do dziś jest symbolem jej twardości. Tej twardości raczej trudno się
spodziewać po działaczach z PiS, których znaczna część to byli związkowcy.
W propozycjach PiS pobrzmiewa mit "trzeciej drogi". Kapitalizm z socjalnym
nalotem. Pamiętajmy, że to już było przerabiane. Efekty są widoczne w
statystykach. W tym tygodniu unijne biuro statystyczne Eurostat podało
wielkości bezrobocia w poszczególnych krajach UE. W Polsce jest ono
największe, ale pocieszające jest, że jego wielkość spada. Kolejne państwa o
dużym bezrobociu to: Słowacja (15,2 proc.), Grecja (9,9 proc.), Niemcy,
Francja (po 9,6 proc.) i Hiszpania (9,4 proc.). Państwa o najmniejszym
bezrobociu to Irlandia (4,3 proc.), Wielka Brytania (4,6 proc.), Holandia
(4,7 proc.), Dania (4,8 proc.) i Austria (5,2 proc.). Jak mamy skutecznie
zmniejszyć bezrobocie trzymając się propozycji państwa opiekuńczego, na
które nas nie stać? Jak rozmawiać o reformach, gdy słyszymy "zawetuję każdą
ustawę zmniejszającą wydatki na cele socjalne"? Kampania ma swoje prawa, ale
tu już dochodzimy do granic absurdu.
Skoro już poruszyliśmy temat bezrobocia, to poświęćmy kilka chwil na to, co
wydarzyło się w piątek w USA. O 14:30 naszego czasu opublikowany tam został
raport o stanie rynku pracy we wrześniu. Przez większość uczestników rynku
ta publikacja uchodzi za kluczową w miesięcznym cyklu publikacji danych
makro. To w czasieina i Rita.
Agencje podawały, że rynek oczekuje spadku liczby miejsc pracy o ok. 150k.
Była to oczywiście średnia. Faktycznie rozpiętość prognoz była
oszałamiająca. Przypomnijmy, że szacunki dotyczące ciosu w rynek pracy
obszarów dotkniętych kataklizmem mówiły o spadku zatrudnienia o ponad 400k.
Część analityków pamiętała te wartości i właśnie takiego spadku obawiała się
w raporcie. Byli też i tacy, którzy uspokajająco twierdzili, że nie będzie
dramatu i spadek zatrudnienia nie będzie duży (-25k). Okazało się, że
właśnie ci ostatni mieli rację. Faktycznie, wg raportu we wrześniu ubyło 35k
miejsc pracy, czyli znacznie mniej, niż wskazywała na to średnia prognoz.
Nie zmienia to faktu, że mamy tu pierwszy od maja 2003 roku spadek. Raport
okazał się tym lepszy, że dokonano rewizji danych za poprzednie miesiące
dodając kolejne 77k. Te informacje pomogły dolarowi, który się umocnił.
Rynek akcji zachował się zaś wstrzemięźliwie.
Powodem tej chłodnej reakcji były pojawiające się szybko obawy, że raport
był "zbyt dobry", a więc, że w przyszłym miesiącu może dojść do poważnej
rewizji zawartych w nim wielkości, co sprowadzi je do poziomów "realnych".
Szybko na te tezy odpowiedział sekretarz skarbu John Snow, którego zdaniem
nie należy spodziewać się jakiejś poważnej rewizji piątkowych danych. Dodał
on także, że szacunki dotyczące wielkości wymaganej pomocy dla terenów
dotkniętych huraganami są nierealne. Mogło to zadziałać na rynek
uspokajająco, ale nie zadziałało. Indeksy mimo poważnego spadku cen w dniach
poprzednich wykreśliły tylko nędzne odbicie.
Co sprawa, że nastroje są takie marne? Wydaje się, że ma tu wpływ splot
kilku czynników, z których jeden w dużym stopniu zawdzięcza swoje życie
mediom, a drugi wydaje się już bardziej realny. W komentarzach tego
tygodnia, czyli po sesjach sporych spadków, za każdym razem powtarzane było
zdanie, że rynek boi się wysokiej inflacji. Czy faktycznie, czy też jest to
tylko wygodne tłumaczenie słabości indeksów? Nie można zaprzeczyć, że
ostatnie wystąpienia przedstawicieli poszczególnych banków rezerwy
federalnej piętnowały pojawiające się napięcia inflacyjne. Tylko, że nie
jest to przecież żadna nowość. O napięciach inflacyjnych mówiło się już od
dłuższego czasu. Każdy komunikat po posiedzeniu FOMC wspomina o ryzyku
inflacji. Od wielu miesięcy mówi się o wpływie wysokich cen surowców na
wartość wskaźnika zmian cen. Czytając komentarze z tego tygodnia można dojść
do wniosku, że rynek się zbudził z jakiegoś dziwacznego snu i dopiero teraz
zaczął dostrzegać to, o czym się mówiło już od wielu miesięcy.
Czy faktycznie wcześniej wszyscy problem starali się ignorować, by teraz
nagle panicznie się go obawiać? Stawiałoby to profesjonalizm zarządzających
pod dużym znakiem zapytania. Myślę, że mylą się raczej komentatorzy. Problem
nie leży w inflacji, a przynajmniej nie tylko. Zauważmy, że zbliża się sezon
publikacji wyników finansowych. Już w tym tygodniu poznamy wyniki kilku
ważniejszych spółek, ale apogeum mamy w dwóch tygodniach następnych. Właśnie
te publikacje mogą być jednym z poważniejszych czynników budzących obawy. W
ubiegłym tygodniu dokonano rewizji szacunków wzrostu zysków spółek
wchodzących w skład indeksu SP500. Teraz oczekuje się, że będzie to wzrost o
ok. 15-16%, gdy jeszcze parę tygodni temu mówiono o 18%. Ten wynik i tak
jest w pewnym sensie przekłamany, gdyż zawiera w sobie silną poprawę wyników
spółek sektora energetycznego. W kontekście wyników finansowych mówi się o
wpływie wysokich cen surowców i wpływie huraganów. Ten ostatni może być
nieco przesadzony, co pokazuje choćby ostatnia rewizja prognoz zysku sieci
Wal-Mart. Zarząd sph kwartałach. Rynek obawia się szeregu ostrzeżeń i obniżania
prognoz.
To wyniki będą teraz tematem numer jeden w USA. Poza jednym wyjątkiem. W
piątek opublikowana zostanie wartość wskaźnika zmian cen towarów
konsumpcyjnych. Będą też inne dane, jak choćby dynamika sprzedaży
detalicznej, czy produkcji przemysłowej, ale to właśnie inflacja będzie w
tym dniu najważniejsza. Ważna będzie jej wielkość, ale także ważna będzie
ocena rynku co do przyszłych poczynań FOMC. Prognozy są znamienne. Oczekuje
się, że wskaźnik CPI wyniesie we wrześniu +0,8%, czyli ma to być największy
miesięczny wzrost cen od momentu inwazji wojsk Saddama Husajna na terytorium
Kuwejtu w 1990 roku. Niektórzy mówią nawet o wzroście o 1,5%. Byłby to
największy wzrost od 32 lat i drugi w historii.
Nie ważne, czy zagrożenie jest aż tak wielkie. Te wartości pokazują jednak w
jakim stanie jest rynek. Być może dopiero właśnie piątkowa publikacja trochę
go ustabilizuje. Obecnie po informacji o rosnących oczekiwaniach
inflacyjnych dla wszystkich jest jasne, że Fed nie zejdzie w najbliższym
czasie ze ścieżki podwyżek stóp procentowych. Już teraz oczekuje się, że na
najbliższych posiedzeniach FOMC wzrosną one o kolejne 50 pkt bazowych.
Szanse, że na styczniowym posiedzeniu skoczą o kolejne 25 pkt bazowych
ocenie się obecnie na 48%.
I tym sposobem przechodzimy do polskiego rynku, który staje przed widmem
konkurencji ze strony rosnących stóp procentowych w USA. Kraju, który nawet
mając problemy jest postrzegany jako znaczenie bezpieczniejszy niż nasz.
Mamy też w pamięci zakusy na dalsze obniżki rodzimych stóp procentowych.
Taki układ rentowności jest dla nas coraz bardziej ryzykowny. Tym bardziej,
że mamy za sobą kilkuletnią hossę na rynku akcji. Rodzi się pytanie, jak
długo inwestorzy zagraniczni będą się trzymali naszych aktywów? Na ile
oceniają ryzyko obecności w Polsce w stosunku do możliwych do uzyskania
zysków? Obawiam się, że ta relacja powoli staje się coraz mniej korzystna i
w końcu znajdzie swoje odzwierciedlenie w ruchach kapitału zagranicznego.
Ostatni tydzień przyniósł dość poważny spadek wartości indeksu WIG20 i
wystawionych na niego kontraktów. Właściwie nie chodzi o samą skalę spadku,
bo ta jest co najwyżej umiarkowana (wartość kontraktów spadła od szczytu do
piątkowego dołka o 7%), ale o jego szybkość. Ta dynamika ruchu pokazuje, że
cały czas narasta nerwowość wśród naszych inwestorów. Myślę, że wielu ma
świadomość, że hossa się kiedyś musi skończyć. To potęguje strach przed
posiadaniem długich pozycji w najmniej korzystnej chwili. Niektórzy nawet są
zdania, że właśnie w tym tygodniu rozpoczęliśmy bessę.
Byłbym ostrożny z takimi ocenami. Ten tydzień był faktycznie szczególny.
Spadek okazał się tyle silny, że dał sygnały na niektórych narzędziach
średnioterminowych. Zaburzył tym samym harmonię ostatniego wzrostu cen.
Przez ostatnie miesiące rynek rósł praktycznie bez głębszych korekt. Pewne
wahania pojawiły się na skutek ataków w Londynie, ale szybko zostały one
zniwelowane. Tak czytelny trend wzrostowy powodował, że sporej część graczy
wpadło trochę grosza. Zarabianie na giełdzie wydaje się proste. Ono jednak
proste nie jest. Właśnie mamy początek okresu, który ma za zadanie to
udowodnić.
Jeśli przyjąć, że rynek w dłuższym terminie ma pewną średnią wartość "skomplikowania w osiąganiu zysków" i średni odsetek osób, które osiągają na
nim sukces, po okresie stosunkowo "łatwym" musi przyjść okres "trudny",
który skoryguje w dół zawyżone zyski i zawyżoną liczbę osób, które
wygrywają. Jest to całkiem racjonalne. Nie ma narzędzi, które w każdym
momencie rynkowego cyklu przynoszą zyscy się konsekwencją żółwie
(gracze posługujący się systemami podążającymi za trendem opartymi na
wybiciach) korzystają z zasady "skip after the winner", czyli opuść sygnał
po tym, jak poprzedni dał zysk.
Być może spadek w ubiegłego tygodnia jest tą korektą, która ma trochę
przetrzepać rynek. Korektą, na którą czekałem i która jest niezbędna do
późniejszego wykreślenia szczytu. Jej skala nie jest duża, ale nic nie stoi
na przeszkodzie, by ją jeszcze trochę powiększyć. Tak czy inaczej, wydaje
się, że po jej zakończeniu przyjdzie nam zanotować nowe rekordy hossy. Trend
się jeszcze nie skończył. Jedna czarna świeca na wykresie tygodniowym
indeksu WIG20 z pewnością o tym nie świadczy Wykres_1.gif Wchodzimy w trudny
okres poprzedzający zmianę trendu. Ten szybki spadek to jak martwy kanarek w
kopalni. Dzieje się coś niedobrego, ale jest czas na ewakuację. Warto
zachować spokój i trzymać nerwy na wodzy.
Kamil Jaros