Vivendi, które przez ostatnie dwa lata na różne sposoby próbowało odzyskać Erę (szacuje wartość inwestycji na ok. 2 mld euro), procesuje się z Elektrimem m.in. przed londyńskim trybunałem. - Chodzi o kary umowne - wyjaśnił krótko Zygmunt Solorz-Żak.
Z naszych informacji wynika, że między 19 i 28 marca w Londynie może dojść do rozstrzygnięcia, czy i ile powinien zwrócić Francuzom Elektrim. Byłby to zatem ostatni etap londyńskiego procesu o Erę.
Zaczął się sporem o to, czy i w jakim zakresie ważna jest tzw. Trzecia Umowa Inwestycyjna (TUI) zawarta między Elektrimem a Vivendi. Kilka lat temu Elektrim wniósł pakiet 48 proc. udziałów operatora sieci Era do ET, a następnie przekazał Francuzom kontrolę nad tą firmą. Transakcję oprotestował niemiecki udziałowiec Ery - Deutsche Telekom. W 2004 r. Trybunał Arbitrażowy rozstrzygnął spór między Elektrimem i DT. W efekcie DT uważa się dziś za właściciela 97 proc. udziałów Ery i od listopada uwzględnia jej wyniki w swoich sprawozdaniach finansowych.
Elektrim przekazał francuskiemu koncernowi kontrolę nad ET, przenosząc 2 proc. udziałów ET na firmę Ymer Finance, kojarzoną z Francuzami. Vivendi zobowiązywało się, że wystąpi o zgodę na przejęcie kontroli do odpowiednich organów, a Elektrimowi miało przysługiwać miejsce w zarządzie ET. Francuzi nie wywiązywali się z tych deklaracji, na co powołał się Elektrim wypowiadając im umowę w 2003 r.
Vivendi domagało się uznania, że TUI obowiązuje częściowo, a Elektrim - że nie jest ważna, albo, że obowiązuje w całości, a nie wybiórczo. Trybunał orzekł już, że TUI zawsze była ważna, co daje Francuzom możliwość dochodzenia odszkodowania od "Elka". Jest w niej też zapis mówiący, że gdyby Elektrim wyrokiem arbitrażu odzyskał udziały w Erze, to jest zobowiązany je przenieść z powrotem do ET. - Nie można przenieść czegoś, czego się nie ma - skomentował Zygmunt Solorz-Żak.