Reklama

Geopolityka była tylko impulsem do wyprzedaży w USA

Inwestorzy w Stanach Zjednoczonych nie reagowali na spowolnienie gospodarki. Kolejne złe dane makro, słabe prognozy spółek oraz napięcie geopolityczne przypomniały o problemach

Publikacja: 17.07.2006 10:31

Jeśli zapytać inwestorów o główny powód poniesienia strat na giełdzie, to większość odpowie, że najgorszym doradcą są emocje, które powodują odejście od wcześniej założonych reguł. W odpowiedzi na problem emocji wielu inwestorów stosuje mechaniczne systemy transakcyjne, które - nie poddając się nastrojowi chwili - oceniają jedynie ruchy cen i nie patrząc na spływające na rynek wiadomości każą otwierać odpowiednie pozycje. W dłuższym terminie większość systemów bankrutuje rzadziej niż inwestorzy podejmujący decyzje na podstawie samodzielnych analiz.

Wyłączyć telewizor

Piszę o tym dlatego, że po kolejnych latach rozwoju rynków kapitałowych na świecie jesteśmy w takim punkcie, że o giełdzie mówi się już absolutnie wszędzie, a jednocześnie w ostatnich latach - na skutek m.in. zawirowań w światowej gospodarce oraz rosnącej sile globalnych funduszy hedgingowych - mówić o giełdzie i prognozować jej zachowanie jest coraz trudniej. Widz lub czytelnik "musi" jednak dostać wytłumaczenie spadków/wzrostu, więc często kilkakrotnie w ciągu dnia powtarza mu się o obawach/nadziejach związanych np. z posiedzeniem FOMC (Federalnego Komitetu Otwartego Rynku - agendy amerykańskiego banku centralnego) lub spadkami/wzrostem na rynku ropy. Mimo że sytuacja nawet w ciągu jednej sesji zmienia się o 180 stopni, tłumaczenie zachowania giełd jakimś jednym wydarzeniem stało się wymogiem obecnych czasów.

Tak też było w minionym tygodniu. Każdy spadek indeksów na światowych parkietach był wynikiem niepokojów wokół zaostrzającego się konfliktu na Bliskim Wschodzie i związanego z tym wzrostem cen ropy. Absolutnie nie twierdzę, że nie budzi to obaw inwestorów. Tyle tylko, że w innych okolicznościach analitycy mogliby przytoczyć giełdowe powiedzenie, że "gdy krew się leje - kupuj akcje" i giełdy ruszyłyby do silnych zwyżek. Tak "odległy konflikt" (cytując amerykańskie serwisy) sam w sobie nie byłby w stanie wywołać tak silnych spadków na giełdach w USA. Szczególnie po doświadczeniach w Iraku, gdzie paradoksalnie wojna - niezależnie od wzrostu cen ropy - dała rynkom sygnał do rozpoczęcia hossy. Bliski Wschód był w tym tygodniu tylko silnym impulsem do spadku, a jego podstawy tak naprawdę leżą gdzie indziej. Dlatego lepiej czasami działać jak system transakcyjny: wyłączyć serwisy informacyjne i oceniać jedynie spływające na rynek informacje o bieżącym stanie gospodarki i kondycji spółek.

To właśnie m.in. kondycja amerykańskiej gospodarki spowodowała, że konflikt na Bliskim Wschodzie uruchomił lawinę wyprzedaży w USA. Od ponad miesiąca inwestorzy zupełnie nie reagowali na wszelkie sygnały spowolnienia gospodarczego, a już reakcja na komunikat FOMC, w którym sami członkowie Fed ostrzegli przed trwającym spowolnieniem wzrostu gospodarczego (media to pominęły, koncentrując się na pozytywnych efektach ewentualnego przerwania cyklu podwyżek) była zwieńczeniem naiwności inwestorów. Dwa tygodnie temu w "Analizie weekendowej" po komunikacie FOMC pisałem, że "radość z ustąpienia napięć inflacyjnych przykryją w USA obawy o spowolnienie gospodarki i rynek akcji dobrze na tym nie wyjdzie". Przyznam, że nie sądziłem, iż inwestorzy przekonają się do tego tak szybko.

Reklama
Reklama

Trzy ciężarki

Proces ten w ostatnich dwóch tygodniach przyspieszyły trzy powody, które zebrane w jednym czasie doprowadziły do tego, że Nasdaq prawie wszystkie sesje po tygodniu kończącym ostatnie posiedzenie FOMC (29 czerwca) miał spadkowe, z hukiem przebił tegoroczne minima i w ostatni piątek testował już dołki z października zeszłego roku.

Najpierw na rynek spłynęła kolejna seria złych danych makro. Przypominając tylko te najważniejsze i tylko te po posiedzeniu FOMC - mieliśmy Chicago PMI na poziomie 56,5 pkt (przy prognozie 59,0 pkt.). Indeks ISM dla przemysłu 53,8 pkt (wobec prognoz 55,0 pkt), ISM dla usług na poziomie 57,0 pkt (przy prognozie 59,0 pkt). Potem głośny raport o rynku pracy, gdzie Nonfarm Payrolls zszokowały analityków wartością 121 tys. (wobec oczekiwanych 175 tys.). W ostatnim tygodniu z ważniejszych publikacji można tylko wskazać sprzedaż detaliczną za czerwiec, która zamiast +0,4 proc. wyniosła -0,1 proc. Każda kolejna publikacja potwierdzała inwestorom, że gospodarka wyraźnie zwalnia, a jeśli gospodarka zwalnia, to musi się to odbić na wynikach spółek.

