Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 05.06.2005 20:15

W tym tygodniu najważniejszymi wydarzeniami były zapewne wyniki referendów

konstytucyjnych we Francji i Holandii. O tym się mówi najwięcej, choć

pojawiły się także inne informacje warte uwagi. Choćby nasz niższy od

prognoz wzrost PKB w I kw 2005 r. albo seria mało przyjemnych danych w USA.

Mimo wszystko to problemy w Unii Europejskiej są teraz na pierwszym miejscu.

Reklama
Reklama

Ostatnie decyzje Francuzów i Holendrów właściwie już nie "mogą mieć", ale

"mają" poważne konsekwencje. Zresztą wystarczy przejrzeć ostatnie wypowiedzi

polityków. Widać, że wyniki obu referendów są wykorzystywane nie tylko w

kontekście samej unii, ale także rozgrywek politycznych w poszczególnych

krajach członkowskich.

We Francji wynik referendum zamieszał we władzach kraju. Ta decyzja wyborców

Reklama
Reklama

wywołała entuzjazm środowisk politycznych, które zachęcały do odrzucenia

traktatu konstytucyjnego, i poważne zakłopotanie polityków rządzącej

centroprawicy z prezydentem Jacques`em Chirakiem, który do ostatniej chwili

apelował do Francuzów o głosowanie "tak". Prezydent jest zdania, że Unia

Europejska będzie zmuszona do funkcjonowania na podstawie poprzednich

traktatów, co akurat dla nas nie jest złym rozwiązaniem, gdyż będzie to

Reklama
Reklama

m.in. traktat Nicejski, o który było tyle hałasu. Chirac uważa, że mimo

negatywnego wyniku referendum francuskiego inne kraje UE powinny kontynuować

proces ratyfikacji konstytucji. Takie samo zdanie wyartykułował francuski

minister spraw zagranicznych Michel Barnier "Każde państwo członkowskie ma

własną drogę ratyfikacji i każde powinno przebyć tę drogę do końca". Można

Reklama
Reklama

się tylko zastanawiać, czy to faktyczne oczekiwanie na decyzję

poszczególnych krajów, czy też szukanie usprawiedliwienia na scenie

międzynarodowej tezą, że "nie tylko my odrzuciliśmy traktat". W końcu taki

ruch w przypadku kraju, który uchodził za prekursora integracji jest co

najmniej dziwny.

Reklama
Reklama

O trudnościach wspomina także przewodniczący Komisji Europejskiej Jose

Manuel Barroso. "Mamy do czynienia z kryzysem, ale nie jest to jednak

katastrofa dla Unii Europejskiej." "Integracja będzie kontynuowana, praca

polityczna też, mogą powstać nawet nowe impulsy i może się wyzwolić nowa

energia. Radzę, by nie dramatyzować sytuacji" - to już słowa

Reklama
Reklama

wiceprzewodniczącego Verheugena. "Absolutnie trzeba kontynuować proces

ratyfikacji".

"Trzeba dać szansę innym społeczeństwom, aby powiedziały +tak+". Tu może się

pojawić problem, bo nie wszystkie kraje, które czekają na swoją szansę

wypowiedzenia się, chcą to "tak" powiedzieć. Sprawa robi się o tyle ważna,

że przed członkami UE stoi perspektywa podjęcia kilku ważkich decyzji, które

będą rzutowały na przyszłości Unii, m.in. kompromis w sprawie planu

budżetowego na lata 2007-2013. Tu przedstawiciele Luksemburga dwoją się i

troją by dojść do porozumienia już w czasie szczytu zaplanowanego na 16-17

czerwca. Już teraz pojawiają się głosy, że będzie to bardzo trudne. Jak

pisze brytyjski FT "Debata budżetowa będzie gorzkim testem tego, do jakiego

stopnia nadal istnieje europejska jedność (...). Niemcy, podczas gdy

borykają się z poważnymi problemami gospodarczymi, muszą podzielić się

środkami ze swojego budżetu z Polską i Hiszpanią. Wielka Brytania musi

negocjować +ukochany+ rabat, beneficjenci netto zaakceptować to, że nie

otrzymają (z budżetu UE) tak dużo, jakby chcieli".

