Poniedziałkowa "Gazeta Prawna" doniosła, że najpoważniejszym kandydatem na prezesa PKO BP jest Ireneusz Fąfara, długoletni członek zarządu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych ds. ekonomiczno-finansowych. Gdyby ta informacja się potwierdziła, wiceszefowi ZUS należałyby się gratulacje. W końcu po ośmiu "chudych" latach walki z chronicznym deficytem większości zarządzanych przez siebie funduszy, trafiłby na "dojną krowę". Ciekawe jak się czuje ktoś, kto niedobór 20-30 mld zł zamienił na nadwyżkę - 2 mld zł, a może nawet więcej.

Zainteresowanie, kto zostanie prezesem "największej" rzekomo instytucji finansowej w kraju, jest naturalne. Równie zagadkowy jest brak troski o największy de facto taki podmiot - a więc ZUS. Czym bowiem są przychody PKO BP wobec przychodów samego tylko Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, przekraczające 114 mld zł?

Nie wiem, czy Ireneusz Fąfara zostanie prezesem banku. Nie chcę przesądzać, czy i jak zostaną ocenione jego osiągnięcia w Zakładzie (bądź co bądź jest tam od 1998 r.). Nie wiem też, czy jego wcześniejsza kariera w Banku Energetyki to wystarczające portfolio, by zająć fotel w biurze przy ul. Puławskiej w Warszawie.

Zastanawia mnie natomiast, kto go ewentualnie zastąpi. Kto nauczy się obowiązkowej w ZUS "hierarchii dziobania" - określającej, komu najpierw Zakład wypłaca pieniądze. Kto zmierzy się z niespotykanym nigdzie indziej w takiej skali brakiem płynności? Kto powie wreszcie politykom: panowie, nie mamy więcej kasy? To dopiero wyzwanie dla finansisty. Ale czy rząd będzie chciał takiego znaleźć?