Jeśli zapytać inwestorów o główny powód poniesienia strat na giełdzie, to większość odpowie, że najgorszym doradcą są emocje, które powodują odejście od wcześniej założonych reguł. W odpowiedzi na problem emocji wielu inwestorów stosuje mechaniczne systemy transakcyjne, które - nie poddając się nastrojowi chwili - oceniają jedynie ruchy cen i nie patrząc na spływające na rynek wiadomości każą otwierać odpowiednie pozycje. W dłuższym terminie większość systemów bankrutuje rzadziej niż inwestorzy podejmujący decyzje na podstawie samodzielnych analiz.
Wyłączyć telewizor
Piszę o tym dlatego, że po kolejnych latach rozwoju rynków kapitałowych na świecie jesteśmy w takim punkcie, że o giełdzie mówi się już absolutnie wszędzie, a jednocześnie w ostatnich latach - na skutek m.in. zawirowań w światowej gospodarce oraz rosnącej sile globalnych funduszy hedgingowych - mówić o giełdzie i prognozować jej zachowanie jest coraz trudniej. Widz lub czytelnik "musi" jednak dostać wytłumaczenie spadków/wzrostu, więc często kilkakrotnie w ciągu dnia powtarza mu się o obawach/nadziejach związanych np. z posiedzeniem FOMC (Federalnego Komitetu Otwartego Rynku - agendy amerykańskiego banku centralnego) lub spadkami/wzrostem na rynku ropy. Mimo że sytuacja nawet w ciągu jednej sesji zmienia się o 180 stopni, tłumaczenie zachowania giełd jakimś jednym wydarzeniem stało się wymogiem obecnych czasów.
Tak też było w minionym tygodniu. Każdy spadek indeksów na światowych parkietach był wynikiem niepokojów wokół zaostrzającego się konfliktu na Bliskim Wschodzie i związanego z tym wzrostem cen ropy. Absolutnie nie twierdzę, że nie budzi to obaw inwestorów. Tyle tylko, że w innych okolicznościach analitycy mogliby przytoczyć giełdowe powiedzenie, że "gdy krew się leje - kupuj akcje" i giełdy ruszyłyby do silnych zwyżek. Tak "odległy konflikt" (cytując amerykańskie serwisy) sam w sobie nie byłby w stanie wywołać tak silnych spadków na giełdach w USA. Szczególnie po doświadczeniach w Iraku, gdzie paradoksalnie wojna - niezależnie od wzrostu cen ropy - dała rynkom sygnał do rozpoczęcia hossy. Bliski Wschód był w tym tygodniu tylko silnym impulsem do spadku, a jego podstawy tak naprawdę leżą gdzie indziej. Dlatego lepiej czasami działać jak system transakcyjny: wyłączyć serwisy informacyjne i oceniać jedynie spływające na rynek informacje o bieżącym stanie gospodarki i kondycji spółek.
To właśnie m.in. kondycja amerykańskiej gospodarki spowodowała, że konflikt na Bliskim Wschodzie uruchomił lawinę wyprzedaży w USA. Od ponad miesiąca inwestorzy zupełnie nie reagowali na wszelkie sygnały spowolnienia gospodarczego, a już reakcja na komunikat FOMC, w którym sami członkowie Fed ostrzegli przed trwającym spowolnieniem wzrostu gospodarczego (media to pominęły, koncentrując się na pozytywnych efektach ewentualnego przerwania cyklu podwyżek) była zwieńczeniem naiwności inwestorów. Dwa tygodnie temu w "Analizie weekendowej" po komunikacie FOMC pisałem, że "radość z ustąpienia napięć inflacyjnych przykryją w USA obawy o spowolnienie gospodarki i rynek akcji dobrze na tym nie wyjdzie". Przyznam, że nie sądziłem, iż inwestorzy przekonają się do tego tak szybko.