Pierwszą, w latach 1989-2000, napędzała potrzeba budowy sieci sprzedaży – tak powstały Novartis, GSK i AstraZeneca. Drugą, po 2009 r., wywołał oczekiwany w kolejnych latach klif patentowy Lipitoru i Plavixu. Wtedy Pfizer kupił Wyeth, Merck przejął Schering-Plough. Potem jednak branża zmieniła model i zamiast megatransakcji kupowano pojedyncze aktywa i licencje, w ostatnich latach coraz częściej chińskie. Innowacja przeniosła się do małych spółek, więc taniej ją licencjonować niż przejmować całą organizację, która ją wymyśliła. Po co o tym piszę? Ponieważ branża obecnie również stoi w obliczu wielkiego klifu patentowego w najbliższych latach, a na początku sierpnia rynek obiegła informacja, że AstraZeneca rozważa połączenie z Bristol Myers Squibb, co byłoby największą transakcją w historii branży. Po kilku dniach informacja została jednak zdementowana, ale kurs AstraZeneca zdążył wcześniej spaść o 9 proc., najmocniej od 2020 r. (później częściowo strata została odrobiona). To właśnie skłoniło mnie do refleksji, czy temat megafuzji nie wróci na wokandę w najbliższych kwartałach i latach. Nie znam odpowiedzi. Wydaje mi się, że zdecydowanie łatwiej pod wieloma względami jest dużym podmiotom nabywać selektywnie wybrane aktywa – idealnie pasujące do portfela – niż łączyć dwie duże organizacje i później układać wszystko na nowo przez wiele kwartałów i lat. Z drugiej strony czasami trudno jest pojedynczymi transakcjami zasypać dużą oczekiwaną dziurę w przychodach...