pchany nowym kapitałem i grą emocji mniej odpornych inwestorów sięga
poziomów dziewiczych. Po każdym rekordzie pojawia się pytanie, czy to już
ostatni taki dzień? Ile jeszcze rynek jest w stanie wzrosnąć? Wiadomo, że
żaden trend nie trwa wiecznie, a więc i ta zwyżka musi się kiedyś skończyć.
Tylko kiedy?
Pojawiają się różne daty i różne wartości. Każdy z prognostyków ma swoją
teorię, którą taką czy inną wartość uzasadnia. Mamy miłośników fal Elliota,
którzy czekają na "ostatnią piątkę". Mamy miłośników zależności opartych o
ciąg liczb Fibonacciego, którzy "jako jedyni" widzą, że właśnie jesteśmy na
poziomie wynikającym z odpowiedniego przemnożenia (x 4,236) wielkości spadku
z 2002 roku oraz spadku z 2003 roku. Tylko jakie to ma znaczenie dla
posiadanych pozycji? Czy faktycznie teraz podejmiemy decyzję i zaryzykujemy
posiadany kapitał na bazie wydarzenia, które miało miejsce 3 lata temu? Czy
naprawdę przeczytanie jednej czy dwóch książek sprawi, że takie działanie
uznamy za racjonalne?
Wydaje mi się, że zamiast usilnie poszukiwać szczytu lepiej jest spokojnie
na jego pojawienie poczekać. Zamiast szukać potencjalnych poziomów oporu,
które równie potencjalnie mogą zatrzymać ceny, lepiej jest skupić się na
obserwacji wsparć i wybrać takie, których pokonanie może być sygnałem
zakończenia zwyżki. Jestem zdania, że efektywniej (i coprzynosi korzyści.
Pokazał to poniedziałek, gdy faktycznie zignorowany został spadek w USA.
Pokazał to także piątek, gdy po fatalnej publikacji dynamiki PKB USA w IV
kw. 2005 r. zakończyliśmy notowania tuż pod poziomem poprzedniego
zamknięcia, ale znacznie nad minimum sesji. Jeśli chodzi o sesję piątkową,
to pewnym wytłumaczeniem tej naszej "mocy" jest fakt, że wspomniana
publikacja nie wywarła większego wrażenia na samych Amerykanach, a nasz
spadek cen był jednym z większych w Europie. Można nawet powiedzieć, że na
tle świata "mocy" żadnej nie było. To tylko złudzenie, bo właśnie świat
postanowił tą publikację zignorować.
Przypomnijmy. W piątek podano, że PKB w IV kw. 2005 r. wzrosło o jedynie
1,1%, gdy powszechnie oczekiwano, że będzie to 2,8%. Głównymi powodami
mniejszego wzrostu była słaba sprzedaż samochodów, mniejsze wydatki
przedsiębiorców na inwestycje, mniejszy wydatki rządowe oraz zwiększony
import. Wydatki na dobra trwałego użytku spadły o 17,5% czyli najwięcej od
18 lat. W oczy kłuje także fakt spadku stopy oszczędności o 0,5% w całym
2005 r. Był to pierwszy taki przypadek od 1933 r.
Owszem, spowolnienie miało być widoczne (w III kw. dynamika wyniosła +4,1%),
ale jego skala powinna zaskoczyć. Czytając komentarze można odnieść
wrażenie, że postanowiono tę złą wiadomość zignorować, a przynajmniej
zdecydowanie zmniejszyć jej znaczenie. Problem w tym, że treści jakie
pojawiły się na rynku zdają się sobie przeczyć, choć ich wymowa ma być
uspokajająca.
Po pierwsze, liczy się na poważną rewizję tych danych w kolejnych
publikacjach. Można to przyjąć, choć o jakiej skali rewizji tu mówimy?
Dynamika ma się podwoić? Zresztą i wtedy będzie niższa od niedawnych
prognoz. Piątkowa publikacja powstała na bazie danych z października i
listopada oraz estymacji większości zmiennych za grudzień. Następne
publikacje będą już bardziej wiarygodne, ale czy faktycznie dane grudniowe
tak znacznie zmienią obraz?
Z innych komentarzy wynika, że tej publikacji nie należy brać zbyt poważnie,
bo prawdopodobnie wkradł się jakiś błąd. Dane, które do tej pory spływały,
nie sygnalizowały aż takich kłopotów. W związku z tym należy się spodziewać
rewizji nie wynikającej tylko z samych urealnień wcześniejszych estymacji,
ale także z wyrugowania powstałych gdzieś błędów.
Pojawiły się także opinie pod wspólnym hasłem "nie ma się czym przejmować,
bo jest lepiej". Wg nich, spadek dynamiki wzrostu (jeśli nawet zgodny z
rzeczywistością) był tylko chwilowym osłabieniem i teraz jest już lepiej. W
I kw. wzrost PKB ma wynieść prawie 4%, a niektórzy właśnie przez niską
dynamikę w IV kw. mówią nawet o 5%. Ogólnie najlepiej o tym danych zapomnieć
i poczekać co będzie dalej. Wydaje się, jakby nikt nie brał tej publikacji
poważnie, jakby to był jakiś żart statystyków. Zabawne jest to, że jeśli
ktokolwiek bierze te dane poważnie, to szybko dodaje, że będzie to kolejny
argument za zatrzymaniem sekwencji podwyżek stóp procentowych, a więc i tak
jest świetnie.
Problem w tym, że wraz z dynamiką PKB poznaliśmy też wartość indeksu
oczekiwań inflacyjnych. Nie licząc cen energii i żywności jego wartość w IV
kw. 2005 r. wzrosła do 2,2%. Rezerwa Federalna za normę uważa wartość w
przedziale 1-2%. Wiadomo od dawna, że dla obecnego szefa Fed jest to jeden z
ważniejszych czynników określających politykę monetarną. Stąd za pewnik
uznaje się kolejne podniesienie stóp procentowych na najbliższym posiedzeniu
FOMC we wtorek. Czy nowy szef Fed będzie kładł podobny nacisk na
oczekiwania? Sądząc po zachowaniu cen obligacji oraz wartości dolara rynek
powoli przyjmuje do wiadomości, że i na kolejntpliwości wokół amerykańskich danych zostaną rozstrzygnięte dopiero za
parę tygodni, gdy pojawią się publikacje oparte na większej liczbie
rzeczywistych danych. W tej chwili rynek zdaje się tym nie przejmować. U nas
jest to tym bardziej znaczące. Trwa właśnie szczytowa faza hossy, na co
wskazuje choćby duża zmienność nastrojów. Od paniki do szybkiego wzrostu
jesteśmy w stanie przejść już nie z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę.
Obecność na rynku obarczona jest teraz poważnym ryzykiem. Ponownie zaapeluję
o zastanowienie się, czy faktycznie każdy chce w tym uczestniczyć? Czy
dobrze się czuje przy tak rozchwianych cenach?
Kierując się zasadą, że na siłę nie ma sensu szukać szczytu, zmiany na rynku
obserwujemy z punktu widzenia zagrożenia dla wsparć. Nowe rekordy hossy
oczywiście sprawiają, że to zagrożenie jest mniejsze. Mimo to, nie można
popaść w euforię. Zbyt dobre samopoczucie może spowodować, że mniejszy się
nasza czujność, a ta w tej chwili jest bardzo ważna. W końcu przyjdzie
dzień, gdy po silnym spadku nie nastąpi równie silne odbicie, ale kolejny
silny spadek i potem następny. Musimy się starać, by rynek nas nie
zaskoczył, gdy będzie zawracał. W tej chwili poziomem, którego pokonanie
może wzbudzić obawy o trend, jest ostatni lokalny dołek z połowy stycznia
br. To jest poziom wstępny i jego przełamanie jeszcze nie przesądzi o
zmianie trendu, choć znacznie większy na to szansę. Bardziej wiarygodnym
poziomem jest w tej chwili dołek z początku stycznia. Zejście niżej może
obrócić kierunek tendencji na dłużej.
Kamil Jaros