wiceprzewodniczącego Verheugena. "Absolutnie trzeba kontynuować proces
ratyfikacji".
"Trzeba dać szansę innym społeczeństwom, aby powiedziały +tak+". Tu może się
pojawić problem, bo nie wszystkie kraje, które czekają na swoją szansę
wypowiedzenia się, chcą to "tak" powiedzieć. Sprawa robi się o tyle ważna,
że przed członkami UE stoi perspektywa podjęcia kilku ważkich decyzji, które
będą rzutowały na przyszłości Unii, m.in. kompromis w sprawie planu
budżetowego na lata 2007-2013. Tu przedstawiciele Luksemburga dwoją się i
troją by dojść do porozumienia już w czasie szczytu zaplanowanego na 16-17
czerwca. Już teraz pojawiają się głosy, że będzie to bardzo trudne. Jak
pisze brytyjski FT "Debata budżetowa będzie gorzkim testem tego, do jakiego
stopnia nadal istnieje europejska jedność (...). Niemcy, podczas gdy
borykają się z poważnymi problemami gospodarczymi, muszą podzielić się
środkami ze swojego budżetu z Polską i Hiszpanią. Wielka Brytania musi
negocjować +ukochany+ rabat, beneficjenci netto zaakceptować to, że nie
otrzymają (z budżetu UE) tak dużo, jakby chcieli".
Co do przymusu ratyfikacji traktatu w pozostałych krajach powątpiewa czeski
prezydent Vaclav Klaus, który stwierdził, że nie ma już sensu kontynuowania
procesu ratyfikacji unijnej konstytucji. Trzeba tu pamiętać, że wynik w
czechach wcale nie był przesądzony więc takie wątpliwości są akurat w tya Unii
Europejskiej, w tym plany rozpoczęcia rozmów akcesyjnych z Turcją, nie
należy wiązać z ratyfikacją konstytucji UE. Przeciwnicy obecności Turcji w
UE są innego zdania i już zapowiadają podjęcie kampanii w tej sprawie i
interpretują "nie" dla konstytucji także jako wyraz sprzeciwu wobec
tureckiego członkostwa i w ogóle dalszego poszerzania Unii.
Wśród poważnych wypowiedzi mamy też takie, które mogą uchodzić za zabawne,
gdyby nie fakt, że pojawiają się na ustach osób prominentnych. Niemiecki
minister spraw zagranicznych Joschka Fischer uznał, że jednym z czynników
porażki idei traktatu jest tzw. neoliberalna polityka gospodarcza Unii
Europejskiej. Takie określenie w stosunku do tego, co panuje obecnie w unii
jest jawnym nadużyciem. W Europie słowo "liberalizm" lub "neoliberalizm" ma
oczywiście konotacje negatywne, gdyż odwołuje się do stereotypu krwiopijcy
fabrykanta bezlitośnie wykorzystującego swoich pracowników. Rozleniwiona i
zmanierowana przywilejami Europa lubi się zasłaniać takimi hasełkami, by
oddalić perspektywę podjęcia poważnych decyzji, które są niestety konieczne.
"Neoliberalna i radykalnie wolnorynkowa polityka gospodarcza i społeczna
wywołała lęki, które skrupiły się na Traktacie Konstytucyjnym" - powiedział
Fischer. Lęki to raczej wywołuje pojęcie "liberalizm", które teraz są przez
Fischera wykorzystywane. Jego zdaniem, negatywną rolę odegrała szczególnie
dyrektywa dotycząca liberalizacji unijnego rynku usług, opracowana przez
poprzedniego komisarza ds. rynku Fritsa Bolkesteina. Przypomnijmy, że
podstawą dyrektywy była zasada "kraju pochodzenia", pozwalająca firmie
świadczącej usługi za granicą prowadzić działalność na zasadach
obowiązujących w jej kraju macierzystym. Niemcy i Francja sprzeciwiają się
przyjęciu dyrektywy, o ile nie zostaną do niej wprowadzone istotne zmiany.
Berlin i Paryż uważają, że wejście w życie dyrektywy w wersji zaproponowanej
przez Bolkesteina doprowadzi do upadku rodzimych firm usługowych i do
obniżenia standardu usług. Co do pierwszego skutku można się jeszcze
zgodzić. W końcu konkurencja cenowa pociągnie za sobą wycięcie mało
efektywnych zakładów. Rodzi się jednak pytanie, skąd przekonanie o niższej
jakości? Jakie są podstawy, by sądzić, że na polskie usługi będą wykonywane
gorzej? A nawet jeśli, to przecież każdy Francuz czy Niemiec zdałby sobie z
tego sprawę i wybrał jednak rodzimego rzemieślnika. Mamy tu wyraźną
sprzeczność.
Jeśli już mówimy o "radykalnie wolnorynkowej polityce gospodarczej". Zdaniem
amerykańskiego publicysty Thomasa L. Friedmana "wyjątkowo interesujące jest
to, że Francuzi upierają się przy utrzymaniu 35-godzinnego tygodnia pracy w
świecie, w którym indyjscy inżynierowie są gotowi pracować po 35 godzin na
dobę." To nie tylko interesujące, ale znamienne. Niestety wytępienie
socjalnych ciągot w Europie chyba nie jest możliwe. Nawet kryzys gospodarczy
nie jest w stanie tego zmienić. I znowu polski motyw. Friedman przypomina,
że "jednym z powodów, dla których Francuzi odrzucili traktat konstytucyjny
był powszechny strach przed "polskimi hydraulikami", a plotki, że Polacy
mogą zdominować francuski rynek hydrauliczny stały się symbolem sił
antykonstytucyjnych. Szkoda mi Europy Zachodniej. Istniejący od 50 lat świat
przywilejów rozpada się na kawałki, a przywódcy nie mają żadnej strategii,
by sobie z tym poradzić. Dla Francji i jej przyjaciół to wyjątkowo zły czas,
by tracić apetyt na ciężką pracę, podczas gdy odzyskują go Indie, Chiny i
Polska." Mi ich nie szkoda. Globalizacja postępuje i im dłużej oni będą się
ociągać, tym większe szanse mamy na szybszy wzrost i pozytywne wyniki walki
konkurencyjnej.
sprawie przeprowadziła założona przez lekarzy organizacja Medical Futures na
zlecenie Europejskiego Związku Lekarzy Ogólnych (UEMO). Andy Goldberg z
Medical Futures, mówiąc o szerzącej się coraz szybciej epidemii otyłości,
wyraził przekonanie, że "podatek tłuszczowy" byłby skuteczniejszą bronią w
walce z tą epidemią niż wszelkie kampanie edukacyjne. Wśród kandydatów do
obłożenia podatkiem wymienił przede wszystkim potrawy, serwowane w barach
szybkiej obsługi, potrawy smażone w głębokim oleju (zwłaszcza frytki) oraz
inne wysokokaloryczne potrawy, które nie powinny stanowić podstawy zdrowej
diety."(PAP) Czy coś należy dodawać? Co jeszcze można opodatkować? Odzież
zimową sprzedawaną w lecie?
Wróćmy do normalności. Zdaniem części polityków po ostatnich wydarzeniach
Europa potrzebuje sygnału jedności. Za taki ma potencjalnie uchodzić
dogadanie się w sprawie budżetu w czerwcu. Tak uważa m.in. unijna komisarz
ds. polityki regionalnej Danuta Huebner. Według niej francusko-holenderskie
"nie" to nie tragedia. "Architekci procesu ratyfikacyjnego z góry
przewidzieli i przygotowali się na to, że niektóre państwa opowiedzą się
przeciw unijnej konstytucji. Wedle unijnego prawa, sygnatariusze umów
międzynarodowych, a taką umową jest Traktat, mają obowiązek zrobienia
wszystkiego, aby te umowy weszły w życie." Przypomniała, że "zgodnie z
podpisaną w Rzymie deklaracją numer 30, szefowie rządów zobowiązali się do
tego, że jeżeli w listopadzie przyszłego roku okaże się, iż tylko 80 proc.,
a więc 20 państw członkowskich, ratyfikowało konstytucję, wszyscy się
ponownie spotkają i zdecydują, co robić dalej".
A co będzie jeśli przez ponad roku nic się wydarzy? Powtórzenie referendów w
krajach, które odrzuciły konstytucję, przyjęcie małej konstytucji bądź
negocjowanie zupełnie nowego tekstu za przynajmniej 10 lat to trzy możliwe
scenariusze, jakie przewiduje eurodeputowany Dariusz Rosati. Tylko co
miałoby przekonać Francuzów, czy Holendrów i pewnie jeszcze Brytyjczyków i
Duńczyków? Nowe negocjacje to właściwie rozdawanie nowej talii kart i tu nie
wiadomo, czego się spodziewać.
Poza fiaskiem referendów konstytucyjnych mieliśmy także stosunkowo słabe
publikacje danych makro. Dla nas najważniejszą wydaje się dynamika PKB w I
kw 2005 r. Wniosła ona +2,1% przy prognozach +2,9-3%. Jak widać
rozczarowanie spore. Dodać do tego trzeba, że słabą dynamiką wykazały się
także inwestycje, które wzrosły jedynie o 1%. W sumie słabe dane spotkały
się z błyskawiczną reakcją uspokajającą ze strony włodarzy naszej
gospodarki. I tak, najbardziej optymistyczny był minfin Mirosław Gronicki.
Jego zdaniem "informacje GUS o PKB w I kwartale tego roku pokazują
przyspieszenie kwartał do kwartału, bez uwzględnienia skutków sezonowości, a
w całym roku wzrost PKB wyniesie około 4 proc.". "Te dane może są gorsze w
ujęciu rok do roku, ale z drugiej strony pokazują pewne przyspieszenie
kwartał do kwartału, jeżeli się weźmie dane pozbawione sezonowości. To
dobrze wróży, jeżeli chodzi o wzrost w kolejnych kwartałach". To dość
spokojna wypowiedź biorąc pod uwagę, że Gronicki jeszcze przed kilkunastoma
dniami mówił, że spodziewa się w I kw. 3-proc. wzrostu PKB." Wygląda to na
zaklinanie rzeczywistości. Szybko odezwali się członkowie RPP. Jak widać,
nie da się zdusić w sobie chęci błyśnięcia w mediach. Zdaniem Jana Czekaja i
Stanisława Nieckarza słabsze dane są kolejnym argumentem za kolejną obniżką
stóp procentowych. "Dane GUS świadczą o tym, że presja inflacyjna się
zmniejsza i powodują, że bilans ryzyk inflacyjnych jest korzystniejszy niż
się wydawało". Po gołąbkach nie można się jednak spodziewać innych
wypowiedzi.h".
Wiceprezes Rybiński przyznał, że "struktura i dynamika wzrostu PKB w
pierwszym kwartale była różna od oczekiwań banku centralnego." "W tej chwili
staramy się zrozumieć, czy mamy do czynienia z jakimś chwilowym odchyleniem
od ścieżki, która była przez nas oczekiwana, czy może to głębsza zmiana, być
może strukturalna, która może spowodować, że wizja gospodarki może być nieco
inna od tego, co można było sformułować na podstawie danych za cały 2004 rok
".
Faktycznie, druga połowa roku może być lepsza, ale pytanie o ile lepsza. Czy
oczekiwana poprawa będzie na tyle mocna, by dynamika PKB w całym roku miała
osiągnąć zakładane 4%? Po publikacji danych można mieć wątpliwości. Warto
śledzić napływające dane makro, bo tu będzie się rozstrzygać sprawa II kw.
Jeśli i ten będzie słaby, to trzeba się będzie pogodzić z niższym wzrostem.
Takich problemów na razie nie mają inwestorzy w USA. Tam dynamika PKB jest
całkiem spora, ale ostatnie dane dotyczące aktywności gospodarczej mogą
powoli budzić obawy, czy ta dynamika zostanie utrzymana. Słabszy raport o
stanie rynku pracy nieco martwi, ale jeszcze nie pogrąża gospodarki. Jak
powiedział jeden z komentatorów amerykańskich, obecnie można być pewnym
trzech rzeczy: śmierci, podatków i rewizji. Właśnie na ta rewizję liczy
rynek. Czy słusznie? Nawet jeśli dane miałyby pozostać na tak niskim
poziomie, to przecież jeden miesiąc jeszcze o niczym nie świadczy.
Oczywiście gorzej by było, gdyby miało się to zamienić w tendencję. Jest to
temat z pewnością wart rozwinięcia, ale powstała już niezła kobyła i chyba
na tym poprzestanę. O technice wspomnę w jutrzejszym porannym.
Kamil Jaros