Śmierć prezydenta Iranu Ebrahima Raisiego w katastrofie śmigłowca (oraz ministra spraw zagranicznych Hosseina Amira Abdollahiana oraz siedmiu innych osób) stała się impulsem do osiągnięcia przez cenę złota rekordowego poziomu na początku zeszłego tygodnia. Poza tym reakcje rynków były mocno umiarkowane.

Ryzyko tego, że śmierć prezydenta stanie się impulsem prowadzącym do zaostrzenia konfliktu na Bliskim Wschodzie, szybko zniknęło. Irańskie władze nie obwiniły bowiem za nią bezpośrednio żadnych wrogów zewnętrznych ani wewnętrznych. Wskazały jedynie, że winne są zachodnie sankcje, które sprawiły, że Iran ma trudny dostęp do nowoczesnych śmigłowców. Maszyna, w której zginął Raisi, to amerykański helikopter Bell 212, mający ponad 40 lat. – Jednym ze sprawców tragedii są Stany Zjednoczone, gdyż zabraniają Iranowi sprowadzać potrzebnych części zamiennych. To zostanie zapisane na długiej liście amerykańskich zbrodni przeciwko ludowi irańskiemu – stwierdził Mohammad Zarif, były minister spraw zagranicznych Iranu.

Jeśli jednak ryzyko wojny z udziałem Iranu zostało wyeliminowane, to pojawiło się ryzyko destabilizacji wewnętrznej tego kraju. Wszak 28 czerwca mają się tam odbyć przedterminowe wybory prezydenckie. Przed nimi władze zapewne uniemożliwią start kilku kandydatom, co może doprowadzić do zamieszek.

Kwestia sukcesji

Czerwcowe wybory będą ważne, ale irański prezydent bynajmniej nie jest najważniejszym decydentem w swoim kraju. Ostateczne decyzje zależą od najwyższego przywódcy, którym od 1989 r. jest 85-letni ajatollah Ali Chamenei. Dotychczas uznawano, że chce on uczynić swoim następcą Raisiego. Dotychczasowy prezydent był wszak przez wiele lat jego bliskim współpracownikiem, a w latach 80. zdobył złą sławę w służbie reżimu jako prokurator zwany "rzeźnikiem Teheranu".

Po śmierci Raisiego, eksperci zaczęli wskazywać, że ajatollah Chamenei może uczynić swoim następcą swojego 55-letniego syna Modżtabę. Jest on obecnie jedną z najważniejszych osób w biurze najwyższego przywódcy i bierze udział w zarządzaniu majątkiem wartym wiele miliardów dolarów. W 2009 r. kierował tłumieniem protestów po wyborach prezydenckich.

– Chamenei od dawna pragnął uczynić Modżtabę swoim następcą. Modżtaba jest już głównym aktorem działającym za kulisami. Wewnątrz władz Iranu dają o sobie jednak znać wątpliwości, co do „rządów dynastycznych”. Ta forma rządów była przecież tak mocno odrzucana przez rewolucjonistów, którzy obalili ostatniego szacha – wskazuje Ali Fathollah-Nejad, dyrektor berlińskiego Centrum ds. Bliskiego Wschodu i Porządku Globalnego. Eksperci nie wykluczają więc, że wkrótce w grze pojawią się inne nazwiska potencjalnych następców najwyższego przywódcy.

W krótkim terminie władze skupią się jednak na kwestii tego, kto zostanie następcą Raisiego w fotelu prezydenta. Obecnie tymczasowo pełni tę funkcję pierwszy wiceprezydent Mohammad Mokhber. Jest on również osobą bardzo blisko związaną z ajatollahem Chameneim. W latach 2007–2021 kierował on Setad, czyli wielkim holdingiem należącym do najwyższego przywódcy. W 2013 r. agencja Reutera oceniała aktywa Setad na 95 mld USD. Nowszej ich wyceny niestety nie ma, ale gdyby wartość aktywów tego holdingu się nie zmieniła, to Chamenei plasowałby się obecnie na 16. miejscu rankingu miliarderów Bloomberga, lekko wyprzedzając Amancio Ortegę, właściciela holdingu Inditex.

Irański najwyższy przywódca zgromadził więc dużo większe bogactwa niż obalony w 1979 r. szach Mohammad Reza Pahlavi. W szczycie, w latach 70., majątek szacha szacowano na 3 mld USD, co po uwzględnieniu inflacji stanowiłoby odpowiednik około 19 mld współczesnych dolarów. O ile jednak szachowi zarzucano epatowanie przepychem, to Chamenei buduje wokół siebie wizerunek skromnego, ascetycznego starca. Szach władał Iranem przez 37 lat, a obecny najwyższy przywódca rządzi już prawie 35 lat. Trudno się więc dziwić, że spora część Irańczyków chciałaby jakiejś zmiany, a niektórzy z nich zareagowali na śmierć Raisiego odpalaniem fajerwerków.

