przestrzega sama GPW. Wystarczy przypomnieć, że to w maju 2003 r. rozpoczęła
się trwająca dalej hossa. W 2004 r. w maju wyznaczyliśmy lokalny dołek
testując minima z początku roku. To samo powtórzyliśmy w roku 2005 r., kiedy
to po przetestowaniu styczniowego dołka ruszyliśmy natychmiast do fali
wzrostowej równie dynamicznej jak ta w 2003 r. Może więc należy zmienić
reguły i na GPW trzeba jednak kupować nie w listopadzie, a w maju ? To w
ostatnich trzech latach zdecydowanie najlepszy moment.
Skoro już patrzymy na lata ubiegłe, to warto przy okazji zauważyć, że WIG20
w 2005 r. zachowuje się bardzo podobnie do zeszłego roku. W obu przypadkach
na początku roku indeksy ruszyły mocno do góry. W 2004 r. kres wzrostu
wypadł w kwietniu, a w tym roku o ponad miesiąc wcześniej. Ale już dołki
późniejszych korekt wyznaczone zostały dokładnie w tym samym miejscu - w
maju. Skala późniejszych wzrostów jest nieporównywalna w obu latach, ale już
ich zakończenie było niemal identyczne - szczyt we wrześniu, jego
kosmetyczne poprawienie w październiku i rozpoczęła się mocniejsza korekta.
Gdyby tego było mało, to w obu przypadkach październikowe spadki zatrzymały
się przy zniesieniu Fibonacciego 38,2% fali wzrostowej rozpoczętej w maju i
na koniec października rozpoczęło się mocniejsze odreagowanie. Co dalej z
tego wynika ? Gdybyśmy dalej mieli iść ścieżką wyrysowaną przez wykres z
zeszłego roku, to listopad powinien być bym się podpisał - z innych powodów niż tylko zeszłoroczna
analogia.
Październikowa korekta będąca reakcją na polityczne przetasowania i wzrost
rentowności amerykańskich obligacji (ucieczka kapitału z rynków
wschodzących) miała dać odpowiedź na jakim etapie trendu jesteśmy i jak
silny jest to rynek. Okazało się, że bardzo silny, bo na WIG20 nie zeszliśmy
pod wspomniane wcześniej zniesienie 38,2% fali wzrostowej rozpoczętej w
maju, a np. indeks cenowy w tym czasie systematycznie notował nowe szczyty.
To ostatnie mogłoby wzbudzić obawy o "falę śmieciową" kończącą hossę
(czytaj - doważanie przez rodzime fundusze), ale tym razem siły małych
spółek tak bym nie odbierał. Wracając do zniesienia 38,2,%, to zawsze
powtarzam, że odwrót w tym miejscu (na tym zniesieniu trendu) jest bardzo
byczym sygnałem. Do tego indeks wyrzeźbił tutaj podwójne dno, a i obroty w
momencie wybicia w górę też były wyższe. Byki przy takim układzie mają teraz
bardzo silne wsparcie najpierw na ostatnich lukach hossy, a najmocniej na
piątkowym dołku 2273,49 pkt.
Największe bycze wsparcie daje jednak pesymizm indywidualnych inwestorów.
Biorąc pod uwagę, że tym razem wartość teoretyczna kontraktów uwzględniać
dywidend nie musi, to obecna baza -50 pkt. (-40 pkt. w czasie sesji) jest po
pierwsze przesadą, a po drugie odpowiada wartościom, przy których
rozpoczynało się to listopadowe dynamiczne odreagowanie o ponad 160 pkt.
Czyli demonstracyjna siła rynku zawracającego na mocnych wsparciach nie
zmieniła poglądów inwestorów. Zresztą wigometr też się upiera. Oczywiście te
wskaźniki nastroju już chyba nikogo nie zaskakują. Ale w pełni zaskoczyła
mnie w ostatnim tygodniu liczba agresywnych maili od czytelników
przekonujących moją osobę, że trwa bessa. Każda kolejna luka hossy
zwiększała tylko liczbę nerwowych niedźwiedzi. Wskaźnik poczty Pryzmonta
zdecydowanie stoi więc kontariańsko po stronie byków. Trochę upraszczam, ale
faktem jest, że nastroje wielu inwestorów są mocno niedźwiedzie i absolutnie
nie sprzyja to rozpoczęciu teraz jakiegoś trwalszego spadku. Najpierw duzi
gracze muszą "wycisnąć krótkich", wciągnąć na dużych obrotach szersze grono
oraz OFE do gry i w czasie euforycznych sesji zacząć oddawać papiery. Z
bessą poczekajmy więc do 2006 roku.
Największym zagrożeniem dla rynku akcji miała okazać się polityka.
Potwierdza to też rynek obligacji i złoty, gdzie gdy tylko politycy
zintensyfikują telewizyjne przemówienia dalej mamy kolejne fale wyprzedaży.
Rynek akcji jest na to wszystko bardzo odporny i jeśli miałbym przyznać
komuś rację, to wbrew swej niedźwiedziej naturze, tym razem właśnie GPW. Po
rozpadzie koalicji POPIS nic gorszego na inwestorów już nie spadnie.
Specyfika rynku jest oczywiście taka, że najwięksi gracze będą wstrzymywać
się z decyzjami przed kluczowymi głosowaniami (wotum na koniec tego
tygodnia), ale niezależnie od tego kto i kiedy poprze rząd PIS, to na 99% z
tym, lub innym premierem rząd PIS powstanie i ... zrobi coś (czytaj -
ewentualnie popsuje) dopiero w przyszłym roku. Ograniczone możliwości
majstrowania w finansach publicznych (do połowy przyszłego roku) już
omawiałem, a chyba najlepiej w tym tygodniu zobrazowały to zapędy nowej
minister finansów, która chcąc strzelić sobie w kolano podwyższając deficyt
do 31-32 mld zł została rozbrojona zarówno przez premiera Marcinkiewicza,
jak i unijnego komisarza (Almunia). Nie ma więc zagrożeń ze strony polityki
? Tak powiedzieć nie można. Ja uważam, że tutaj wszystko jest już
"pozamiatane", ale to rynek ma zawsze rację, więc jeśli dalej będą
przeceniane obligacje i złoty to z czasem przestraszą też rynek akcji.
Dopóki polityka nie zejdzie na plan duparcie straszyłem wzrostem rentowności amerykańskich
obligacji, a dzisiaj dla odmiany zwrócę uwagę na sygnały nieco przesadnych
obaw o napięcia inflacyjne. Przypomnę najpierw, że na przełomie sierpnia i
września zaczęły spływać fatalne dane makro sugerujące dłuższy cykl podwyżek
stóp przez Fed. Rynek to ignorował, tylko po to, by potem w dwa miesiące
rentowność dynamicznie wzrosła z poniżej 4,0% do 4,68% w ostatni piątek. Dwa
miesiące temu rynek trochę się zapędził w przekonaniu, że Fed nie będzie
podnosić stóp. Na obecnym etapie ten dwumiesięczny trend moim zdaniem
powinien wyhamować. Podobnie jak we wrześniu, ostatnio rynek przestał
reagować na wszelkie informacje pokazujące, że inflacja jest pod kontrolą.
Ani słowa członków Fed, ani żadne dane (wydajność +4,1% i koszty pracy -0,5%
najlepszym przykładem) nie wywołują żadnej pozytywnej reakcji.
Taka sytuacja nie dziwi, jeśli sięgniemy do mojego ulubionego wskaźnika
sentymentu jakim jest obliczany przez Marka Hulberta - Hulbert Bond
Newsletter Sentiment Index (HBNSI). Ten wskaźnik opiera się na
rekomendacjach wydanych przez ponad 160 biuletynów finansowych. Metodologii
przypominać nie będę. Trzeba tylko wiedzieć, że to kontariański wskaźnik. W
czwartek HBNSI wyniósł -67,4% a to oznacza bardzo pesymistyczne nastawienie
analityków i zarządzających do rynku obligacji w USA. Tylko raz wskaźnik
zanotował tak niską wartość - na początku kwietnia tego roku, czyli tuż przy
szczycie rentowności. W tej chwili testujemy te poziomy i choć na koniec
roku będziemy moim zdaniem wyżej (rentowność), to dane makro i przesadny
pesymizm sugerują, że przyszedł czas na miesiąc oddechu na rynku obligacji.
Taki układ wspierałby rynek akcji.
Podsumowując te szanse i zagrożenia powiedziałbym tak - GPW jest na razie na
tyle mocna, a nastroje na tyle słabe, że nie można oczekiwać teraz jakiś
mocniejszych spadków. Chyba, że niedoceniam destrukcyjnych mocy naszych
polityków, a obligacje wpadną w dalsze spirale spadków. Gdybym musiał
narysować wykres do końca roku, to skopiowałbym zeszłoroczne notowania
między listopadem, a grudniem. Najpierw w kreowanej przez media politycznej
niepewności pobujamy się w konsolidacji jeszcze do końca miesiąca, a na
koniec roku fundusze powinny podgrzać rynek i wynieść WIG20 na nowe szczyty.
[email protected]