Co do przymusu ratyfikacji traktatu w pozostałych krajach powątpiewa czeski

prezydent Vaclav Klaus, który stwierdził, że nie ma już sensu kontynuowania

procesu ratyfikacji unijnej konstytucji. Trzeba tu pamiętać, że wynik w

czechach wcale nie był przesądzony więc takie wątpliwości są akurat w tya Unii

Europejskiej, w tym plany rozpoczęcia rozmów akcesyjnych z Turcją, nie

należy wiązać z ratyfikacją konstytucji UE. Przeciwnicy obecności Turcji w

UE są innego zdania i już zapowiadają podjęcie kampanii w tej sprawie i

interpretują "nie" dla konstytucji także jako wyraz sprzeciwu wobec

tureckiego członkostwa i w ogóle dalszego poszerzania Unii.

Wśród poważnych wypowiedzi mamy też takie, które mogą uchodzić za zabawne,

gdyby nie fakt, że pojawiają się na ustach osób prominentnych. Niemiecki

minister spraw zagranicznych Joschka Fischer uznał, że jednym z czynników

porażki idei traktatu jest tzw. neoliberalna polityka gospodarcza Unii

Europejskiej. Takie określenie w stosunku do tego, co panuje obecnie w unii

jest jawnym nadużyciem. W Europie słowo "liberalizm" lub "neoliberalizm" ma

oczywiście konotacje negatywne, gdyż odwołuje się do stereotypu krwiopijcy

fabrykanta bezlitośnie wykorzystującego swoich pracowników. Rozleniwiona i

zmanierowana przywilejami Europa lubi się zasłaniać takimi hasełkami, by

oddalić perspektywę podjęcia poważnych decyzji, które są niestety konieczne.

"Neoliberalna i radykalnie wolnorynkowa polityka gospodarcza i społeczna

wywołała lęki, które skrupiły się na Traktacie Konstytucyjnym" - powiedział

Fischer. Lęki to raczej wywołuje pojęcie "liberalizm", które teraz są przez

Fischera wykorzystywane. Jego zdaniem, negatywną rolę odegrała szczególnie

dyrektywa dotycząca liberalizacji unijnego rynku usług, opracowana przez

poprzedniego komisarza ds. rynku Fritsa Bolkesteina. Przypomnijmy, że

podstawą dyrektywy była zasada "kraju pochodzenia", pozwalająca firmie

świadczącej usługi za granicą prowadzić działalność na zasadach

obowiązujących w jej kraju macierzystym. Niemcy i Francja sprzeciwiają się

przyjęciu dyrektywy, o ile nie zostaną do niej wprowadzone istotne zmiany.

Berlin i Paryż uważają, że wejście w życie dyrektywy w wersji zaproponowanej

przez Bolkesteina doprowadzi do upadku rodzimych firm usługowych i do

obniżenia standardu usług. Co do pierwszego skutku można się jeszcze

zgodzić. W końcu konkurencja cenowa pociągnie za sobą wycięcie mało

efektywnych zakładów. Rodzi się jednak pytanie, skąd przekonanie o niższej

jakości? Jakie są podstawy, by sądzić, że na polskie usługi będą wykonywane

gorzej? A nawet jeśli, to przecież każdy Francuz czy Niemiec zdałby sobie z

tego sprawę i wybrał jednak rodzimego rzemieślnika. Mamy tu wyraźną

sprzeczność.

