Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 16.12.2007 12:20

Weekendowa 2007-12-26

Choinka nadal pachnie (jeśli pokusiliśmy się o zakup świerku), w lodówce zalegają pozostałości po kolacji wigilijnej i już zgasły pierwsze emocje związane z prezentami. Wracamy powoli do codzienności z lekkim uciskiem w okolicy żołądka zastanawiając się, czy tego makowca nie było jednak zbyt wiele. Trzeba nam będzie zdobyć się na jeszcze dwa dni wysiłku, by ponownie poddać się nastrojom. Tym razem sylwestrowo-noworocznym. Dwa dni trzeźwego umysłu i diety naprawiającej skutki corocznego świątecznego obżarstwa.

Niestety coroczna rutyna menu na stole, a także "Szklana pułapka" w telewizji nie pozwalają nam w pełni zapomnieć tego, co wydarzyło się w ostatnim czasie, ani oderwać od powracających obaw o to, co może się jeszcze wydarzyć. W prasie już od jakiegoś czasu karmieni jesteśmy prognozami dotyczącymi najbliższej i nieco dalszej przyszłości. Zestawienia proroctw na 2008 rok mają nam dać poczucie bezpieczeństwa. Skoro ktoś coś prognozuje to znaczy, że są tacy, którzy wiedzą, a skoro oni wiedzą to i ja będę, bo ich wiedza właśnie ukazała się w postaci artykułu w gazecie.

Te przepowiednie z przełomu roku przypominają niepisaną umowę, że grudzień i początek stycznia to sezon na wróżki. Mamy zapomnieć o tym, że nikt tak naprawdę nie wie, co się wydarzy, a próba prognozowania ma jedynie działanie uspokajające. Widać to zresztą po samych prognozach. Większość z nich nie różni się za bardzo od prostego dodania do aktualnych wartości wielkości prognozowanych czynnika inflacji, czy też dynamiki PKB. Rzadko się zdarza, by prognozy były odważniejsze i sugerowały pojawienie się większego ruchu, a przecież wielkości rynkowe mogą zmieniać się bardzo dynamicznie. Jeśli już pojawi się jakaś prognoza, która wskazywałaby na większy ruch zaraz jest wyłapywana przez media. Z całej tej ostrożnej papki, z której nic nie wynika, wyróżnia się news. Ostatnio głośno było o prognozie Saxo Banku dotyczącej możliwych zmian w 2008 roku. Każdy już wie, że Saxo straszy ropą po 175 dolarów za baryłkę, spadkiem cen akcji w Chinach o 40 proc., czy indeksu S&P500 o ponad 20 proc. Co ciekawe, wydaje się, że przedstawiciele Saxo sami podchodzą do tych rewelacji z dystansem i nie traktują ich poważnie stwierdzając, że są one "niepewne" (są inne?) i mają raczej skłonić do przemyśleń. Dodajmy też, że dzięki tym wiadomościom Saxo Bank przez jakiś czas był na czołówkach serwisów, co miało również swój efekt marketingowy.

Czy prognozy są w ogóle potrzebne? Mogą się przydać, ale jeśli przyjmiemy, że zawierają pewien spis szans i zagrożeń, ale bez pewności, czy ta czy inna szansa, czy też to czy inne zagrożenie faktycznie wystąpi. Dobrym przykładem może tu być amerykański rynek nieruchomości. Czy załamanie na rynku kredytów hipotecznych było zaskakujące? Tylko jeśli chodzi o datę. Niewielu miało wątpliwości, że prędzej, czy później taka sytuacja może się wydarzyć. Szybki wzrost cen amerykańskich domów i pompowana dzięki niemu konsumpcja to był domek z kart, który musiał w pewnym momencie runąć. Straszono tym nie tylko na początku tego roku, ale i poprzedniego. To było poważne zagrożenie, ale nikt nie wiedział kiedy ono faktycznie się ujawni.

Reklama
Reklama

Teraz analitycy się ścierają o to, jak głęboko to załamanie zabrnie i jakie będzie miało skutki dla amerykańskiej gospodarki. Czy ta wejdzie w recesję? Rzucane są procenty szans. Raz 30, raz 40, a innym razem 50 proc. Wszyscy chodzą jak dzieci we mgle, a część stara się robić dobrą minę. Faktycznie jednak większość ma nadzieję, że sytuacja jakoś się sama unormuje. Teraz liczy się głównie na polepszające się wyniki spółek. Podobno IV kw. 2007 roku ma być już znacznie lepszy od fatalnego, zdaniem komentatorów, III kw. 2007. Tak, fatalnego, choć jak pamiętamy, globalnie zyski amerykańskich spółek wzrosły. Analitycy wierzą w moc procesów restrukturyzacji i programów naprawczych, które mają po problemy ze zbytem, ale również ze znacznie droższym finansowaniem działalności. Wyższych kosztów finansowych nie da się szybko zredukować, a i standardowe programy restrukturyzacji trochę trwają, a więc oczekiwanie, że w ciągu najbliższych kwartałów wyniki spółek powrócą na ścieżkę dwucyfrowego wzrostu, może okazać się jedynie pobożnym życzeniem.

Tak jak wcześniej możliwość załamania na rynku nieruchomości była poważnym zagrożeniem, które odkładano na później, i które cały czas było jedynie zagrożeniem, tak teraz podobną funkcję spełnia możliwość załamania na chińskim rynku akcji. Większość ma świadomość, że mamy tam do czynienia z bańką spekulacyjną. Tempo wzrostu cen akcji jest tam zabójcze i przypomina pierwsze lata naszego rynku. Chiński bank centralny, jakby pod choinkę, zafundował kolejną podwyżkę stóp procentowych, która przez rynek została właściwie zignorowana. Ten brak wyczucia rynku na złe wiadomości, to z jednej strony oznaka przewagi popytu, ale z drugiej zapowiedź, że nadchodzi moment skumulowanej reakcji na te dotychczas ignorowane wieści. Pytaniem otwartym jest tylko, kiedy. Tu właśnie pojawiają się różne opinie budowane na wielu przesłankach. Wnioski z tego są jednak takie, że nikt tego nie wie. Zapewne, jak już zacznie się ten spadek to pojawi się ktoś, kto "miał rację". Pytanie tylko, jakie to ma znaczenie dla nas w tej chwili?

Zamiast z wypiekami na twarzy czytać kolejne prognozy tego, co ma się wydarzyć w nadchodzącym roku, skupmy się na teraźniejszości. Czytanie horoskopów jest może i zabawne, ale wiele pożytku nikomu nie przyniosło. Więcej zyskamy, gdy skupimy się na sobie. Zamiast telewizji i "Samych Swoich" może lepiej wybrać się na spacer i dotlenić? Jestem pewien, że to nam bardziej pomoże, niż lektura o ile to nie wzrośnie cena ropy, lub spadnie cena akcji. Świat nie jest aż tak uporządkowany, by sobie pozwolić na komfort myśli, że przyszłość jest znana choćby tylko w zarysach.

Jakie ma dla nas znaczenie, że jakiś pan w telewizji na tle logo firmy, którą reprezentuje, mówi o tym, że ryzyko recesji w Stanach Zjednoczonych wynosi 50 proc.? Czyli mamy sobie rzucić monetą, by się przekonać? To tylko pokazuje, że nie pan jest tu ważny i nie jest ważne, co ten pan mówi. Ważne jest tło i dobrze oświetlone logo. "To tylko przedstawienie" - mówi Robert De Niro we "Wściekłym byku". Ma przykuć uwagę, wywołać emocje i sprawić, że zapamiętamy. Jeśli nie pana, to chociaż logo.

Jaki był rok, który się powoli kończy? Płaski. Dobrze widać to na wykresie tygodniowym ( Wykres_1.gif ). Nie chodzi tylko o to, że wartość indeksu z początku roku jest zbliżona do wartości z jego końca, ale też o to, że ekstrema roczne nie odbiegają znacząco od tych poziomów. Przed świętami byliśmy blisko wyjścia pod poziom linii trendu wzrostowego. Wprawdzie nie zmieniłoby to oceny roku 2007, ale wpłynęłoby na ocenę szans na rok 2008. Na razie do przebicia tej linii nie doszło ( Wykres_2.gif ), a więc strona popytowa nadal utrzymuje niewielką przewagę. Ta przewaga wynika także z faktu, że po wieloletniej hossie mamy właśnie konsolidację, a nie dynamiczny spadek cen. Normalnie należałoby czekać na wybicie, ale skala tej konsolidacji jest na tyle duża, że spokojnie możemy się pokusić o grę w jej zakresie. Ze świadomością, że rynek może się poruszać relatywnie dynamicznie. Najbliższe dwie ostatnie sesje tego roku niewiele zmienią w tym obrazie rynku. Na przełamanie wsparcia raczej nie ma co liczyć. Aktywność prawdopodobnie będzie niewielka, a więc i wiarygodność ewentualnego sygnału równie mała.

Weekendowa 2007-12-16

Reklama
Reklama

Przed rozpoczęciem poprzedniego tygodnia nastroje obserwatorów i

uczestników rynków finansowych były bardzo kiepskie. O recesji za oceanem

mówi się coraz głośniej, a oczekiwania co do skali obniżek stóp

procentowych, jakich ma poddobieństwo obniżenia stóp procentowych na styczniowym posiedzeniu

FOMC było właściwie pewne na 100 proc. Szansę na kolejną obniżkę po

styczniowej, mającą się pojawić do końca marca, oceniano na ponad 60 proc.

Reklama
Reklama

Oczywiście nikt nie miął wątpliwości, że dojdzie do poluzowania polityki

monetarnej na zbliżającym się posiedzeniu komitetu. Kwestią sporną była

jedynie skala tego poluzowania.

Wydarzenia tego tygodnia pokazały, jak kruche mogą być oczekiwania rynku i

jak kruche są prognozy stawiane na bazie aktualnych danych, a odnoszące

Reklama
Reklama

się do relatywnie dalekiej przyszłości i to w tak newralgicznym momencie.

Obecnie szansa na obniżkę ceny pieniądza w styczniu jest oceniana na nieco

ponad 70 proc., a kolejna obniżka stóp w przeciągu najbliższych trzech

miesięcy jest pewne już tylko w 38 proc. Co zmieniło oczekiwania

inwestorów?

Reklama
Reklama

Gdyby nie pojawiły się inne informacje, taka zmiana mogłaby mieć miejsce,

gdyby na ostatnim posiedzeniu FOMC podjęto decyzję o mocniejszym niż 25

pkt. bazowe poluzowaniu polityki monetarnej. Wtedy rzeczywiście skala

przyszłych ruchów musiałaby być już mniejsza. Tylko, że takiej decyzji nie

podjęto. Ba, po reakcji rynku we wtorek było widać, że to co z siebie

Reklama
Reklama

wypluła amerykańska rezerwa federalna zdecydowanie nie zadowoliło

inwestorów operujących na rynku akcji. Silna przecena po informacji o

obniżeniu kosztu pieniądza o 25 pkt. bazowych wyraźnie wskazywała na to,

że rynek czekał na więcej. Oczywiście, decyzja dotycząca wysokości stóp

procentowych nie była jedynym czynnikiem odpowiedzialnym za spadek cen,

ale można uznać, że go wywołała. Sama skala zmiany to już splot różnych

czynników, z których poziom nastrojów był jednym z wiodących.

Wróćmy jednak do tego co przyniosło posiedzenie FOMC. Stopy obniżono o 25

pkt. bazowych, co już dla części graczy było rozczarowaniem, gdyż liczono

na większą zmianę. Do tego wymowa komunikatu nie była "wystarczająco"

gołębia. Mimo wszystko trzeba przyznać, że nie była też zbytnio

jastrzębia. Wzmianka o ryzyku wzrostu inflacji była dokładnie taka sama,

jak ostatnim razem, co odczytano jako dowód większego skupienia w

działaniach Fed na czynnikach odpowiadających za wzrost gospodarczy.

To dość zachowawcze postępowanie władzy monetarnej skłoniło część

analityków do pierwszych rewizji oczekiwań co do skali przyszłych decyzji

obniżających koszt pieniądza. Dane, jakie pojawiły się w czwartek i

piątek, dopełniły tej zmiany studząc rozgrzane głowy inwestorów liczących

na drastyczne obniżenie stóp procentowych. Prognozy szybkiego spadku ceny

pieniądza do 3,5 proc. wyparowały. Pozostała rzeczywistość, która traci

kolor. Szansę wejścia gospodarki amerykańskiej w fazę recesji ocenia się

na 50 proc. Jak to więc jest, szklanka jest w połowie pusta, czy w połowie

pełna?

Sprzedaż detaliczna wzrosła mocniej niż oczekiwano. To dobry sygnał dla

oceny wielkości konsumpcji, która jak pamiętamy jest dominującym

czynnikiem wzrostu PKB w USA. Lepsza od prognoz była także dynamika

produkcji przemysłowej, choć tu skala "poprawy" była stosunkowo niewielka.

Można przyjąć, że m.in. dzięki tym danym IV kw. ma szansę zakończyć się

wzrostem PKB w tempie przewyższającym 1 proc. Mało? Cóż, jeszcze na

początku tygodnia wiele podmiotów sugerowało, że wzrostu w ogóle nie

będzie, albo że będzie on jedynie symboliczny i wyniesie ok. 0,5 proc.

Oczywiście, nie ma się tu czym zachwycać, ale dzięki temu gospodarka

amerykańska ma szansę uciec przed recesją. Przynajmniej w IV kw. 2007.

Trzeba pamiętać, że prognozy dotyczące I kw. 2008 roku nie są wiele ognozy na przyszłe miesiące nie są wcale lepsze. Mówi się o spadku

liczby rozpoczętych projektów poniżej 1 mln sztuk, czego nie odnotowano

od 1991 roku. Warto wiedzieć, że już teraz liczba noworozpoczętych budów

jest o ok. połowę niższa od wartości szczytowej.

