Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 29.01.2006 17:25

Mamy za sobą kolejny tydzień, który wbrew obawom przyniósł nowe rekordy

hossy. Tydzień zaczął się w bardzo kiepskich nastrojach, których przyczyną

była poważna przecena w USA w poprzedni piątek. Wiadomo było, że

poniedziałek zacznie się źle, ale nie wiadomo było, co z tego wyniknie.

Wspomniany silny spadek za oceanem pojawił się dokładnie w momencie, gdy

Reklama
Reklama

nasz rynek zbliżył się do swoich maksimów. Szybki zwrot w tym miejscu mógłby

zostać odebrany jako brak zdolności do dalszej zwyżki. Część inwestorów już

wypatrywała możliwości pojawienia się formacji podwójnego szczytu.

Problem w tym, że takie oczekiwanie było raczej naiwnością niż oceną

faktycznej możliwości pojawienia się formacji. Trzeba tu po raz kolejny

przypomnieć, że o formacji można mówić, gdy zostanie w pełni ukształtowana.

Reklama
Reklama

Wtedy ma to jakieś przełożenie na oczekiwany ruch. Sama możliwość pojawienia

się formacji niczego nam nie mówi. Możliwość pozostaje tylko możliwością.

Liczenie na silny spadek kursów było raczej chciejstwem. Tym bardziej, że

trwa silny trend wzrostowy. Takie ruchy raczej nie kończą się klarownymi,

przez wszystkich widzianymi formacjami. Szczyt hossy będzie zaskoczeniem dla

znacznej większości graczy. Taka jest jego natura. By pojawiły się silne

Reklama
Reklama

spadki większość rynku musi oczekiwać zwyżki.

Obserwując dotychczasowe zachowanie naszych graczy można dojść do wniosku,

że takie oczekiwania nie są wystarczająco powszechne. Na każdej sesji

pojawia się grupa inwestorów grających na spadek cen, próbujących złapać

szczyt. Nawet w chwili bicia rekordów podaż na kontraktach twardo stoi przy

Reklama
Reklama

swoim zdaniu. W efekcie mamy wzrost liczby otwartych pozycji, co tylko

potwierdza, że ruch cen jest wiarygodny. Ci, którzy właśnie otwierają

krótkie pozycje będą musieli je zamknąć, a zwyżka powoduje, że będzie to

zamknięcie ze stratą. Cykl się powtarza. Skończy się, gdy grupa "łapaczy

szczytu" w końcu się przekona do trendu.

Reklama
Reklama

Podwójny szczyt się nie pojawił. Największe emocje były w chwili otwarcia

poniedziałkowych notowań, a później już było tylko lepiej. W czwartek cena

najpłynniejszej serii kontraktów sięgnęła poziomu 3000 pkt. Kto stawiał

jeszcze dwa miesiące temu, że ten poziom zostanie osiągnięty? To jest

właśnie magia hossy. Tu faktycznie niczego nie można się spodziewać. Rynek

Reklama
Reklama

pchany nowym kapitałem i grą emocji mniej odpornych inwestorów sięga

poziomów dziewiczych. Po każdym rekordzie pojawia się pytanie, czy to już

ostatni taki dzień? Ile jeszcze rynek jest w stanie wzrosnąć? Wiadomo, że

żaden trend nie trwa wiecznie, a więc i ta zwyżka musi się kiedyś skończyć.

Tylko kiedy?

Pojawiają się różne daty i różne wartości. Każdy z prognostyków ma swoją

teorię, którą taką czy inną wartość uzasadnia. Mamy miłośników fal Elliota,

którzy czekają na "ostatnią piątkę". Mamy miłośników zależności opartych o

ciąg liczb Fibonacciego, którzy "jako jedyni" widzą, że właśnie jesteśmy na

poziomie wynikającym z odpowiedniego przemnożenia (x 4,236) wielkości spadku

z 2002 roku oraz spadku z 2003 roku. Tylko jakie to ma znaczenie dla

posiadanych pozycji? Czy faktycznie teraz podejmiemy decyzję i zaryzykujemy

posiadany kapitał na bazie wydarzenia, które miało miejsce 3 lata temu? Czy

naprawdę przeczytanie jednej czy dwóch książek sprawi, że takie działanie

uznamy za racjonalne?

Wydaje mi się, że zamiast usilnie poszukiwać szczytu lepiej jest spokojnie

na jego pojawienie poczekać. Zamiast szukać potencjalnych poziomów oporu,

które równie potencjalnie mogą zatrzymać ceny, lepiej jest skupić się na

obserwacji wsparć i wybrać takie, których pokonanie może być sygnałem

zakończenia zwyżki. Jestem zdania, że efektywniej (i coprzynosi korzyści.

Pokazał to poniedziałek, gdy faktycznie zignorowany został spadek w USA.

Pokazał to także piątek, gdy po fatalnej publikacji dynamiki PKB USA w IV

kw. 2005 r. zakończyliśmy notowania tuż pod poziomem poprzedniego

zamknięcia, ale znacznie nad minimum sesji. Jeśli chodzi o sesję piątkową,

to pewnym wytłumaczeniem tej naszej "mocy" jest fakt, że wspomniana

publikacja nie wywarła większego wrażenia na samych Amerykanach, a nasz

spadek cen był jednym z większych w Europie. Można nawet powiedzieć, że na

tle świata "mocy" żadnej nie było. To tylko złudzenie, bo właśnie świat

postanowił tą publikację zignorować.

