wykres tygodniowy załączony obok (Wykres 1), by uzmysłowić sobie, że to
wydarzenie było jedynie epizodem. Skoro takie emocje dotyczyły w sumie
średniej wielkości przeceny, to co będzie, gdy rynek zacznie bessę z
prawdziwego zdarzenia i tak szczęśliwych powrotów, jak ten wrześniowy, nie
będzie?
Proszę mi wierzyć, nie mam zamiaru nikogo straszyć. Nie opisuję tu jakiś
wydumanych historyjek. Wystarczy cofnąć się wstecz o kilka lat. Naprawdę
nie trzeba daleko szukać. Skoro w czwartek 16 sierpnia na rynku mieliśmy
wg wielu komentatorów panikę, to co można powiedzieć o tym, co wydarzyło
się w 2000 i 2001 roku? Przecież te dwa ruchy cen są nieporównywalne. W
sierpniu jedynie zasmakowaliśmy tego, co może się wydarzyć, jeśli rynek
rzeczywiście wejdzie w fazę spadków. To była okazja, by zobaczyć, a dla
części zapewne również wyczuć, przysłowiowy czubek góry lodowej emocji i
frustracji, jakie się pojawiają gdy rynek zmienia kierunek wbrew
oczekiwaniom inwestora.
Ostatnie lata hossy zdemoralizowały inwestorów. W trakcie wzrostów
pojawiła się znaczna grupa graczy, którzy nadal nie mają doświadczenia w
radzeniu sobie z długotrwałym spadkiem cen. Demoralizacja zaszła tak
daleko, że nawet część, zdawałoby się, zaprawionych w bojach ludzi
pozwoliło sobie na mocne określenia dla lipcowo-sierpniowegsymizmu był tak
wysoki, że skłaniał do zleceń kupna.
Myślę, że było to porównanie zbyt daleko idące i dokonane tylko dlatego,
by pokazać, jak sprytny był Goldman Sachs inwestując 2 mld dolarów w dołku
przeceny. Dla Hulberta jest to przykład potwierdzający kotrariańskie
podejście do rynku. Szybki zarobek 320 mln dolarów (bo tyle w ciągu
miesiąca zarobiło wspomniane 2 mld dolarów) robi wrażenie, choć trzeba
przyznać, że ta inwestycja obarczona była znacznym ryzykiem. Tym razem się
udało. Nickowi Neesonowi, który w podobne zagrywki angażował pieniądze
Barings, to się nie udało. Nikkei wbrew nadziejom młodego tradera spadał
dalej, aż bank zbankrutował i został przejęty za 1 funta przez ING.
Takie samo ryzyko wiązało się z utrzymywaniem pozycji w chwili kreślenia
dołka. Nie ma tu różnicy między tym, kto w danej chwili wchodzi na rynek,
a tym, który jest już na rynku. W pewnym momencie obaj są zaangażowani, a
więc wynik ich inwestycji od tego momentu w podobnym stopniu zależy od
zmiany cen. Oczywiście przy uwzględnieniu stopnia dźwigni. Każdy, kto
przetrzymał dołek i utrzymał pozycję do teraz może stać zadowolony u boku
traderów z Goldman Sachs. Pytanie, na ile było to zachowanie już wcześniej
skalkulowane, a ile było w tym zaciskania zębów i trzymania kciuków "za
odbicie". Tym razem strategia przetrzymania się opłaciła. Warto z tego
wyciągnąć wnioski i powinny być one odległe od tezy, że "każdy spadek da
się wytrzymać". Nie każdy.
Ubiegły tydzień upłynął nam najpierw na czekaniu, a potem na reagowaniu na
decyzję FOMC o obniżeniu stóp procentowych w USA. Spadła stopa funduszy
federalnych oraz po raz kolejny stopa dyskontowa. Rynek przyjął tą
informację z radością, co zaowocowało skokiem cen. Radość jest tym
większa, że ostatnie słabsze dane dotyczące amerykańskiej gospodarki są
podstawą dla inwestorów do oczekiwań kolejnego cięcia. Dzięki temu ceny
akcji wzrosły, a indeksy zbliżyły się do swoich rekordów tej hossy.
Jak widać, perspektywa obniżki stóp procentowych jest w tej chwili
ważniejsza od tego, co te obniżki spowodowało. Z jednej strony mamy
alarmistyczne prognozy i obawy o sytuację w gospodarce, a z drugiej
notowania akcji bliskie rekordom. Cały czas mam wrażenie, że mówimy dwóch
różnych światach. Jest tylko kwestią czasu, gdy ten rozjazd zostanie
skorygowany. Kto ma racje? Inwestorzy pompujący ceny akcji, czy Fed
obawiający się negatywnych skutków osłabienia na rynku nieruchomości
(trzeba bowiem pamiętać, że właśnie tu tkwi źródło problemów z kredytami
typu subprime)? Myślę, że większy stopień racjonalności ma decyzja FOMC, a
więc istnieje ryzyko, że to raczej rynek będzie się do niej dostosowywał.
Ostatnia świeca na wykresie tygodniowym ( Wykres_1.gif ) wygląda bardzo
obiecująco. Jest tylko jeden problem. Ta świeca to tak naprawdę tylko
jedna, środowa, sesja. Po silnym wzroście po decyzji FOMC popyt podniósł
ceny już w relatywnie niewielkim stopniu. Na pocieszenie posiadaczy
długich pozycji trzeba stwierdzić, że podaż nie była na tyle silna, by
ponownie obniżyć poziom cen. W efekcie mamy konsolidację po wzroście
( Wykres_2.gif ) co daje pewną przewagę bykom. Bezpośrednie sąsiedztwo
lipcowych rekordów onieśmiela kupujących. Nastroje są dalekie od
optymizmu. Z ankiety zbieranej na potrzeby wyznaczenia Wigometru wynika,
że tylko 7% badanych liczy na wzrost indeksu WIG20 w tym tygodniu. Nie
znaczy to jeszcze, że nie dojdzie do testu rekordowych poziomów, choć jak
widać, wielu pozostaje sceptykami, że taka próba zakończy się sukcesem.
Paradoksalnie ten brak optymizmu m