kolei czeski PX50, rosyjski RTS, turecki ISE100, czy też w końcu ATX -
indeks giełdy wiedeńskiej. W międzyczasie po środowych świetnych danych o
polskiej inflacji rozpoczęło się na rynku długu i na rynku walutowym
dyskontowanie kolejnej obniżki stóp procentowych. Nie wykluczone, że już na
lutowym posiedzeniu. Takie otoczenie musiało wymusić wzrosty na GPW. Tyle
tyko, że tym razem ta siłą emerging markets ma zdecydowanie bardziej kruche
fundamenty i trudno oczekiwać, by piątkowe wzrosty miały rozpocząć nową falę
hossy.
Jednym z głównych argumentów przemawiających za hossą na rynkach
wschodzących były w ostatnim roku silne wzrosty cen surowców. Oczywiście
sama hossa surowców nie musi automatycznie oznaczać wzrostów na
którymkolwiek z rynków wschodzących. To nie takie proste. Silną zależność w
przypadku GPW oddaje jednak choćby fakt, że zaledwie dwie (PKN, KGHM)
surowcowe spółki mają aż 30% udział w indeksie WIG20, a gdy dodamy do tego
pozostałe 3 spółki to robi nam się 37%. Wystarczająco, by same ceny
surowców kształtowały teraz trendy na GPW. Podobnie jak sektor bankowy,
który w sumie udział w WIG20 ma teraz mniejszy tylko o 3%.
A surowce nie mają się ostatnio za dobrze. Indeks towarów CRB spadał na
niemal każdej lutowej sesji i w czwartek notowany był aż 8,6% poniżej
szczytu. Miedź zanotowała w tym czasie mniejszy spadek, ale z kolei kurs
ropy spadł z 69 USD na początku lutego do 57,6 USD na czwartkowej sesji.
Wszysodtrzymywała stabilny trend wzrostowy. Zachowanie rynków wskazuje,
że większość funduszy założyła po prostu, że są to tak silne wsparcia, że
korekta na rynku surowców musi się zatrzymać. I tutaj mamy pierwszą różnicę
w odniesieniu do zeszłorocznych wzrostów na emerging markets. Wtedy indeksy
wybijały się na nowe szczyty hossy bo rosły ceny surowców. Teraz fundusze
postanowiły wyprzedzić ten ruch i dyskontują zakończenie korekty na rynku
surowców. Jeśli byki mają rację, to sporo jest już w cenach po wzrostach z
ostatniego tygodnia. Jeśli się mylą i ceny surowców dalej będą spadać, to
ucieczka zagranicznych funduszy będzie bardzo gwałtowna. Stosunek ryzyka do
potencjalnego zysku nie zachęca do dalszego brania udziału w tym wzroście.
Należy również pamiętać, że w zeszłym roku zachętą do szukania zysków na
rynkach wschodzących był "tani pieniądz" w USA. Od czerwca 2004 roku Fed
podniósł stopy już 14 razy i od zeszłego miesiąca są one wyższe niż w
Polsce. Rentowność amerykańskich 10 letnich obligacji w zeszłym tygodniu
osiągnęła poziomy najwyższe od listopada (4,63%) i wszystko wskazuje, że w
drugim kwartale tego roku atakować będziemy zeszłoroczne szczyty przy 4,69%.
A należy pamiętać, że rosnąca rentowność amerykańskich papierów zmniejsza
premię za ryzyko inwestowania na rynkach wschodzących. Na fali silnego
trendu wzrostowego na indeksach, oraz gry pod kolejne obniżki stóp
procentowych (marcowa rewizja koszyka CPI może być pretekstem do kolejnej
obniżki stóp - w sumie nawet jeszcze 50 pb. w tym roku ) te argumenty zeszły
na plan dalszy. Powrócą przy zmianie sentymentu do coraz bardziej "zgranych"
rynków wschodzących.
Oczywiście wzrost cen surowców, czy różnica w stopach procentowych nie są
niezbędnym warunkiem wzrostów GPW. Nadzieje na podtrzymanie warszawskiej
hossy można skierować też w stronę choćby tylko amerykańskich indeksów. W
ostatnim tygodniu Dow Jones bez większych problemów wspiął się na nowe
szczyty. Z punktu widzenia ostatnich danych makro, czy wyników spółek
racjonalność takiego zachowania może być dyskusyjna. Ale nie tutaj tkwi
bycza siła. Od początku tego roku mamy w USA bardzo wyraźną wspinaczkę po
"ścianie strachu". W ankiecie Investors Intelligence na koniec zeszłego roku
byków był aż 60,4% a niedźwiedzi tylko 20,8%. Bardzo dużo, ale od tego czasu
optymizm systematycznie spadał przy każdej fali wzrostowej. W ostatnią
środę, w dniu ustanowienia nowych szczytów, byków było już tylko 48,9% a
niedźwiedzi 27,7%. Są to jednocześnie poziomy najniższe (najniższego
optymizmu) od przełomu października i listopada, a należy przypomnieć, że
kolejny miesiąc okazał się jednym z najlepszym w zeszłym roku. To sytuacja
bardzo nietypowa. Niemal zawsze po każdym mocniejszym wzroście indeksów,
szczególnie na nowe szczyty, następuje wyraźny wzrost optymizmu. Tutaj wręcz
odwrotnie - im indeksy wyżej, tym inwestorzy bardziej sceptycznie podchodzą
do przyszłej koniunktury. Potwierdza to też mój ulubiony amerykański
wskaźnik giełdowych nastrojów, czyli Hulbert Stock Newsletter Sentiment
Index (opracowywany na podstawie 160 biuletynów inwestycyjnych). Na początku
lutego indeks wynosił 56,5%. Rekordowa wartość to 80,0%. Na nowych szczytach
w tym tygodniu mieliśmy już odczyt tylko 33,4%. Dopóki na rynek amerykański
nie powróci duży optymizm, to krzywda indeksom się nie stanie.
Jednocześnie przypomnę, że na polskim rynku sytuacja jest zupełnie odwrotna.
Saldo prognozy popytu na akcje (Pengab) pokazało ostatnio, że w czasie
korekty nie ubyło zbyt wielu optymistów. W styczniu 44% oczekiwało wzrostu
popytu na akcje, a po korekcie miesiąc później dalej było to 40%. Pesymistów
przybyło jedynie z 3% do 8%. T piątkowej sesji na GPW to pozytywna
wiadomość. Nic nie popsuje optymistycznych nastrojów i WIG20 jedynie pod
wpływem lokalnych czynników zmierzy się z górnym ograniczeniem lutowej
konsolidacji. Kontrakty analogiczny poziom już pokonały, ale jak wiadomo to
nie ogon macha psem. Po piątkowej demonstracji popytu problemów większych
być nie powinno, a wysokość konsolidacji (wyznaczająca zasięg wzrostu po
wybiciu) niemal dokładnie pokrywa się z dystansem jaki dzieli nas od
szczytów całej hossy. Dopiero tam pojawi się większa podaż i rozstrzygać
będą się losy trendu.
A decydujący głos w tej sprawie będą miały nie tylko wspomniane surowce, ale
też sektor bankowy. We wtorek poznamy wyniki Pekao oraz BPH, a w środę
publikacja raportu BZWBK. Gdyby nie PKN 28 lutego, to praktycznie zamknęłoby
to sezon wyników mogących mieć wpływ na WIG20. Jeśli chodzi o wyniki
wspomnianych banków, to zyski będą oczywiście rekordowe, ale mam obawy, czy
samo spełnienie prognoz usatysfakcjonuje inwestorów. WIG-Banki zamknął się w
piątek na nowych szczytach hossy i to po tym, jak bankowy lider (PKO BP)
rozczarował wynikami. Jak widać w każdym sektorze inwestorzy kupują teraz
nie fundamenty, ale kierunek przepływu kapitału zachodnich funduszy.
By nie kończyć zbyt pesymistyczne należy jeszcze na koniec przypomnieć, że
wciąż trwa trzymiesięczny najlepszy okres dla GPW. Styczeń (przypadkowo)
zamknęliśmy dokładnie zgodnie z modelowym przebiegiem zmian wartości WIG20 w
ciągu roku, a na koniec lutego modelowa wartość powinna pokazać 2933 pkt. Ta
wartość to tylko ciekawostka. Chodzi jedynie o przypomnienie, że od początku
grudnia GPW ma swoje trzy najmocniejsze miesiące. W ostatnich 10 latach
średnia miesięczna zmiana wartości WIG20 wynosiła w grudniu 4,72%, w
styczniu 5,88% a w lutym 4,34%. Zostało 7 sesji by to wykorzystać i
powalczyć o nowe szczyty hossy, bo od początku marca sezonowość przestanie
sprzyjać kontynuacji trendu wzrostowego. Szersza analiza sytuacji też
przemawia za takim scenariuszem.
[email protected]