poziomu zamknięcia pierwszego tygodnia stycznia. Każdemu z tych ekstremów
towarzyszyła niezliczona ilość prognoz kontynuacji rozpoczynanego ruchu, a
mimo to wciąż pozostajemy teraz dokładnie po środku tego trendu bocznego.
Błędem byłoby jednak stwierdzenie, że nic się w tym czasie nie zmieniło. W I
kw. tego roku wręcz rewolucyjna zmiana zaszła na amerykańskim rynku długu.
Rentowność 10-letnich obligacji na koniec 2005 r. wynosiła 4,39%, a na
koniec marca testuje szczyty z 2004 przy 4,9%. Z punktu widzenia inwestycji
globalnych funduszy w aktywa z emerging markets temat bardzo istotny i
wielokrotnie w ostatnich tygodniach opisywany.
Powrócę do niego raz jeszcze, bo wydaje się, że w samej końcówce kwartału
fundusze przestały oglądać się na giełdowe otoczenie i zgodnie ze zwyczajem
odstawiły podaż na ostatnich sesjach ubiegłego tygodnia. Wszyscy
zarządzający chcieli mieć wysokie kursy akcji na koniec kwartału,
niezależnie czy patrzymy na rodzime fundusze, czy zachodnich graczy. To
"window dressing" było jednym z dwóch powodów do zignorowania wzrostu
rentowności amerykańskich obligacji, które w czasie tylko tego jednego
tygodnia wzrosła niemal 0,2%. To naprawdę znacząca zmiana, a kluczową rolę
odegrał tutaj komunikat po posiedzeniu FOMC, który został odebrany jako
zapowiedź kolejnych podwyżek. Należy w tym miejscu przypomnieć, że
analogiczny ruch na aty, a strajki w kopalniach, czy kłopoty w Indonezji nakręcają
tylko spiralę wzrostu, choć faktycznie na podaż surowca tak znacząco nie
wpływają. Równie mocne wzrosty oglądamy także na rynku ropy, gdzie
inwestorzy na hasło "Iran" w odzewie składają zlecenia kupna.
Wydaje się więc, że każda strona ma swoje argumenty i konsolidacja w
ostatnim tygodniu była salomonowym rozwiązaniem. Warto jednak pamiętać, że
rentowność amerykańskich obligacji na początku kwietnia gwałtownie nie
spadnie, a niestety window dressing już nie będzie. Z kolei choć
wynagradzanie KGHM i spółek paliwowych jest w pełni uzasadnione przez wzrost
cen surowców, to nie powinno umknąć uwadze, że wzrostom cen miedzi i ropy
towarzyszył w ostatnim tygodniu także bardzo dynamiczny wzrost cen m.in.
złota. W przeszłości to był z reguły sygnał ostrzegawczy dla giełdowych
inwestorów.
W tej giełdowej układance nie pasuje jeszcze jeden element. WIG20 jest
indeksem najbardziej czułym na zmiany cen surowców, a do szczytów hossy
brakuje mu ponad 100 pkt. Nowe szczyty hossy w tym tygodniu ustanowiły za to
indeksy WIG, WIG-spożywczy, MIDWIG oraz WIRR. Jeszcze lepiej sytuację oddaje
indeks cenowy, gdzie trwa fala wzrostowa dorównująca swoją dynamiką
najlepszym okresom hossy. Taka "fala śmieciowa" i to jeszcze na koniec
kwartału, nie przemawia za kontynuacją hossy. Wzrosty coraz mocniej opierają
się na zakupach rodzimych instytucji oraz indywidualnych inwestorów, a
historycznie patrząc taki układ bykom na warszawskim parkiecie nie służył.
Dla porządku dodam, że wszystko to pozostaje w ścisłym związku z
rentownością amerykańskich obligacji i związaną z tym spadającą
atrakcyjnością aktywów z emerging markets. Dzięki ogólnoświatowej
długotrwałej hossie i sile naszych rodzimych funduszy negatywny wpływ na
szeroki rynek na razie jest bezbolesny, a wręcz niektórzy mogą go uznać za
wyolbrzymiany. Dla zobrazowania tego wpływu spójrzmy na koniec I kw. na
stopy zwrotu na poszczególnych giełdach. To też sporo mówi o kierunku, w
którym płynie kapitał globalnych funduszy.
Zwyczajowo powinienem porównywać indeksy MSCI, ale sugerowałbym trochę
subiektywnie skoncentrować się na indeksach giełd, które można uznać za
najważniejsze w naszym regionie. Byłyby to Węgry (BUX), Czechy (PX), Rosja
(RTS), Turcja (ISE100), Austria (ATX). Nie ma sensu przytaczać miesięcznych
stóp zwrotu dla każdego z tych rynków, ale na każdym mamy wyraźną
prawidłowość - miesięczna stopa zwrotu z każdym miesiącem jest niższa, a w
marcu, oprócz ATX , wszystkie indeksy zanotowały spadek. Średnia dla tych
indeksów prezentuje się następująco: styczeń +8,8%, luty +4,3%,
marzec -1,5%. WIG20 na tym tle wygląda odpowiednio: +5,6%, +1,1%, +1,0%.
Jeśli średnią stopę zwrotu policzymy też dla wybranych indeksów rynków
rozwiniętych (indeksy w USA, Nikkei, FTSE, DAX) to w styczniu jest +3,2%, w
lutym bez zmian (Nasdaq i Nikkei zaniżają), a w marcu +2,8%. Oczywiście to
zbyt krótki okres, by wyciągać daleko idące wioski, ale zmiana giełdowych
liderów na korzyść rynków rozwiniętych staje się faktem. W ostatnich
tygodniach wiele wskazywało na to, że skończy się okres, gdy stopy zwrotu na
emerging markets będą wzbudzać podziw zachodnich inwestorów. Marzec te obawy
potwierdził.
Samo relatywnie słabsze zachowanie indeksów emerging markets nie oznacza
jeszcze bessy. Kwestia trendu w kolejnych miesiącach wciąż pozostaje
nierozstrzygnięta. Tego poglądu zupełnie nie podziela liczne grono klientów
funduszy inwestycyjnych, które zaczynają cierpieć na klęskę urodzaju wobec
faktu rekordowych wpłat do funduszy akcyjnych. Stopy zwrotu za ostatnie lata
robią wrażenie, a obiegowa tdługim terminie" autorstwa
Jeremy Siegel z University of Pennsylvania`s Wharton School, który
przedstawił ciekawe wyniki analizy amerykańskiego rynku akcji z ostatnich aż
200 lat. Policzył on, jaki procent czasu w tym okresie rynek akcji notował
większą stopę zwrotu niż stopa wolna od ryzyka, w zależności od długości
trwania inwestycji. Nie jest zaskoczeniem, że im dłuższy okres trzymania
akcji, tym prawdopodobieństwo wygranej wzrasta. Jednak zaskoczeniem dla
niektórych będzie zapewne długość okresu, który uzasadnia ponoszone ryzyko.
W przypadku zakupu akcji na 12 miesięcy prawdopodobieństwo zysków ponad
stopę wolną od ryzyka wynosi zaledwie 61,5%. Dwuletni okres to wzrost
jedynie do 65,3%, pięcioletnia inwestycja 74,0%, a dziesięcioletnia 80,1%.
To ostatnie należy to rozumieć tak, że przez prawie 20% czasu w badanym
okresie akcje realnie przynosiły straty, mimo inwestycji na okres aż 10 lat.
Dla statystyków taki wynik nie jest podstawą do uznania inwestycji w akcje
za zawsze zyskowną. By tak było, okres inwestycji należy wydłużyć do 20 lat
(94,5%), a w przypadku 30-letniej inwestycji mamy "pewność" dodatnich stóp
zwrotu (97,1%).
Szczerze wątpię, by rodzimi inwestorzy tak postrzegali "długi termin". Nie
zniechęcam przy tym do rynku akcji, ale po tak długiej i silnej hossie
należy czasem zastanowić się nad rosnącym ryzykiem. Studenci odkładający na
emeryturę nie powinni mieć dylematów. Inwestorzy z horyzontem znacznie
krótszym mają materiał do przemyśleń i oceny ryzyka dalszych zakupów na
świeżych szczytach (WIG) 4-letniej hossy.
[email protected]