Komunikaty wysyłane przez europejskich polityków wydają się stawiać sprawę jasno: Europa wreszcie zacznie na poważnie odbudowywać swoje zdolności obronne, by zmniejszyć zależność militarną od „niepewnych” Amerykanów.
– Jesteśmy w erze dozbrajania się. Europa jest gotowa znacznie zwiększyć wydatki na obronność. Zarówno w odpowiedzi na krótkoterminową, pilną potrzebę działania i wsparcia Ukrainy, jak również w celu zaspokojenia długoterminowej potrzeby przyjęcia znacznie większej odpowiedzialności za nasze własne europejskie bezpieczeństwo – zadeklarowała Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej. Przedstawiła też plan o nazwie ReArm Europe. Sprowadza się on do tego, że KE pozwoli państwom członkowskim na zwiększenie wydatków na obronność o łącznie 650 mld euro w ciągu czterech lat. Te wydatki nie będą liczyły się do procedury nadmiernego deficytu. Dodatkowo UE może pożyczyć państwom członkowskim na ten cel 150 mld euro. Podobne sygnały nadchodzą z Niemiec. Przyszły kanclerz Friedrich Merz zapowiedział poluzowanie mechanizmu tzw. hamulca fiskalnego, tak by rządowe wydatki na obronność powyżej 1 proc. PKB nie były objęte restrykcjami. Posypały się też z innych krajów deklaracje o wyższych wydatkach na zbrojenia. Akcje europejskich koncernów zbrojeniowych, takich jak Thales czy Rheinmetall, poszły mocno w górę. Czy ta radość nie jest jednak przedwczesna?