Jeśli już mówimy o "radykalnie wolnorynkowej polityce gospodarczej". Zdaniem

amerykańskiego publicysty Thomasa L. Friedmana "wyjątkowo interesujące jest

to, że Francuzi upierają się przy utrzymaniu 35-godzinnego tygodnia pracy w

świecie, w którym indyjscy inżynierowie są gotowi pracować po 35 godzin na

dobę." To nie tylko interesujące, ale znamienne. Niestety wytępienie

socjalnych ciągot w Europie chyba nie jest możliwe. Nawet kryzys gospodarczy

nie jest w stanie tego zmienić. I znowu polski motyw. Friedman przypomina,

że "jednym z powodów, dla których Francuzi odrzucili traktat konstytucyjny

był powszechny strach przed "polskimi hydraulikami", a plotki, że Polacy

mogą zdominować francuski rynek hydrauliczny stały się symbolem sił

antykonstytucyjnych. Szkoda mi Europy Zachodniej. Istniejący od 50 lat świat

przywilejów rozpada się na kawałki, a przywódcy nie mają żadnej strategii,

by sobie z tym poradzić. Dla Francji i jej przyjaciół to wyjątkowo zły czas,

by tracić apetyt na ciężką pracę, podczas gdy odzyskują go Indie, Chiny i

Polska." Mi ich nie szkoda. Globalizacja postępuje i im dłużej oni będą się

ociągać, tym większe szanse mamy na szybszy wzrost i pozytywne wyniki walki

konkurencyjnej.

sprawie przeprowadziła założona przez lekarzy organizacja Medical Futures na

zlecenie Europejskiego Związku Lekarzy Ogólnych (UEMO). Andy Goldberg z

Medical Futures, mówiąc o szerzącej się coraz szybciej epidemii otyłości,

wyraził przekonanie, że "podatek tłuszczowy" byłby skuteczniejszą bronią w

walce z tą epidemią niż wszelkie kampanie edukacyjne. Wśród kandydatów do

obłożenia podatkiem wymienił przede wszystkim potrawy, serwowane w barach

szybkiej obsługi, potrawy smażone w głębokim oleju (zwłaszcza frytki) oraz

inne wysokokaloryczne potrawy, które nie powinny stanowić podstawy zdrowej

diety."(PAP) Czy coś należy dodawać? Co jeszcze można opodatkować? Odzież

zimową sprzedawaną w lecie?

Wróćmy do normalności. Zdaniem części polityków po ostatnich wydarzeniach

Europa potrzebuje sygnału jedności. Za taki ma potencjalnie uchodzić

dogadanie się w sprawie budżetu w czerwcu. Tak uważa m.in. unijna komisarz

ds. polityki regionalnej Danuta Huebner. Według niej francusko-holenderskie

"nie" to nie tragedia. "Architekci procesu ratyfikacyjnego z góry

przewidzieli i przygotowali się na to, że niektóre państwa opowiedzą się

przeciw unijnej konstytucji. Wedle unijnego prawa, sygnatariusze umów

międzynarodowych, a taką umową jest Traktat, mają obowiązek zrobienia

wszystkiego, aby te umowy weszły w życie." Przypomniała, że "zgodnie z

podpisaną w Rzymie deklaracją numer 30, szefowie rządów zobowiązali się do

tego, że jeżeli w listopadzie przyszłego roku okaże się, iż tylko 80 proc.,

a więc 20 państw członkowskich, ratyfikowało konstytucję, wszyscy się

ponownie spotkają i zdecydują, co robić dalej".

A co będzie jeśli przez ponad roku nic się wydarzy? Powtórzenie referendów w

krajach, które odrzuciły konstytucję, przyjęcie małej konstytucji bądź

negocjowanie zupełnie nowego tekstu za przynajmniej 10 lat to trzy możliwe

scenariusze, jakie przewiduje eurodeputowany Dariusz Rosati. Tylko co

miałoby przekonać Francuzów, czy Holendrów i pewnie jeszcze Brytyjczyków i

Duńczyków? Nowe negocjacje to właściwie rozdawanie nowej talii kart i tu nie

wiadomo, czego się spodziewać.

Poza fiaskiem referendów konstytucyjnych mieliśmy także stosunkowo słabe

publikacje danych makro. Dla nas najważniejszą wydaje się dynamika PKB w I

kw 2005 r. Wniosła ona +2,1% przy prognozach +2,9-3%. Jak widać

rozczarowanie spore. Dodać do tego trzeba, że słabą dynamiką wykazały się

także inwestycje, które wzrosły jedynie o 1%. W sumie słabe dane spotkały

się z błyskawiczną reakcją uspokajającą ze strony włodarzy naszej

gospodarki. I tak, najbardziej optymistyczny był minfin Mirosław Gronicki.

Jego zdaniem "informacje GUS o PKB w I kwartale tego roku pokazują

przyspieszenie kwartał do kwartału, bez uwzględnienia skutków sezonowości, a

w całym roku wzrost PKB wyniesie około 4 proc.". "Te dane może są gorsze w

ujęciu rok do roku, ale z drugiej strony pokazują pewne przyspieszenie

kwartał do kwartału, jeżeli się weźmie dane pozbawione sezonowości. To

dobrze wróży, jeżeli chodzi o wzrost w kolejnych kwartałach". To dość

spokojna wypowiedź biorąc pod uwagę, że Gronicki jeszcze przed kilkunastoma

dniami mówił, że spodziewa się w I kw. 3-proc. wzrostu PKB." Wygląda to na

zaklinanie rzeczywistości. Szybko odezwali się członkowie RPP. Jak widać,

nie da się zdusić w sobie chęci błyśnięcia w mediach. Zdaniem Jana Czekaja i

Stanisława Nieckarza słabsze dane są kolejnym argumentem za kolejną obniżką

stóp procentowych. "Dane GUS świadczą o tym, że presja inflacyjna się

zmniejsza i powodują, że bilans ryzyk inflacyjnych jest korzystniejszy niż

się wydawało". Po gołąbkach nie można się jednak spodziewać innych

wypowiedzi.h".

Wiceprezes Rybiński przyznał, że "struktura i dynamika wzrostu PKB w

pierwszym kwartale była różna od oczekiwań banku centralnego." "W tej chwili

staramy się zrozumieć, czy mamy do czynienia z jakimś chwilowym odchyleniem

od ścieżki, która była przez nas oczekiwana, czy może to głębsza zmiana, być

może strukturalna, która może spowodować, że wizja gospodarki może być nieco

inna od tego, co można było sformułować na podstawie danych za cały 2004 rok

".

Faktycznie, druga połowa roku może być lepsza, ale pytanie o ile lepsza. Czy

oczekiwana poprawa będzie na tyle mocna, by dynamika PKB w całym roku miała

osiągnąć zakładane 4%? Po publikacji danych można mieć wątpliwości. Warto

śledzić napływające dane makro, bo tu będzie się rozstrzygać sprawa II kw.

Jeśli i ten będzie słaby, to trzeba się będzie pogodzić z niższym wzrostem.

Takich problemów na razie nie mają inwestorzy w USA. Tam dynamika PKB jest

całkiem spora, ale ostatnie dane dotyczące aktywności gospodarczej mogą

powoli budzić obawy, czy ta dynamika zostanie utrzymana. Słabszy raport o

stanie rynku pracy nieco martwi, ale jeszcze nie pogrąża gospodarki. Jak

powiedział jeden z komentatorów amerykańskich, obecnie można być pewnym

trzech rzeczy: śmierci, podatków i rewizji. Właśnie na ta rewizję liczy

rynek. Czy słusznie? Nawet jeśli dane miałyby pozostać na tak niskim

poziomie, to przecież jeden miesiąc jeszcze o niczym nie świadczy.

Oczywiście gorzej by było, gdyby miało się to zamienić w tendencję. Jest to

temat z pewnością wart rozwinięcia, ale powstała już niezła kobyła i chyba

na tym poprzestanę. O technice wspomnę w jutrzejszym porannym.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama