włoskie gazety, a reakcją był jedynie wzrost kursu akcji HVB we Frankfurcie.
Dopiero gdy w piątek informacje podał Dow Jones i Wall Street Journal, to
reakcja przeniosła się na większość banków, dla których ta fuzja będzie
miała znaczenie na lokalnym rynku. W Polsce oczywiście w czwartek reakcji
być nie mogło, ale zachowanie na pozostałych rynkach wyraźnie pokazuje, że
ta spóźniona reakcja to trochę odruch stadny i wydaje się, że lekko
przesadzony. Tym bardziej, że zawarcie umowy między Unicredito a HVB "to
kwestia co najmniej tygodni ... (choć) ... rozmowy nie są w fazie końcowej",
a to nie wskazuje, że transakcja na pewno dojdzie do skutku. No i w końcu
najważniejsza sprawa dla PEO i BPH. UOKiK może nie wyrazić zgody na takie
połączenie. Powstałby wtedy bank (aktywa odpowiednio 5,93 mld i 5,38 mld)
wyraźnie większy nawet od PKO BP (aktywa 8,74 mld). Czwarty w tej
konkurencji jest ING z aktywami 3,5 mld. Na razie wszyscy oceniają tylko
potencjalne korzyści z połączenia. Ale gdy kurz po tych spekulacjach
opadnie, to zacznie się rozważanie nad faktycznymi możliwościami
przeprowadzenia takiej fuzji bez ograniczeń, które jej sens ekonomiczny
poddawałyby by w wątpliwość.
Trzeba słowem wspomnieć o ofertach publicznych. Lotos zadebiutuje 10
czerwca, 3 dni później zaczną się zapisy na PGNiG, a zapewne zaraz (oferta
przesunięta) poznamy widełki Opoczna i nowy harmonogram wpasowujący się
między odaży z już notowanych spółek. Na co zwracać uwagę przy tych
ofertach ? Nastroje na kolejne oferty praktycznie ustawione będą po dwóch
wydarzeniach. Pierwsze to ogłoszenie ceny Lotosu - Reuters w tym tygodniu
podał ankietę analityków i zarządzających, którzy prognozują cenę w ofercie
Lotosu. Najniższa z 16 prognoz to 26,0, najwyższa 31,0. Średnia z prognoz to
27,9, mediana 27,0. Oferta na pewno będzie "udana", bo jak wieść gminna
niesie, w biurach maklerskich drobni inwestorzy dopisują, a wsparci
kredytami doprowadzą do sporej redukcji zleceń. Oczywiście cenę ustalą
fundusze, a te jak widać po ankiecie będą bardzo bardzo ostrożne. Ja w
poprzedniej Weekendowej pisałem, że cena powinna być w realnym przedziale
27,5-32,5 zł (jest 26-35,5). Po najniższej cenie akcje na pewno byłyby
sprzedane. Przy tak szerokich widełkach nawet te 27,5 zł stoi teraz pod
znakiem zapytania. Moim zdaniem ustalenie ceny między 26-26,9 bardzo
negatywnie odbije się na giełdowych nastrojach i rozpocznie dyskusję o
szansach na powodzenie kolejnych ofert. Drugi istotny moment związany z
rynkiem pierwotnym to sam debiut akcji Lotosu. Niby wszyscy wiedzą, że jest
bardzo duża ilość akcji pracowniczych. Aż 11,55 mln czyli 130% tego co teraz
dostaną indywidualni inwestorzy. Oczywiście pozostaje jeszcze pytanie ile z
tego zostanie faktycznie zaksięgowane na rachunkach, ale bardzo realny
scenariusz to drastyczna przecena akcji w czasie debiutu. Wszyscy wtedy
wytłumaczą to podażą od pracowników, sprzedających akcje w myśl zasady
"łatwo przyszło, łatwo poszło", bez oglądania się na fundamenty spółki. Ale
mimo "wytłumaczenia" tego spadku, to także miałoby bardzo negatywny wpływ na
szeroki rynek. Dla zachowania obiektywizmu dodam, że cena powyżej 28 pln i
udany debiut, byczo rozgrzeją rynek przed kolejnymi ofertami.
Ale trochę wybiegam w przyszłość. Na ten tydzień nie to będzie
najważniejsze. Media i analitycy jako najważniejsze wykreowali teraz
referendum we Francji. Skoro większość tak uważnie na to patrzy, to trudno
to wydarzenie ignorować. Ja jednak wcale nie przywiązuje do tego tak dużej
wagi i uważam, że reakcja ograniczy się tylko do jakiegoś emocjonalnego
wyskoku/spadku na początku tygodnia - kierunek nadawać będą waluty regionu,
a dopiero za nimi pójdą indeksy (umocnienie złotego to plus dla akcji).
Dlaczego ? W przypadku francuskiego "NIE" wszyscy powiedzą, że rynki tą
informację już zdyskontowały i obecnie ma ona wymiar bardziej polityczny,
niż ekonomiczny. Tym bardziej, że zaczną pojawiać się głosy o możliwości
kolejnego referendum, pomimo wcześniejszego przekreślenia takiego
scenariusza przez Chiraca (musiał tak powiedzieć). Oczywiście co innego,
gdyby np. jeszcze Holandia 1 czerwca odrzuciła traktat (dość prawdopodobne).
Wtedy Francja jako wyjątek może nie podejmować próby kolejnego ośmieszania
się w oczach światowej opinii publicznej, mimo że ratyfikować konstytucję
trzeba tak naprawdę do listopada 2006 roku. Co wtedy ? Wtedy to politycy
mają problem, ale do strefy euro wchodzimy tą samą ścieżką i perturbacje na
rynku walutowym mimo wszystko będą bardzo krótkie (umocnienie dolara wobec
euro, czyli negatywny wpływ na złotego i GPW). A co w przypadku "TAK" ?
Szczególnie reakcja rynków (walutowych i akcji) w naszym regionie mogłaby
być bardzo pozytywna, choć bardzo dziwi mnie fakt, że nikt nie zwraca uwagi
na to, że jeśli Francja nie "rozwiąże" (mówiąc NIE) problemu ratyfikacji, to
wtedy Polskę czeka trudny test w końcówce roku. Prezydent z marszałkiem
ogłoszą zapewne referendum wraz z pierwszą turą prezydenckich wyborów, czyli
do podwójnej kampanii wyborczej dojdzie jeszcze niepewność analogiczna, a
myślę wręcz, że zdecydowanie większa, niż przy fjest w Polsce zwolenników, więc mój głos jest odosobniony, ale
radziłbym o tym pamiętać w dłuższym terminie, decydując się na zakupy po
ewentualnym francuskim "TAK".
Zaczniemy więc tydzień od emocjonalnej reakcji na referendum we Francji, a
potem uwaga skieruje się w stronę danych makro napływających z rynku
amerykańskiego. Kluczowy raport dostaniemy w piątek, gdy poznamy dane z
rynku pracy. Ogromnie dużo wątpliwości budzą ostatnie dane makro i nie za
bardzo wiadomo, czy rację ma rynek obligacji pokazujący nie tylko brak
zagrożeń inflacyjnych, ale także oczekiwanie na spowolnienie gospodarki, czy
też rację ma odzyskujący siłę rynek akcji. W ostatnim tygodniu przełomem
miało się okazać sprawozdanie z ostatniego posiedzenia Fed z 3 maja, ale
niewiele wniosło nowego - "W ostatnich miesiącach zauważalny wzrost
odnotowano w krótko- a do pewnego stopnia także długookresowych
oczekiwaniach inflacyjnych" .... Część członków Fed uważa, że wzrosło
zarówno ryzyko inflacji jak i spowolnienia wzrostu gospodarczego, ale
komisja zgodziła się, że ryzyko inflacji jest generalnie równe ryzyku
spowolnienia. (Reuters). Uwaga inwestorów przesuwa się więc w kierunku
piątkowych danych o bezrobociu oraz środowej publikacji indeksu ISM. Indeks
systematycznie spada od początku 2004 roku i pojawiły się pierwsze głosy
mówiące o tym, że w maju/czerwcu możemy zobaczyć spadek pod kluczowy poziom
50 pkt, który jest granicą rozwoju sektora. Taki spadek miałby ogromne
konsekwencje z punktu widzenia prognoz polityki Fed. Otóż nigdy, za czasów
kadencji Greenspana, Fed nie podnósł stóp procentowych w momencie gdy
następował spadek ISM pod 50 pkt. Wręcz stopy były obniżane. Wydarzeniem bez
precedensu, byłby więc bardzo niski odczyt ISM i kolejna nieuchronna (jak
się rynkom wydaje) podwyżka stóp. Brak podwyżki, to wyższa inflacja.
Podwyżka, to niższy wzrost gospodarczy. ISM może być więc gwiazdą tego
tygodnia.
Sytuację tym bardziej komplikuje rynek nieruchomości. Ostatnio w Weekendowej
o tym pisałem, a w tym tygodniu znowu dostaliśmy trochę szokujące dane.
Sprzedaż domów na rynku wtórnym wzrosła w kwietniu o 4,5% do rekordowych
poziomów 7,18 mln (uwzględniając sezonowość). Analitycy oczekiwali danych na
poziomie z poprzedniego miesiąca. Jak widać, po równie kosmicznych danych z
rynku pierwotnego, szaleństwo zakupów nie ominęło rynku wtórnego. Wszystko
jest oczywiście zasługą równie kosmicznie tanich kredytów hipotecznych,
które podobnie jak rynek długu, w ograniczonym zakresie reagują na politykę
Fed. Według raportu Freddie Mac, za ostatni tydzień średnie oprocentowanie
30letniego kredytu hipotecznego spadło z 5,71% do 5,65% czyli poziomu
najniższego od połowy lutego (po podwyżkach stóp !). Najciekawsze przy tych
ostatnich danych z rynku nieruchomości są ich ceny. Okazuje się, że w
kwietniu ceny domów na rynku wtórnym wzrosły o 15,1% rok do roku, czyli
dynamika nie widziana od ćwierćwiecza. Żeby było jeszcze ciekawiej, warto
zerknąć na sezonowość cen na rynku nieruchomości w USA. Kwiecień jest
miesiącem, w którym występuje największe negatywne odchylenie od mediany cen
z całego roku (najniższe ceny). Ceny za to najdynamiczniej rosną przez cały
okres wakacyjny (czerwiec - sierpień). Oczywiście większość analityków
doskonale z tego faktu zdaje sobie sprawę. Nikt jednak głośno nie powie, że
"władza kłamie", a koszyk inflacyjny powinien inaczej wyglądać. Ale Fed o
tym wie i dlatego musi podwyższać stopy mimo wyraźniej słabnącej w ostatnich
kwartałach gospodarki.
A indeksy amerykańskie nie mają żadnych wątpliwości i ostatnie tygodnie
zgodnie rosną. Pisałem kilka tygodnie temu, że moim zdaniem jesteśmy już NIE
w trendzie spspokaja trochę Mark Hulbert, obliczający od 25 lat swój indeks nastroju na
podstawie analizy 160 biuletynów, na który to indeks czasami się tutaj od
dawna powołuję i który jest jednym z bardziej skutecznych (nie idealny -
takich nie ma). Według najnowszej analizy biuletynów obecny poziom Hulbert
Stock Newsletter Sentiment Index wynosi 21,8% (na poniedziałkowe
zamknięcie). To jeszcze nie ekstremalny optymizm (najwyższy odczyt 79,7%),
ale wzrosty na rynku akcji powinny wzbudzić niepokój kontarian z dwóch
powodów. Po pierwsze zaledwie przed miesiącem (20 kwietnia) indeks
wynosił -28,3% i taka zmiana nastawienia zarządzających/analityków w okresie
1 miesiąca jest bardzo gwałtowną zmianą nastrojów. Rynek lubi wspinać się po
ścianie strachu, a nie lubi gdy argumenty za wzrostem stają się zbyt
powszechne. Drugi powód wątpliwej trwałości wzrostów to fakt, że dokładnie
na tych samych poziomach Dow Jones znajdował się w drugim tygodniu kwietnia
i wtedy odczyt indeksu wynosił -1,6% (teraz 21,8%). Ten kontrast dobrze
rynkowi nie wróży, tym bardziej, jak odwrócimy sytuację i spojrzymy, kiedy
wcześniej indeks nastroju był na zbliżonym poziomie co teraz. Okazuje się,
że w połowie marca, a wtedy Dow Jones wchodził w miesięczny korkociąg w
czasie którego stracił około 500 pkt. Dow.gif
Podsumowując, leniwie posłużę się cytatem z Kamila Weekendowej sprzed
tygodnia, bo zdecydowanie ten pogląd podzielam - " ... nie przypuszczam, by
teraz ceny miały dynamicznie rosnąć. Wydaje się, że w tej chwili rynek nie
jest na to gotów. Odbicie w okolicach wsparcia jest sygnałem pozytywnym, ale
jeszcze nie rodzi nowego trendu. W tej chwili skłaniałbym się bardziej do
oczekiwania na nieco dłuższy ruch boczny. Od dołu ograniczać go będzie
poziom 1800 pkt, a od góry opór na 1930 pkt. Nie można nawet wykluczyć
scenariusza, że w ciągu najbliższego miesiąca będziemy obserwować próbę
podniesienia cen do okolic 2000 pkt. Jeśli nawet miałoby się to zrealizować,
to nie w najbliższym czasie. Tu 1930 pkt wydaje się wystarczające...". Nic
dodać nic ująć. No może poza faktem, że warto zwrócić uwagę iż wspomniany
poziom 1930 pkt. jest "pierwszym" (38,2%) zniesieniem trendu spadkowego
(jednoczesnie sporo luk bessy) Zniesienie.gif Ewentualne zatrzymanie
wzrostu już na tym poziomie mogłoby stwarzać realne niebezpieczeństwo
powstania formacji głowy z ramionami RGR.gif W takim przypadku zejście pod
majowe dołki dałoby sygnał sprzedaży i docelowy zasięg spadku przynajmniej
na zeszłoroczne dołki. Na dzisiaj nie widzę możliwości takiej przeceny, ale
polityczna wyobraźnia i nieodpowiedzialność rodzimych polityków daje w roku
wyborczym nieograniczone pole do popisu giełdowym niedźwiedziom. Zwrot w tym
tygodniu i spadek do wyborów byłby klasycznym giełdowym "Sell in May and go
away".
[email protected]