Reklama

Czy będzie jeszcze giełdowa prywatyzacja?

Minister skarbu Jacek Socha apeluje, aby nie zarzucać planów prywatyzacji spółek Skarbu Państwa poprzez oferty publiczne. Problem w tym, że dzisiejsza opozycja, która przymierza się do przejęcia władzy, nie za bardzo chce go słuchać.

Publikacja: 30.03.2005 08:48

"Masowa", planowana przez obecne kierownictwo MSP, prywatyzacja państwowych firm poprzez warszawską giełdę staje pod znakiem zapytania. Powód? Obecna opozycja, która prawdopodobnie wygra wybory, nie jest tak entuzjastycznie nastawiona do niej jak minister skarbu Jacek Socha. Zdaniem przedstawicieli Platformy Obywatelskiej, sprzedaż akcji inwestorom branżowym może zapewnić większe przychody Skarbowi Państwa i lepsze perspektywy prywatyzowanym przedsiębiorstwom. Minister Socha nie ustaje jednak w przekonywaniu, że powinno się kontynuować sprzedaż państwowych spółek poprzez giełdę. - W najbliższych latach wartość ofert publicznych przedsiębiorstw Skarbu Państwa powinna wynosić od 5 do 6 mld zł rocznie. W innym razie otwarte fundusze emerytalne będą miały duże trudności z alokacją aktywów. Może dojść do sytuacji, gdy wysokie kursy nie będą oddawać wartości spółek, a OFE zamiast zapewnić swoim klientom - przyszłym emerytom - godziwy zarobek, mogą nawet tracić - wyjaśniał niedawno na spotkaniu z przedstawicielami Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.

Giełdowe przyspieszenie

Trzeba przyznać, że Jacek Socha nie tylko mówi o konieczności przeprowadzania ofert publicznych spółek Skarbu Państwa. W przeciwieństwie do swoich pięciu poprzedników z rządu Leszka Millera, jest pierwszym ministrem skarbu, któremu od 2000 r. (a gdyby nie liczyć sprzedanej wówczas Kogeneracji, to od 1999 r.!) udało się wprowadzić z sukcesem państwową firmę na warszawską giełdę. Wynik nie jest może oszałamiający - pod koniec ub.r. zadebiutowały tylko dwie spółki - PKO BP oraz WSiP. Ale debiut PKO BP był największy pod względem wartości w tej części Europy. Warto przypomnieć także, że nowe akcje sprzedał będący od kilku lat w obrocie Pekaes. Z debiutem w 2004 r. nie zdążyły z różnych powodów Ciech (problemy z prospektem, w tym konieczność uregulowania statusu akcji będących w posiadaniu spółek zależnych) oraz Zelmer (m.in. zbyt duża liczba ofert publicznych). Ostatecznie spółki pojawiły się na parkiecie odpowiednio w styczniu i lutym.

Minister skarbu tylko częściowo mógł skorzystać z ubiegłorocznej koniunktury także z innych powodów. Jego poprzednicy nie tylko nie przeprowadzili żadnej oferty, ale także nie przygotowali żadnego projektu. Brak państwowej konkurencji ułatwił za to zadanie ponad 30 prywatnym firmom (bądź ich akcjonariuszom), które pojawiły się w ub.r. na warszawskim parkiecie (w tym dwie zagraniczne). W tym roku miało być zdecydowanie lepiej - urzędnicy oraz przedstawiciele spółek przy wsparciu doradców prywatyzacyjnych pracowali (pracują?) nad kilkunastoma ofertami. Dlatego zapowiedzi przedstawicieli MSP, że w tym roku co miesiąc na giełdzie będzie debiutować spółka o państwowym rodowodzie, brzmiały na początku br. dość wiarygodnie.

To tylko zapowiedzi

Reklama
Reklama

Na razie jednak, poza ubiegłorocznymi "spóźnialskimi", nie doszło do żadnej "państwowej" oferty publicznej. Minister Socha zapowiedział, że w kwietniu na giełdzie pojawi się Polmos Białystok. Potem ma podjąć decyzję, czy w czerwcu zadebiutują na parkiecie prawie jednocześnie Grupa Lotos oraz PGNiG.

Według wcześniejszych deklaracji, na warszawskim parkiecie miały zadebiutować jeszcze w tym półroczu akcje ZA Puławy i grupy energetycznej Enea. Jesienią, po wakacyjnej przerwie, inwestorzy mieli kupować akcje m.in. ZCh Police i Elektrowni Kozienice. Na giełdzie chciały się w tym roku znaleźć także kopalnia Lubelski Węgiel "Bogdanka" oraz Węglokoks. MSP zastanawiało się także nad upublicznieniem Ruchu. Nadal mówi się, choć coraz ciszej, o debiucie PZU pod koniec br.

Minister Socha coraz częściej przyznaje ostatnio, że tylko nieliczne z planowanych debiutów uda się mu przeprowadzić. Trudno się dziwić. Jego szef - premier Marek Belka powtarza, że 5 maja, a więc za kilka tygodni, poda swój rząd do dymisji. Potem, jeśli wybory nie odbędą się w czerwcu, a dopiero we wrześniu, Radę Ministrów czeka kilka miesięcy administrowania. W tym czasie trudno podejmować kluczowe decyzjeTo strata dla inwestorów. W większości przypadków mogli sporo zarobić, uczestnicząc w państwowych ofertach publicznych. Z reguły dobrze przygotowane, cieszyły się sporym uznaniem instytucji finansowych, a jeśli oferta była duża (np. PKO BP), także zagranicznych. Teraz na ministerialnym prywatyzacyjnym bezruchu skorzystają zapewne prywatni emitenci. Ich dominacja na rynku pierwotnym jeszcze więc się powiększy.

Perły już wyprzedane

Na razie na giełdę w drodze oferty publicznej trafiły 54 spółki Skarbu Państwa. Biorąc pod uwagę liczbę firm (razem z NFI), które znajdują się obecnie na parkiecie, to nieco mniej niż jedna czwarta wszystkich notowanych na GPW. Aż trudno uwierzyć, że tylko tyle, bo przecież początki 15-letniej historii warszawskiego parkietu to właśnie oferty publiczne przeprowadzane przez Skarb Państwa. W 1991 r., pierwszym roku funkcjonowania GPW, na rynku zadebiutowały akcje dziewięciu państwowych spółek, m.in. Żywca, Exbudu, Krosna, Wedla, Tonsilu, Wólczanki (część z nich, np. papiery Wedla czy Exbudu, już dawno nie są notowane). Skarb Państwa był "dominującym" oferentem jeszcze przez dwa lata - w tym czasie przeprowadził 9 subskrypcji, podczas gdy pozostali tylko trzy (m.in. BIG), choć trzeba przyznać, że z ówczesnych debiutantów tylko spółka Efekt była prywatna od początku istnienia, a więc nie miała państwowego rodowodu. W kolejnych latach liczba państwowych i liczba prywatnych emitentów (w tym o państwowym rodowodzie, jak np. Drosed czy mieszanej formie własności, jak Animex) powoli się zrównywały. Przełom nastąpił w 1996 r. - spółek, które trafiły na giełdę w ramach ofert Skarbu Państwa, było już o blisko połowę mniej niż tych o "niepaństwowym" pochodzeniu. W latach następnych ta przepaść będzie się tylko pogłębiać - trudno się dziwić, bo np. w 1999 i 2000 r. Skarb Państwa wprowadził na giełdę po jednej spółce, w kolejnych trzech żadnej. Przy czym w 1999 r. jedyną sprywatyzowaną w ten sposób spółką był petrochemiczny gigant - Petrochemia Płock, obecnie PKN Orlen (w 2000 r. miała miejsce oferta Kogeneracji).

Trudno się więc dziwić, że według danych GPW spośród dziesięciu spółek o największej kapitalizacji (stan na koniec ub.r.)... dziesięć to spółki o państwowym rodowodzie (BRE Bank, który zadebiutował w 1992 r., zajmował jedenaste miejsce; dopiero na dalszych pozycjach znalazły się firmy prywatne). Banki w tym elitarnym gronie stanowiły większość (łącznie sześć instytucji z PKO BP na czele). Warto zauważyć, że dziesięć największych blue chips o "państwowym" rodowodzie dawało łącznie blisko 66% wartości rynkowej wszystkich krajowych spółek. Inna sprawa, że tylko w PKO BP Skarb Państwa ma nadal większościowy pakiet akcji (51%), a już w Telekomunikacji Polskiej czy Pekao, zajmujących kolejne miejsca w rankingu, ma zaledwie kilkuprocentowe pakiety resztówkowe.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama