bardziej, że mając świadomość sporych wahań tej publikacji można
przypuszczać, że i dane wrześniowe mają szansę na rewizję.
Jeśli już mówimy o prognozach i rewizji danych to warto wspomnieć o
publikowanym w środę raporcie Automated Data Processing Inc. Głównym jego
elementem jest szacunkowa liczba nowozatrudnionych w sektorze prywatnym.
Powstaje ona na bazie informacji pochodzących z 225 tys. przedsiębiorstw
zatrudniających ok. 14 mln pracowników. Wg autorów raportu publikowanego
od tego roku szacowana przez nich zmiana w zatrudnieniu jest skorelowana w
90% ze zmianą pojawiającą się w comiesięcznym raporcie o stanie rynku
pracy publikowanym przez rządowy Labor Department. W środę dowiedzieliśmy
się, że zdaniem ADP w sektorze prywatnym przybyło jedynie 78 tys. miejsc
pracy. Piszę "jedynie", gdyż oczekiwano przyrostu o 110 tys. Ta liczba
mogła sygnalizować, że wrzesień nie będzie dobrym miesiącem na rynku
pracy. Pewności nie było, bo każdy miał w pamięci poprzednie raporty ADP
łącznie z tym za czerwiec, gdy szacowano wzrost zatrudnienia w sektorze
prywatnym na 368 tys. a faktycznie w całej gospodarce wyniósł on jedynie
107 tys. Światło ostrzegawcze powinno się jednak zapalić, a więc i
rozczarowanie nie powinno być tak duże. Tym bardziej, że jak już
wspomniałem można oczekiwać rewizji piątkowych danych, bo przecież i one
są szacowane na bazie ankiet.
Sytuacja na amerykańskim rynku prątpliwości, że sytuacja w zatrudnieniu się
zmienia, czego główną przyczyną jest osłabienia na rynku nieruchomości. To
właśnie w sektorze budownictwa widać największe redukcje. Są one związane
z aktualnym wyhamowaniem w tym dziale, ale także pogarszającymi się
prognozami na przyszłość. Szacuje się, że dzięki spowolnieniu w
budownictwie miesięczny przyrost zatrudnienia ogółem jest mniejszy o ok.
30-40 tys. W sektorach z budownictwem nie związanych sytuacja jest na
razie poprawna.
W ostatnim tygodniu sporo mówiło się o obniżających się oczekiwaniach
inflacyjnych. Jednym z argumentów był wolniejszy wzrost gospodarczy,
spadające ceny surowców energetycznych oraz sporej liczby pozostałych
towarów. Na spadek oczekiwań wskazywały także oba subindeksy cenowe
wskaźnika ISM, zarówno ten liczony dla przemysłu, jak i ten dla usług.
Innym czynnikiem przywoływanym jako argument dla ustępujących napięć
inflacyjnych jest spadek rentowności dłużnych papierów długoterminowych,
co w konsekwencji daje odwróconą krzywą dochodowości. Spadek oczekiwań
inflacyjnych jest dla banku centralnego poważną przesłanką przy
podejmowaniu decyzji dotyczących polityki pieniężnej. Pytanie, czy
odwrócona krzywa dochodowości jest wynikiem oczekiwań niższej inflacji,
czy też niższych stóp procentowych, które mają pomagać spowalniającej
gospodarce. Ponownie pojawia się pytanie, co jest ważniejsze: wzrost
gospodarczy czy dynamika wzrostu cen - dylemat, który chyba nigdy nie
będzie rozwiązany w pełni. Podejście zależy od poglądów podejmujących
decyzje.
W tym kontekście z zainteresowaniem przyjęto pierwsze wystąpienie
Charles`a Plosser`a nowego szefa filadelfijskiego banku rezerwy
federalnej. Już wcześniej, jako pracownik Uniwersytetu w Rochester był on
postrzegany jako zagorzały jastrząb. Głosił pogląd, że Fed powinien się w
swoich poczynaniach kierować zasadą, by inflacja bazowa mieściła się w
przedziale od -1% do +1%. Jak więc widać są to wartości znacznie niższe od
przyjętego +2%. Zdaniem Plooser`a bank centralny nie jest w stanie
samodzielnie odpowiadać za wzrost gospodarczy bądź zatrudnienie w krótkim
okresie czasu. Za to może podejmować wysiłki mające przynieść poprawę w
dłuższym okresie czasu, ale jedynie wówczas, gdy ceny będą pod kontrolo, a
to jego zdaniem oznacza, że ich zmiana będzie się zawierać we wspomnianym
wyżej przedziale. To dość mocne słowa, ale na razie nie mające
bezpośredniego wpływu na politykę pieniężną. Plooser prawo głosu otrzyma
dopiero w 2008 r.
Na koniec wypadałoby wspomnieć coś o rządowym projekcie budżetu na 2007 r.
Problem w tym, że trudno się odnosić do projektu, który ma przed sobą
młyn, jakim jest debata sejmowa. Niewiele można dobrego powiedzieć o tym
dokumencie. Większość jego elementów martwi: wysoki deficyt, wzrost
wydatków przewyższający inflację, pogarszająca się struktura tych wydatków
kosztem dziedzin prorozwojowych oraz idąca w kierunku jej usztywnienia.
Wiadomo już, okres wzrostu nie będzie wykorzystany do przeprowadzenia
reform. Wzrostu, który może stracić na dynamice szybciej niż się obecnie
sądzi. Już rewizja danych o wymianie handlowej sprawiła, że faktycznie
dynamika PKB będzie kilka dziesiątych procenta niższa od wcześniejszych
szacunków.
Największym problemem naszego rynku w tej chwili jest uciążliwa
konsolidacja. Jak widać na wykresach na podobnym poziomie cen przebywamy
już ponad trzy miesiące. Jeśli odejmiemy krótką chwilę większych wahań w
końcu wiosny, to faktycznie konsolidacja trwa cały bieżący rok. Wskaźniki
oceniające siłę trendu (wzrost lub spadzony w sierpniu, ale nie doszło nawet do jego
testu Wykres_2.gif W czwartek ceny skoczyły w górę. W piątek udało się je
utrzymać na wysokim poziomie, ale oba dni znacząco nie wyróżniały się
aktywnością. Tym samym nie był to silny atak popytu, ale raczej próba
przedłużenia konsolidacji. Trudno po takiej akcji oczekiwać brawurowych
zakupów. Podaż też nie jest święta. Ograniczenia są znane i pozostaje
tylko czekać, aż któreś zostanie pokonane.
Kamil Jaros
[email protected]