Przypomnijmy. W piątek podano, że PKB w IV kw. 2005 r. wzrosło o jedynie

1,1%, gdy powszechnie oczekiwano, że będzie to 2,8%. Głównymi powodami

mniejszego wzrostu była słaba sprzedaż samochodów, mniejsze wydatki

przedsiębiorców na inwestycje, mniejszy wydatki rządowe oraz zwiększony

import. Wydatki na dobra trwałego użytku spadły o 17,5% czyli najwięcej od

18 lat. W oczy kłuje także fakt spadku stopy oszczędności o 0,5% w całym

2005 r. Był to pierwszy taki przypadek od 1933 r.

Owszem, spowolnienie miało być widoczne (w III kw. dynamika wyniosła +4,1%),

ale jego skala powinna zaskoczyć. Czytając komentarze można odnieść

wrażenie, że postanowiono tę złą wiadomość zignorować, a przynajmniej

zdecydowanie zmniejszyć jej znaczenie. Problem w tym, że treści jakie

pojawiły się na rynku zdają się sobie przeczyć, choć ich wymowa ma być

uspokajająca.

Po pierwsze, liczy się na poważną rewizję tych danych w kolejnych

publikacjach. Można to przyjąć, choć o jakiej skali rewizji tu mówimy?

Dynamika ma się podwoić? Zresztą i wtedy będzie niższa od niedawnych

prognoz. Piątkowa publikacja powstała na bazie danych z października i

listopada oraz estymacji większości zmiennych za grudzień. Następne

publikacje będą już bardziej wiarygodne, ale czy faktycznie dane grudniowe

tak znacznie zmienią obraz?

Z innych komentarzy wynika, że tej publikacji nie należy brać zbyt poważnie,

bo prawdopodobnie wkradł się jakiś błąd. Dane, które do tej pory spływały,

nie sygnalizowały aż takich kłopotów. W związku z tym należy się spodziewać

rewizji nie wynikającej tylko z samych urealnień wcześniejszych estymacji,

ale także z wyrugowania powstałych gdzieś błędów.

Pojawiły się także opinie pod wspólnym hasłem "nie ma się czym przejmować,

bo jest lepiej". Wg nich, spadek dynamiki wzrostu (jeśli nawet zgodny z

rzeczywistością) był tylko chwilowym osłabieniem i teraz jest już lepiej. W

I kw. wzrost PKB ma wynieść prawie 4%, a niektórzy właśnie przez niską

dynamikę w IV kw. mówią nawet o 5%. Ogólnie najlepiej o tym danych zapomnieć

i poczekać co będzie dalej. Wydaje się, jakby nikt nie brał tej publikacji

poważnie, jakby to był jakiś żart statystyków. Zabawne jest to, że jeśli

ktokolwiek bierze te dane poważnie, to szybko dodaje, że będzie to kolejny

argument za zatrzymaniem sekwencji podwyżek stóp procentowych, a więc i tak

jest świetnie.

Problem w tym, że wraz z dynamiką PKB poznaliśmy też wartość indeksu

oczekiwań inflacyjnych. Nie licząc cen energii i żywności jego wartość w IV

kw. 2005 r. wzrosła do 2,2%. Rezerwa Federalna za normę uważa wartość w

przedziale 1-2%. Wiadomo od dawna, że dla obecnego szefa Fed jest to jeden z

ważniejszych czynników określających politykę monetarną. Stąd za pewnik

uznaje się kolejne podniesienie stóp procentowych na najbliższym posiedzeniu

FOMC we wtorek. Czy nowy szef Fed będzie kładł podobny nacisk na

oczekiwania? Sądząc po zachowaniu cen obligacji oraz wartości dolara rynek

powoli przyjmuje do wiadomości, że i na kolejntpliwości wokół amerykańskich danych zostaną rozstrzygnięte dopiero za

parę tygodni, gdy pojawią się publikacje oparte na większej liczbie

rzeczywistych danych. W tej chwili rynek zdaje się tym nie przejmować. U nas

jest to tym bardziej znaczące. Trwa właśnie szczytowa faza hossy, na co

wskazuje choćby duża zmienność nastrojów. Od paniki do szybkiego wzrostu

jesteśmy w stanie przejść już nie z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę.

Obecność na rynku obarczona jest teraz poważnym ryzykiem. Ponownie zaapeluję

o zastanowienie się, czy faktycznie każdy chce w tym uczestniczyć? Czy

dobrze się czuje przy tak rozchwianych cenach?

Kierując się zasadą, że na siłę nie ma sensu szukać szczytu, zmiany na rynku

obserwujemy z punktu widzenia zagrożenia dla wsparć. Nowe rekordy hossy

oczywiście sprawiają, że to zagrożenie jest mniejsze. Mimo to, nie można

popaść w euforię. Zbyt dobre samopoczucie może spowodować, że mniejszy się

nasza czujność, a ta w tej chwili jest bardzo ważna. W końcu przyjdzie

dzień, gdy po silnym spadku nie nastąpi równie silne odbicie, ale kolejny

silny spadek i potem następny. Musimy się starać, by rynek nas nie

zaskoczył, gdy będzie zawracał. W tej chwili poziomem, którego pokonanie

może wzbudzić obawy o trend, jest ostatni lokalny dołek z połowy stycznia

br. To jest poziom wstępny i jego przełamanie jeszcze nie przesądzi o

zmianie trendu, choć znacznie większy na to szansę. Bardziej wiarygodnym

poziomem jest w tej chwili dołek z początku stycznia. Zejście niżej może

obrócić kierunek tendencji na dłużej.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama