kierunku zmierza kapitał, a zaczęły mocniej tracić waluty, z których kapitał
wychodzi. W tej drugiej grupie był także polski złoty.
Można się zastanawiać, czy tendencje zaobserwowane w tym tygodniu to tylko
jednorazowe wahnięcie, czy też będą one kontynuowane także w przyszłości. W
perspektywie kilku miesięcy będziemy się zmagać z problemem rosnących stóp
procentowych w USA. Wprawdzie zmagamy się już teraz, ale trzeba zauważyć, że
na razie posunięcia komitetu otwartego rynku były w pewnym sensie tłumione
przez inwestorów operujących na długoterminowych papierach dłużnych. Tu, w
przeciwieństwie do papierów krótkoterminowych, wzrost rentowności był
ograniczony, co jak wiemy dało w efekcie negatywną krzywą dochodowości. Co
zakładają inwestorzy? Zakładają, że mimo obecnej zwyżki stóp procentowych w
kolejnych latach będą one niższe.
Oczywiście można na ten temat dyskutować, ale skutki takich oczekiwań są
wymierne. Choćby na rynku kredytów długoterminowych. Rentowność kredytów
hipotecznych wprawdzie przekroczyła poziom 6%, ale nadal nie jest to wzrost
odpowiadający zwyżce stóp krótkoterminowych. Wydaje się trwać wymiana
argumentów i próba sił. Czy to krótkie stopy zaczną dostosowywać się do tych
dłuższych, czy na odwrót. Wygląda na to, że jednak to dłuższa strona krzywej
zmuszona została do zmian. Tym samym obligacje amerykańjest
wskazane. Rynek i tak będzie stawiał swoje wymagania.
Patrząc na wykres indeksu WIG20 można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia
z konsolidacją, z której ceny teraz mają okazję wybić się dołem. To, że nie
wybiły się w piątek jeszcze o niczym nie świadczy. Jest to jednak tylko
postrzeganie tego wykresu z punktu widzenia polskiego inwestora. By spojrzeć
na ten sam wykres z punktu widzenia inwestora zagranicznego musimy wziąć pod
uwagę również element kursu walutowego. W tym wypadku ważniejsza jest para
dolar/złoty, bo większość kapitału napływającego na nasz rynek jest
"dolarowa". Gdy dokonamy korekty walutowej, to okaże się, że indeks WIG20
znajduje się w lekkim trendzie spadkowym, który rozpoczął się w drugim
tygodniu stycznia br. Zatem wydarzenia na amerykańskim rynku stóp
procentowych (wzrost rentowności od połowy stycznia) ma wpływ nie tylko na
chęć zaangażowania kolejnych milionów dolarów, ale także na wycenę już
zainwestowanych milionów. Ta wycena maleje, co może skłaniać inwestorów
zagranicznych do redukowania pozycji. Można domniemywać, że z takim właśnie
redukowaniem mieliśmy do czynienia w ostatnich dwóch miesiącach.
Problem polega na tym, że ta nasza pośrednia zależność od amerykańskich stóp
procentowych sprawia, że musimy dokładniej przyglądać się tamtejszej
gospodarce. Jak wiemy, Ameryka cały czas obawia się inflacji. To właśnie
możliwe napięcia inflacyjne sprawiały, że od kilkunastu miesięcy rosną
systematycznie stopy procentowe. Temat inflacji jest cały czas głównym
tematem rozważań przy podejmowaniu decyzji o kolejnych podwyżkach. Ostatni
tydzień jasno pokazuje, że temat ten nie zejdzie szybko z afisza. Dostaliśmy
potwierdzenie, że w IV kw. 2005 r. spadła wydajność pracy o 0,5%, co było
niemiłą niespodzianką, bo po wcześniejszej pozytywnej rewizji dynamiki PKB
spodziewano się poprawy i na tym polu. Ta była jednak kosmetyczna. Spadek
wydajności był pierwszym od I kw. 2001 r. Co ważniejsze w IV kw. 2005 r.
zanotowano najszybszy w roku wzrost kosztów zatrudnienia. Tu także
oczekiwano pozytywnej rewizji, ale się jej nie doczekano. Oczywiście nie ma
sensu jeszcze lamentować. Jeden kwartał spadku wydajności to jeszcze nie
tragedia. Tym bardziej, że w ciągu ostatnich czterech lat zanotowano jeden z
większych wzrostów wydajności pracy. Obecnie, średnio licząc, 85 osób
wykonuje tą samą pracę, która przed czterema laty wykonywało 100 osób.
W całym 2005 roku wydajność wzrosła o 2,9% (najwolniej od 2001 r.), a koszty
zatrudnienia wzrosły o 2,6% (najszybciej do 2000 r.) Łącząc fakt wzrostu
kosztów zatrudnienia, niższej wydajności oraz cały czas dobrej sytuacji
samego zatrudnienia otrzymujemy koktajl zwany napięciami inflacyjnymi.
Zmiana prezesa Fed w niczym tu raczej nie pomoże. Kolejne podwyżki są
przesądzone. Pytaniem otwartym pozostaje, ile ich jeszcze będzie? Ostatni
raport o stanie rynku pracy, który okazał się nieco lepszy od prognoz jasno
dał do zrozumienia, że problem inflacji cały czas jest problemem nr 1. Tym
bardziej, że dynamika płac jest najwyższa od września 2001 r. Obecnie mówi
się o kolejnych trzech podwyżkach dokonywanych na kolejnych trzech
posiedzeniach FOMC. To odważna teza, bo trzeba pamiętać, że kolejne podwyżki
stóp będą miały wpływ na rentowność kredytów, a tym samym na rynek
nieruchomości, który raczej ma być gaszony powoli, a nie nagłym załamaniem.
Przedstawione wyżej procesy mogą wpływać na nasz rynek negatywnie, ale z
pewnością nie jest to kwestia dni, czy tygodni. Tym samym jest czas, by z
naszego rynku wycofywać się spokojnie, jak miało to miejsce do tej pory. Tym
bardziej, że każdy technik zauważy, że dwet wybicie z formacji
podwójnego szczytu. Taki sygnał można by odebrać jednoznacznie. Inwestorzy
zachowali jednak zimną krew i nie poddali się sygnałowi. Końcówka sesji była
niezła, choć nadal sytuacja nie jest pewna. Nadchodzący tydzień może być
nerwowy właśnie ze względu na tą niepewność. Nie wykluczam, że po jakimś
wzroście ceny na chwilę zejdą poniżej piątkowego minimum, ale różnica nie
powinna być duża.
Czy te dwa szczyty w okolicy 3000 pkt mogą być szczytami całej hossy? Mogą
Wykres_2.gif W tej chwili niczego nie można wykluczyć. Jest kilka czynników,
które mogłyby na to wskazywać, ale potwierdzenie tego dostajemy zawsze po
fakcie. Najważniejsze pozostają sygnały techniczne. Na razie wskazują na
równowagę, ale biorąc pod uwagę kierunek trendu trwającego już ponad 4 lata,
to niewielką przewagę dałbym jednak bykom. Na tyle niewielką, że już o
nowych rekordach nie myślę, ale cały czas zakładam możliwość kolejnej próby
zbliżenia się do nich. Przebieg tego możliwego wzrostu pokaże nam, co
faktycznie stoi za popytem. Trzeba bowiem przyznać, że ostatnio to podaż
zrobiła się gwałtowniejsza. Mimo tego, cały czas nie pojawiły się żadne
poważniejsze sygnały sprzedaży.
Jak pokazuje Wykres_1.gif w piątek ceny zatrzymały się na linii trendu
wzrostowego. Na razie nawet ona nie została pokonana, a przecież jest to
narzędzie z tych mniej wiarygodnych. Tym bardziej, że jej nachylenie jest
znaczne, co raczej skazuje ją na błędny sygnał. Znacznie ciekawiej wygląda
ostatnia dwumiesięczna konsolidacja. Mamy tu dwie możliwości - albo jest to
część trójkąta rozszerzającego się, o którym wspominałem w poprzednich
analizach, albo lekko pochylony w dół prostokąt. Obie formacje ograniczają
ewentualny wzrost cen do okolic 3150 pkt (w tej chwili), a nie jest
wykluczone, że zwyżka zatrzyma się jedynie na 2950 pkt, co potwierdziłoby
problemy popytu i mogłoby zniechęcić graczy do dalszych zakupów. Oczywiście
te rozważania są jedynie próbą oceny, czy hossa się już kończy. Realizacja
któregoś ze scenariuszy (prostokąt vs. trójkąt) nie będzie zaskoczeniem,
choć na razie dla samego trendu głównym poziomem pozostaje dołek z początku
stycznia. Pierwszy tydzień tego roku był okresem mocnych zakupów, które
przez następne dwa miesiące balansują na granicy rentowności. Spadek cen na
poziomy grudniowe może wywołać wyprzedaż zniecierpliwionych graczy
obawiających się, że "gasili światło".
Kamil Jaros
[email protected]