Wyniki to był drugi cios zadany bykom. Alcoa rozpoczęła sezon publikacji i pierwsze raporty oraz prognozy na tle poprzednich kwartałów nie wyróżniają się negatywnie. Z jednym wyjątkiem - sektora technologicznego. Niemal codziennie największe spółki przekazywały złe wyniki, prognozy lub były źle oceniane przez analityków. Zaczęło się w poniedziałek od obniżenia ratingu dla całej branży przez Merrill Lynch, a z pojedynczych spółek negatywny wpływ na rynek miały EMC, SAP, Dell, Apple, IBM, Lucent, by wymienić tylko te największe. Co jest takiego ważnego w sektorze technologicznym? To świetny prognostyk kondycji amerykańskiej gospodarki. Gdy nadchodzi spowolnienie koniunktury, pierwsze cierpią na tym spółki technologiczne, na których produkty mocno ograniczany jest popyt. Nasdaq był liderem każdej ostatniej hossy i pierwszy ruszał do wyprzedaży. Tym razem również wykres indeksu przestrzegał przed problemami w gospodarce, gdy na początku czerwca złamana została linia trendu wzrostowego. Chwilowa euforia po posiedzeniu FOMC dała jedynie ruch powrotny.

W takim otoczeniu coraz gorszych danych makro i wyników/prognoz spółek uświadamiających inwestorom spowolnienie gospodarki doszedł na koniec tygodnia trzeci problem, czyli Bliski Wschód. Inwestorzy przestraszyli się rosnących cen ropy, ale gdyby nie opisany wyżej stan gospodarki, to temat mógłby zostać zignorowany tak samo, jak w kwietniu tego roku. Jeśli porównamy wykres Nasdaq i ceny ropy, to okazuje się, że tegoroczny szczyt Nasdaq (szczyt całej hossy od 2002 r. - najwyżej od początku 2001 r.) z 20 kwietnia zrobiony został, gdy cena ropy notowana była na poziomie 73,5 USD i dzień później ustanowiła lokalny szczyt. Kolejne ponad dwa miesiące trwała konsolidacja, której dolnym ograniczeniem były okolice 68,5 USD. Dopiero ostatnie dwie sesje ubiegłego tygodnia przyniosły nowe historyczne szczyty - zaledwie kilka USD wyżej. Indeks Nasdaq w tym czasie stracił prawie 14 proc. Gdyby taka miała być reakcja giełd jedynie na zachowanie cen ropy, to świat zwariowałby w poprzednich miesiącach, bo abstrahując od końcówki tygodnia, to akurat obecna zmienność cen tego surowca, mierzona wskaźnikami zmienności, jest blisko poziomów najniższych od dwóch lat.

Wnioski z tego wszystkiego nie płyną zbyt optymistyczne. Wielu inwestorów oczekuje, że gdy opadną emocje wokół Bliskiego Wschodu i kurs ropy wejdzie w korektę (a sezon huraganów?), to rynki akcji mocno odreagują tę przecenę. Po takim wyprzedaniu śmiałków do łapania dołka na pewno nie zabraknie, ale podstawy tego spadku pokazują, że będzie to raczej odbicie niezbyt trwałe. Problemy amerykańskiej gospodarki są znacznie poważniejsze niż tylko droga ropa, co Ben Bernanke, szef Fed - banku centralnego USA, powinien potwierdzić 19 lipca, zeznając przed Kongresem (prognozy inflacji, PKB, bezrobocia).

Reklama
Reklama

Siła GPW czy oderwanie od świata?

Dla emerging markets (rynków wschodzących) przełomową datą był 10 maja 2005 r., gdy po decyzji Fed rozpoczął się rekordowy odpływ kapitału z funduszy. Związek WIG20 z indeksami giełd regionu był w czasie tego spadku dość duży. Dopiero na przełomie czerwca i lipca WIG20 zaczął pozytywnie wyróżniać się na tle MSCI Emerging Markets Index. Ostatni tydzień ten brak współzależności jeszcze wyraźniej uwidocznił.

Jako punkt odniesienia do porównywania zachowania rynków, podawałem już wielokrotnie sesyjne szczyty indeksów z 10 maja. Do piątkowego zamknięcia najgorzej zachowywał się turecki ISE, który spadał aż 24 proc. Pozostałe najbliższe nam rynki to węgierski BUX

(-15,9 proc.), czeski PX (-14,4 proc.), rosyjski RTS (-17,3 proc.), czy ATX w Wiedniu

(-16,1 proc). Jak widać, stopy zwrotu bardzo zbliżone.

WIG20 na tym tle jest 11,3 proc. od szczytów, a gdyby nie było dywidend KGHM i PKO BP,

Reklama
Reklama

bylibyśmy 8,8 proc. od szczytu. Niektórzy traktują to jako

siłę GPW. Osobiście widzę w tym raczej zagrożenie, szczególnie przy ewentualnym dalszym osłabieniu rynków zaoceanem.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama