Michał Lorenc, były prezes Optimusa, długi czas "dla dobra śledztwa" nie chciał ujawnić, co naprawdę stało się w spółce pod jego rządami. W końcu jednak zdecydował się opowiedzieć "Parkietowi" (czytaj str. 4-5), jak doszło do "wywłaszczenia" największego akcjonariusza i znanego inwestora Zbigniewa Jakubasa oraz przejęcia kontroli nad przedsiębiorstwem przez Michała Dębskiego, prezesa skierniewickiej Zatry.
Nasz tekst wyjaśnia sprawę Optimusa. Wiemy wreszcie, na czym polegał mechanizm przestępstwa. Opowieść Lorenca jest spójna i logiczna. Z jednym może, zrozumiałym, wyjątkiem - kiedy mówi o sobie. O dobrych chęciach, z powodu których nie informował właściciela o kulisach podwyższenia kapitału i adresatach nowych akcji, o nieznajomości prawa, w tym kodeksu spółek, i o niemalże przypadkowym wykryciu fałszerstwa.
Aktualny prezes Optimusa, a wtedy współpracujący z Lorencem dyrektor Piotr Lewandowski, "po łebkach" odpowiedział na nasze pytania. Zapewnił jednak, że nie sfałszował uchwały rady nadzorczej, na podstawie której spółka wyemitowała nowe akcje i dostała się w ręce M. Dębskiego. Zaapelował o... rozsądek. Obawiam się jednak, że to apel spóźniony i źle zaadresowany.
Wczoraj Lorenc i Lewandowski zostali zatrzymani. To jeszcze nie dowód, że mijają się z prawdą, kiedy mówią o własnej roli w jednej z najgłośniejszych afer giełdowych. Ktoś jednak - z pewnością nie krasnoludki - musiał sfałszować uchwałę i w pewnym sensie ukraść akcjonariuszom ich własność.
Tak więc nasz artykuł - choć wyjaśnia sprawę Optimusa - nie stawia kropki nad i. Tę musi postawić sąd. Przyznaję jednak - artykuł nie daje odpowiedzi na pytanie, jak to w ogóle możliwe, że coś takiego miało miejsce; na co liczył ktoś, kto w biały dzień, bez żenady dokonywał rozboju na spółce i jej właścicielach? Czy to była głupota, czy absolutne poczucie bezkarności? Niestety, przychodzi mi do głowy tylko jedna odpowiedź - przez lata narastało przekonanie, że na rynku kapitałowym można zrobić niemal wszystko, bez obaw o konsekwencje. Wszystkim się wydawało - dodajmy, nie bez powodu - że każda sprawa utknie w zbiurokratyzowanym urzędzie nadzoru, w nie znającej się na rzeczy prokuraturze, a w ostateczności - w sądzie, który bez twardych dowodów, najlepiej modnych ostatnio nagrań audio-wideo i przyznania się do winy, nie odważy się na ostrą reakcję.