Pewnym pocieszeniem będzie zapewne zaplanowana na czwartek rewizja danych

dotyczących dynamiki PKB w III kw. Ostatnie zmiany w danych z poprzednich

miesięcy pozwalają na podniesienie prognozy wzrostu PKB do ponad 5 proc.

wobec ostatniego szacunku równego 4,9 proc. Pytanie tylko, czy świadomość

lepszej przeszłości jest w stanie rynkom pomóc? Nie jest. Przeszłość jest

już za nami, a rynek przecież żywi się przyszłością.

Głównym czynnikiem, który zadecydował o tym, że zgasły nadzieje inwestorów

na mocniejsze obniżki stóp procentowych, były publikacje wskaźników cen.

Zarówno ten dotyczący produkcji sprzedanej, jak i ten dotyczący towarów

konsumpcyjnych, okazały się wyższe od prognoz. To przypomniało wszystkim o

zagrożeniu inflacją. To przypomniało także o tym, że jeśli zagrożenie

inflacją będzie realne, nici z mocnego luzowania polityki pieniężnej.

Pamiętamy, że głównym celem polityki pieniężnej jest dbałość o niską

inflację. Gdy ta wykazuje oznaki powiększania się, władze monetarne

powinny reagować. Obecnie mamy dość nieszczególny czas, gdy oczekuje się

od tych władz pomocy. Ta stara się jak może. Ruszył program pompowania

kolejnych miliardów dolarów w sektor bankowy, by pomóc mu odzyskać

zadawalający poziom płynności. Przypomnimy, że do tej pory już dokonano

kilku obniżek stóp procentowych. Wszystko to razem generuje impuls

monetarny, który w późniejszym okresie może przerodzić się w napięcia

inflacyjne. Wysoka obecnie inflacja powstrzymuje zbyt wygórowane

oczekiwania dotyczące skali zaangażowania FOMC w proces poprawy dynamiki

wzrostu gospodarczego.

Wszyscy wiemy, że wskaźniki PPI i CPI nie są idealnymi miarami dynamiki

zmian cen. Idealnej miary nie ma, ale są lepsze od tych dwóch. Jedną z

nich jest wskaźnik wydatków konsumenckich (PCE), który (w wersji bazowej)

uchodzi w oczach inwestorów za najbardziej wiarygodną miarę inflacji, z

jakiej korzysta Fed. Wyższe wartości PPI i CPI sugerują, że i PCE będzie

sygnalizował wyższy wzrost cen. Przekonamy się o tym w piątek. Prognozy

rynkowe mówią o wartości PCE core wynoszącej 2,0 proc., co odpowiada

górnej granicy dopuszczalnego w opinii Fed zakresu zmian cen. Skąd więc

oczekiwania na dalsze obniżki skoro już teraz inflacja zdaje się być

wysoka? Wiąże się to z przypuszczeniem, że napięcia inflacyjne będą nieco

mniejsze w najbliższym czasie ze względu na spowolnienie gospodarcze.

Decydenci odpowiedzialni za prowadzenie polityki pieniężnej podejmują

obecnie bardzo ryzykowne decyzje. Chcąc pomóc słabnącej gospodarce oraz

przeżywającemu kryzys rynkowi długu uwalniają siły, które za jakiś czas

mogą przerodzić się w wyższą wartość inflacji. Czy gra jest warto

świeczki? To już chyba nie jest kwestia wyboru, ale akcja wymuszona przez

skalę wcześniejszych błędów. Podobnie jak głośny już plan pomocy

kredytobiorcom. Nie udawajmy - to ma pomóc głównie tym, którzy pieniądze

komuś pożyczyli. Pochylanie się z troską nad niedolą dłużników jest

możliwe tylko dlatego, że tych dłużników jest dużo, a jest ich dużo, bo

ktoś im te pieniądze pożyczył mimo braku zdolności kredytowej. Gdyby

chodziło o kilka tysięcy osób nikt by nawet nie zapłakał. Tu jednak chodzi

o setki tysięcy, co sprawia, że problem pośrednio dotyczy większości

Amerykanów, których oszczędności zostały w takie pożyczki zaangażowane.

ne) - Poziom

3800 pkt. okazał się zbyt silnym oporem. Kursy zawróciły już 40 pkt.

niżej. Zejście po dołek z 6 grudnia zamknęło długie pozycje. Teraz

pozostaje czekać na sygnał powrotu do nich, bądź przełamanie

długoterminowych wsparć, co rozpoczęłoby większą falę przeceny.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama