Oczywiście chodziło tu też o wbicie Janikowi szpili. Trwa bowiem
już walka o szefostwo w SLD. Fakt pozostaje faktem. Mamy do czynienia z
ruchami pozorowanymi. Niestety można się obawiać, że to dopiero początek, a
apogeum nadejdzie w czasie debaty nad budżetem. Wtedy Gronicki zostanie
całkiem sam. Bliskość wyborów będzie tylko nakręcać spiralę.
Kontrakcję przygotowała Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych i Rada
Przedsiębiorczości. "Pracują one nad projektem nowych stawek podatkowych dla
osób fizycznych. Miałyby one w zależności od dochodów wynieść 15 i 20 proc.,
przy jednoczesnej likwidacji wszelkich ulg" (PAP). Do akcji wkroczył też
BCC. Zdaniem Goliszewskiego "Proste wyliczenia pokazują, że realizacją
pomysłu odebrania z drugiej i trzeciej grupy podatkowej kwoty wolnej od
opodatkowania można pomóc realnie nie trzem milionom ludzi, o których mówi
ten projekt, ale jednemu milionowi, i to pomóc dając 100 zł rocznie. To co
to jest za pomoc?" Przypomnę też, że cały czas wisi w powietrzu projekt 3x15
(PO). Tylko komu się to ma spodobać? Tuż przed wyborami lewica nie zdecyduje
się na takie kroki. Po pierwsze dlatego, że to nie przysparza głosów, a po
drugie wszyscy wiedzą, że to może pomóc budżetowi, a więc nowej ekipie. Tak
właśnie wygląda walka po polską rację stanu.
Trochę pobiadoliłem. Przejdźmy więc do wykresów. Na tygodniowym kolejna
biała świeca WIG20tyg.gif FUTUREStyg.gif Trzecia z rzędu więc nie dziwne,
że odcisnęło się to także na obrazie wskaźników. Czy będę skakał z zachwytu?
Nie. W mojej ocenie, w średnim terminie nie wiele się zmieniło. Nadal
uważam, że to nie jest rynek byka. Już nie. Z wypowiedzi kilku
przedstawicieli instytucji finansowych można dojść do wniosku, że uważają
oni ostanie wzrosty jako kontynuację trendu trwającego od dwóch lat. Moim
zdaniem tamten trend jest już przeszłością. Kreśląc szczyt w kwietniu
rozpoczęliśmy nowy, o kierunku południowym. Od czterech miesięcy trwa
korekta spadku z przełomu kwietni i maja. Kwestia otwarta, to ile będzie to
jeszcze trwało. Było blisko do wybicia, ale podaż nie zaatakowała. Popyt
podniósł ceny do górnej granicy dotychczasowej konsolidacji. Przez cały
ubiegły tydzień ktoś próbował wybić rynek nad opór i za każdym razem się to
nie udawało. W najważniejszym momencie brakowało kupujących. Z pewnością nie
jest to oznaka siły, ale trzeba też przyznać, że mimo tej widocznej słabości
popytu podaż jakoś nie jest skora do ataku. Właśnie taki atak były
przypieczętowaniem tych nieskutecznych ataków popytu.
Spójrzmy na wykres dzienny kontraktów wig20fut.gif , a dokładnie dwa
ostatnie tygodnie. Od razu rzucają się w oczy dwie spore świece z ubiegłego
tygodnia. Po nich następuje seria mniejszych świec, ale nie ma wyraźnego
wybicia nad szczyty wcześniej wspomnianych dwóch. Wydaje się, że opór
sprawia kupującym kłopot. Podobny układ świec miał miejsce w końcówce
grudnia 2003 r. Już wydawało się, że podaż wygrywa i nagle przyszły dwa dni,
które rozwiały wątpliwości. Obrót nie był wielki, ale ruch cen spory. Nie
piszę tego dlatego, bo teraz oczekuję tego samego. Nadal wątpię, by popyt
miał szansę w średnim terminie, ale najbliższe sesje, przyznam są dla mnie
zagadką. Nie wykluczam, że może i tym razem ny z ofertą PKO BP, targami budżetowymi. Szykują się kolejne
oferty publiczne, które mają mieć miejsce jeszcze w tym roku. W tym tygodniu
mówiło się o rosnącym zaangażowaniu inwestorów zagranicznych. Przyznam, że
takie stawianie sprawy w ogóle do mnie nie przemawia. Rzućmy okiem na wykres
indeksu denominowanego w dolarach wig20_usd.gif Jak widać bije on nowe
rekordy. Czy to jest sytuacja dogodna do zajmowania długich pozycji? Według
mnie bardziej to wygląda na świetną okazję do "opuszczenia okrętu". Ze
strony inwestorów zagranicznych zamiast popytu oczekiwałbym raczej podaży.
Kamil Jaros