wypowiedzi członków Fed (w zamierzeniu korygujących wspomniany błąd w
odczycie intencji), gdzie ponownie na pierwszy plan wysuwana była groźba
wzrostu inflacji, oraz gdzie przeważała opinia, że gospodarka USA podda
się "miękkiemu lądowaniu". Rynek obawiał się, że na "miękkim lądowaniu"
się nie skończy.
W tym dość ciekawym okresie "dyskusji" rynku i analityków z Fedem głos
zabrał Alan Greenspan. Zdanie o tym, że gospodarce grozi recesja
zagrzmiało siłą niespotykaną, co szybko przełożyło się na rynki.
Greenspanowi zarzucono wtrącanie się w kwestie, które już go nie dotyczą,
co raczej dziwi biorąc pod uwagę, że jest to niekwestionowany autorytet w
dziedzinie ekonomii, a więc kneblowanie mu ust byłoby jedynie stratą. Inna
sprawa, że ta, a także późniejsze wypowiedzi Greenspana są znacznie
bardziej wyrazistsze niż te, które mieliśmy okazję poznawać, gdy był on
szefem Fed. Wiele osób nawet mu to zarzuca i odczytuje to jako atak na
obecne poczynania Fed. Także i tym razem nie można się z tym zarzutem
zgodzić, gdyż wcześniejsze skomplikowane wypowiedzi Greenspana, gdy
szefował Fed (tzw. greenspeak), miały właśnie charakter wypowiedzi nie
osoby prywatnej, ale szefa banku centralnego. Każde wystąpienie musiało
być zbilansowane i dokładnie przygotowane, gdyż mogło być wyrazem (zdanuż wyżej rozjazd między intencjami,
a dokonany przez rynek odczytem zmiany treści komunikatu po jednym z
zimowych posiedzeń FOMC.
Ostatnie tygodnie pokazują, że rynek ponownie zaczyna akceptować fakt, że
dla Fed to nadal inflacja jest głównym zagrożeniem i będzie z nią walczył
nawet kosztem perturbacji we wzroście gospodarczym. Taka zmiana przychodzi
tym łatwiej, że te perturbacje wydają się w tej chwili być mniejsze, niż
wcześniej się obawiano. Rynek zaczyna powoli przyjmować do wiadomości, że
problemy związane z nieruchomościami nie wyleją się na pozostałe sfery
gospodarki. Ostatnie dane makro sygnalizują, że po bardzo słabym I kw.
kolejne będą już znacznie lepsze, choć oczywiście o kolejnym boomie na
razie trzeba zapomnieć.
Fakt akceptowania możliwości poprawy sytuacji gospodarczej ujawnia się
m.in. we wzroście stóp rynkowych. Inwersja już zniknęła i krzywa powoli
przyjmuje normalny kształt. Analizowane są czynniki mogące wpłynąć na
poziom inflacji, bo to ponownie jest teraz dla rynków najważniejsze.
Ostatnie dane o wydajności oraz kosztach pracy w I kw. potwierdziły
wcześniejsze przypuszczenia, że dobra sytuacja na rynku pracy w USA musi
mieć swoje przełożenie na płace. Już teraz pojawiają się głosy, że
oczekiwana poprawa sytuacji gospodarczej może pogłębić napięcia inflacyjne.
Nie znaczy to wcale, że zapomniano o zagrożeniach związanych z rynkiem
nieruchomości. Będzie on nadal analizowany, ale głównie pod względem
potencjału jaki daje lub odbiera wielkości potencjalnej konsumpcji. Spadek
cen nieruchomości będzie negatywny nie tylko ze względu na sam spadek
wartości posiadanych przez Amerykanów aktywów i słabsze wyniki spółek
budowlanych, ale także z powodu kurczenia się możliwości zaciągania nowych
kredytów pod zastaw tychże nieruchomości. Ba, problemem w takim wypadku
nie będzie jedynie zmniejszenie się możliwości zaciągania nowych kredytów,
ale także możliwość utrzymania obecnych zobowiązań w sytuacji spadku cen
ich zabezpieczenia.
Nie bez znaczenia jest też fakt wzrostu stóp procentowych. W ostatnich
dniach mieliśmy niemal histerię na amerykańskim rynku długu. W ciągu dwóch
dni rentowność obligacji 10-letnich skoczyła o 20 pkt. bazowych. Wzrost
rentowności ponad poziom 5,24% będzie uznane za wybicie z kanału (odsyłam
do poprzedniej Weekendowej). Nie musi to jednak jeszcze oznaczać szybkiego
wzrostu stóp procentowych już w najbliższym czasie. Pamiętajmy, że mowa tu
o trendzie trwającym 20 lat. Zatem szybki wzrost rentowności obligacji do
poziomu 6, czy jak mówią niektórzy 7% nie jest przesądzony. Zresztą, by w
ogóle oczekiwać tej zwyżki należy poczekać na przekroczenie wspomnianej
wartości 5,24%.
Spadek cen obligacji w USA ma negatywny wpływ oczywiście i na nasz rynek.
Wzrost rentowności w Stanach osłabia konkurencyjność polskich aktywów.
Wymusza wzrost ich rentowności w calu utrzymania inwestorów. Efektem jest
spadek cen akcji i obligacji oraz osłabienie notowań złotego.
Myślę, że rynek obligacji w USA jest bliski przesilenia i pewnie nastąpi
tam uspokojenie. Zmiana nastawienia już jednak nastąpiła i przypuszczenia,
że rynek jeszcze oczekuje słów mających uwiarygodnić możliwą obniżkę stóp
procentowych jest po prostu błędne. Rynek skupiony ponownie na inflacji
będzie szukał zagrożeń, które mogłyby przyspieszyć inflację i skłonić Fed
do dalszego zacieśniania polityki pieniężnej. Rynek zrozumiał, że Bernanke
nie martwi się teraz o stan gospodarki w takim stopniu, w jakim nadal
martwi się o inflację.
Po wzroście cen 1 czerwca wskazysłabości rynku mieliśmy
na początku piątkowej sesji. Sesji wyjątkowej, gdyż zaczęła się nisko, ale
skończyła w lepszych nastrojach, a co ważne przy znacznym obrocie. Czy
można uznać, że popyt wybronił się przed sygnałem sprzedaży? Z pewnością,
bo wsparcia na razie pozostają nietknięte. Nadal pierwszym poziomem ważnym
dla posiadaczy długich pozycji są okolice 3540 pkt, a niżej luka hossy na
3400 pkt. ( Wykres_1.gif ). Jej zamknięcie może być już także sygnałem dla
graczy o średnim i dłuższym terminie inwestycyjnym. Mimo ostatniej
przeceny, wiele nowego na wykresie tygodniowym się nie wydarzyło
( Wykres_2.gif ). To tylko pokazuje, że warto utrzymywać zimną krew i być
konsekwentnym w realizacji wcześniejszych istaleń.
Kamil Jaros