Styczeń przyniósł na warszawskiej giełdzie radykalną zmianę sytuacji. O ile w grudniu WIG z trudem uratował się przed pogłębieniem dołków bessy, to styczeń?kończył ustanawiając ponad 11-tygodniowe maksimum. Wysoka styczniowa stopa zwrotu mocno kontrastuje z tym, co pierwszy miesiąc roku przynosił w poprzednich latach. Przed rokiem WIG nie miał siły ustanawiać nowych szczytów, podobnie było w 2010 r., nie mówiąc już o latach 2008–2009, kiedy styczeń przynosił fale panicznej wyprzedaży akcji (mówiło się o „defekcie stycznia"). Poprzednio tak udany pierwszy miesiąc roku zanotowano w 2007 r., a więc w okresie, kiedy na GPW panowała hossa napędzana przez boom gospodarczy.
Trafna formacja
Skąd takie niewidziane od dawna wysokie stopy zwrotu w minionym miesiącu? Ortodoksyjni zwolennicy analizy technicznej mogą argumentować, że ostatni wyskok w całości można tłumaczyć ukształtowaniem się na wykresie WIG formacji odwróconej głowy z ramionami (jej kluczowe punkty to dołki z 23 listopada, 19 grudnia i 9 stycznia). Jak już pisaliśmy, po przebiciu linii szyi tej formacji indeks wypełnił nawet z pewną nawiązką cały wynikający z formacji potencjał zwyżkowy.
Nadrabianie zaległości
Wytłumaczenie takie, choć trafne, nie oddaje w pełni okoliczności, jakie towarzyszyły styczniowemu rajdowi. Siłą, jaka ciągnęła w górę notowania na GPW, było ożywienie na giełdach zachodnich. Najwyraźniej byki na warszawskim parkiecie stwierdziły, że nie mogą już dłużej ignorować odrabiania strat na Zachodzie. Jeszcze w pierwszych dniach stycznia wskaźnik siły relatywnej WIG względem niemieckiego DAX ustanawiał 2,5-letnie minimum. Wystarczyło, by spadek tego wskaźnika zatrzymał się, a automatycznie pociągnęło to WIG mocno w górę. Nasz rynek i tak ma mimo to spore zaległości względem indeksów zachodnich, które zdążyły powrócić do poziomów z pierwszych dni sierpniowej panicznej wyprzedaży.
Pomogły banki centralne
Z kolei odrabianie strat przez zachodnie indeksy to efekt nałożenia na siebie dwóch czynników. Z jednej strony mieliśmy systematyczny napływ niezłych danych gospodarczych z USA. To sugerowałoby, że amerykańska gospodarka nie przejmuje się zbytnio słabnięciem Europy. Z drugiej strony, wraz z odbiciem cen obligacji zadłużonych po uszy krajów osłabły wyraźnie obawy o losy strefy euro. Tu z kolei można się dopatrywać pozytywnego wpływu zastrzyku płynności ze strony Europejskiego Banku Centralnego. Biorąc też pod uwagę euforyczną reakcję rynków na deklarację gotowości do przeprowadzenia kolejnej rundy luzowania ilościowego (QE) przez amerykański Fed, mamy jasną sytuację – banki centralne są głównymi rozgrywającymi i to od ich działań będzie bardzo wiele zależało, przynajmniej na krótką metę.
Sygnały – wiarygodne czy jeszcze nie?
Mimo to aktualne pozostaje pytanie o to, czy ostatnie ożywienie na dobre przekreśla groźbę kontynuacji bessy. Przecież na wykresie WIG w układzie miesięcznym (czyli obejmującym wyłącznie poziomy z końca miesięcy) grudzień przyniósł nowy dołek bessy. Czy jednomiesięczne odbicie od tego dołka jest wystarczająco wiarygodne, by ogłosić jej koniec? Przecież już w poprzednich miesiącach zdążyliśmy się przyzwyczaić do huśtawki nastrojów. Wystarczy przypomnieć euforię w październiku ub.r., kiedy WIG urósł o 7,6 proc. Po tym najlepszym od dziewięciu lat październiku powróciła jednak kiepska koniunktura, do połowy grudnia sprowadzając indeks w okolice dołka bessy. Może tym razem będzie inaczej?