Weekendowa 2007-12-26
Choinka nadal pachnie (jeśli pokusiliśmy się o zakup świerku), w lodówce zalegają pozostałości po kolacji wigilijnej i już zgasły pierwsze emocje związane z prezentami. Wracamy powoli do codzienności z lekkim uciskiem w okolicy żołądka zastanawiając się, czy tego makowca nie było jednak zbyt wiele. Trzeba nam będzie zdobyć się na jeszcze dwa dni wysiłku, by ponownie poddać się nastrojom. Tym razem sylwestrowo-noworocznym. Dwa dni trzeźwego umysłu i diety naprawiającej skutki corocznego świątecznego obżarstwa.
Niestety coroczna rutyna menu na stole, a także "Szklana pułapka" w telewizji nie pozwalają nam w pełni zapomnieć tego, co wydarzyło się w ostatnim czasie, ani oderwać od powracających obaw o to, co może się jeszcze wydarzyć. W prasie już od jakiegoś czasu karmieni jesteśmy prognozami dotyczącymi najbliższej i nieco dalszej przyszłości. Zestawienia proroctw na 2008 rok mają nam dać poczucie bezpieczeństwa. Skoro ktoś coś prognozuje to znaczy, że są tacy, którzy wiedzą, a skoro oni wiedzą to i ja będę, bo ich wiedza właśnie ukazała się w postaci artykułu w gazecie.
Te przepowiednie z przełomu roku przypominają niepisaną umowę, że grudzień i początek stycznia to sezon na wróżki. Mamy zapomnieć o tym, że nikt tak naprawdę nie wie, co się wydarzy, a próba prognozowania ma jedynie działanie uspokajające. Widać to zresztą po samych prognozach. Większość z nich nie różni się za bardzo od prostego dodania do aktualnych wartości wielkości prognozowanych czynnika inflacji, czy też dynamiki PKB. Rzadko się zdarza, by prognozy były odważniejsze i sugerowały pojawienie się większego ruchu, a przecież wielkości rynkowe mogą zmieniać się bardzo dynamicznie. Jeśli już pojawi się jakaś prognoza, która wskazywałaby na większy ruch zaraz jest wyłapywana przez media. Z całej tej ostrożnej papki, z której nic nie wynika, wyróżnia się news. Ostatnio głośno było o prognozie Saxo Banku dotyczącej możliwych zmian w 2008 roku. Każdy już wie, że Saxo straszy ropą po 175 dolarów za baryłkę, spadkiem cen akcji w Chinach o 40 proc., czy indeksu S&P500 o ponad 20 proc. Co ciekawe, wydaje się, że przedstawiciele Saxo sami podchodzą do tych rewelacji z dystansem i nie traktują ich poważnie stwierdzając, że są one "niepewne" (są inne?) i mają raczej skłonić do przemyśleń. Dodajmy też, że dzięki tym wiadomościom Saxo Bank przez jakiś czas był na czołówkach serwisów, co miało również swój efekt marketingowy.
Czy prognozy są w ogóle potrzebne? Mogą się przydać, ale jeśli przyjmiemy, że zawierają pewien spis szans i zagrożeń, ale bez pewności, czy ta czy inna szansa, czy też to czy inne zagrożenie faktycznie wystąpi. Dobrym przykładem może tu być amerykański rynek nieruchomości. Czy załamanie na rynku kredytów hipotecznych było zaskakujące? Tylko jeśli chodzi o datę. Niewielu miało wątpliwości, że prędzej, czy później taka sytuacja może się wydarzyć. Szybki wzrost cen amerykańskich domów i pompowana dzięki niemu konsumpcja to był domek z kart, który musiał w pewnym momencie runąć. Straszono tym nie tylko na początku tego roku, ale i poprzedniego. To było poważne zagrożenie, ale nikt nie wiedział kiedy ono faktycznie się ujawni.