Na rynkach zaczyna robić się gorąco szczególnie po wczorajszych danych z USA. Amerykańska gospodarka wygląda na papierze lepiej, niż wcześniej szacowano – PKB w I kwartale został zrewidowany w górę do 2,1 proc. z 1,6 proc. Problem w tym, że za lepszym nagłówkiem nie stoi równie mocna struktura. Kluczowy motor, czyli konsumpcja, praktycznie wyhamował, a wzrost coraz bardziej opiera się na czynnikach technicznych, takich jak niższy import, oraz inwestycjach, w dużej mierze napędzanych boomem na AI. To rodzi pytania o trwałość ożywienia, mimo chwilowego wsparcia fiskalnego na początku II kwartału. Jednocześnie inflacja PCE wróciła powyżej 4 proc., co utrzymuje Fed w trybie „czujności” i podtrzymuje scenariusz podwyżki stóp.

Mimo spadających cen energii, uporczywa inflacja bazowa oraz wciąż solidne wydatki konsumentów komplikują obraz. Gospodarka funkcjonuje więc „na styku” – między dezinflacją a utrzymującą się presją cenową. Mimo że rynek akcji obawia się jastrzębiej polityki K. Warsha, to jednak tych obaw nie widać na rynku obligacji. Rentowności 10-letnich papierów są na miesięcznych minimach. Yieldy mają nad sobą pułapkę hossy na wysokości długoterminowego trójkąta. Zatem na stole leży raczej spadek rentowności niż ich dalszy wzrost. Znów na Wall Street pojawiają się przesłanki za przeceną akcji. Wczoraj DJIA wyrysował spadającą gwiazdę, czyli zaproszenie dla jankeskich baribali do wejścia na parkiet.