Zbliżenie z USA?

Być może to, że irańskie władze nie winią zbyt mocno obcych sił o śmierć prezydenta Raisiego, jest związane z tym, że próbują one sobie ułożyć na nowo relacje z Waszyngtonem. W połowie maja doszło w Omanie do spotkania irańskich oficjeli z dwoma przedstawicielami administracji Bidena – Brettem McGurkiem (głównym doradcą prezydenta ds. Bliskiego Wschodu) i Abramem Paleyem (wysłannikiem ds. Iranu). Rozmawiali oni o tym, jak uniknąć dalszego zaostrzania się konfliktu w regionie.

Wygląda więc na to, że Iranowi mocno obecnie zależy na spokoju. Co prawda w kwietniu dokonał odwetowego ostrzału Izraela za pomocą kilkuset rakiet i dronów, ale znaczna większość jego pocisków nie doleciała do celów. Izrael poniósł minimalne straty, a kilka dni później odpowiedział atakiem na wyrzutnię rakiet przeciwlotniczych w jednej z irańskich baz wojskowych. Za pomocą takiego teatru obie strony „zachowały twarz”. Epizod ten wskazywał również, że Iran nie czuje się na siłach, by angażować się w duży konflikt zbrojny. Może ścierać się z USA czy Izraelem poprzez takich pośredników, jak jemeńscy rebelianci Huti, ale jego kondycja gospodarcza nie pozwala mu na bezpośrednią konfrontację.

Starcia z Iranem nie chce również administracja Bidena, obawiająca się, że konflikt bliskowschodni może doprowadzić do wzrostu cen ropy w roku wyborczym i nasilenia konfliktu w elektoracie demokratów pomiędzy środowiskami propalestyńskimi oraz proizraelskimi. Biden zaczął rządy, obiecując nowe porozumienie z Iranem, i może znów mu chce dać kolejną szansę na poprawę.

Gospodarka irańska potrzebuje poluzowania sankcji

Za dolara płacono w końcówce zeszłego roku na nieoficjalnym rynku w Teheranie, według danych serwisu Bonbast.com, 58 200 tomanów (1 toman to 10 riali irańskich). Kurs więc znacząco się umocnił w ostatnich tygodniach. 13 kwietnia, czyli w dniu irańskiego ataku na Izrael, dochodził on do 67 500 tomanów. Ostatnie lata przyniosły jednak wyraźne osłabienie miejscowej waluty. W maju 2023 r. za 1 USD płacono 51 300 tomanów, rok wcześniej – 30 450 tomanów, w maju 2019 r. – 14 900 tomanów, a w maju 2017 r. – 3750 tomanów. Ta deprecjacja odzwierciedla kiepską kondycję gospodarczą Iranu, która jest skutkiem nie tylko sankcji utrzymywanych przez USA. Iran jest krajem pogrążonym od wielu lat w kryzysie gospodarczym i co jakiś czas mierzącym się z falami protestów społecznych. To, że nie wpadł on w głębszy kryzys, jest głównie zasługą tego, że Irańczycy nauczyli się omijać sankcje i znajdują nabywców na swoją ropę w Chinach.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje, że PKB Iranu wzrośnie w tym roku o 3,3 proc., po tym gdy w zeszłym zwiększył się o 4,7 proc. W obecnej dekadzie Iran doświadcza raczej szybkiego tempa wzrostu gospodarczego, ale towarzyszy temu wysoka inflacja. W lutym 2024 r. wynosiła ona 35,8 proc., a w szczycie z kwietnia 2023 r. – 55,5 proc. Irański PKB na głowę (liczony według parytetu siły nabywczej) wynosi teraz według MFW 21,2 tys. USD, co plasuje ten kraj między Armenią a Brazylią. W 2014 r. sięgał on 16,1 tys. USD, a w 2004 r. 14,2 tys. USD. Iran rozwijał się więc bardzo wolno przez ostatnie dekady. Dla porównania: PKB na głowę w Turcji wzrósł z 13,1 tys. USD w 2004 r., do 24 tys. USD w 2014 r. i do obecnych 43,9 tys. USD. W 1980 r., czyli w rok po obaleniu rządów szacha, irański PKB na głowę wynosił natomiast 5,8 tys. USD, był więc wyższy nie tylko niż w Turcji (3,5 tys. USD), ale również w Polsce (4,8 tys. USD) czy na Tajwanie (3,5 tys. USD), a niewiele niższy niż w Portugalii (6,1 tys. USD). HK