Forex

Silne załamanie w Turcji może być jeszcze przed nami

Kamil Maliszewski, ekspert DM mBanku, był gościem Piotra Zająca w piątkowym Parkiet TV. Tematem rozmowy była sytuacja gospodarcza w państwie Erdogana i jej wpływ na globalny ład finansowy.
Foto: parkiet.com

Jakie są pana zdaniem główne przyczyny tureckiego kryzysu?

Na genezę tego kryzysu musimy patrzeć dwutorowo. Pierwszy aspekt to polityka prowadzona przez prezydenta Erdogana od momentu objęcia przez niego władzy, w której deficyt finansów publicznych był zastępowany długiem bankowym. Mam na myśli wzrost zadłużenia, głównie prywatnego, w walutach obcych, sięgający 220 mld USD. To jest właśnie zasadniczy problem – tureckie firmy i banki są zadłużone w euro i dolarach, i dlatego tak mocno uderza w nie to, co dzieje się z kursem liry. Drugi aspekt dotyczy kilku niedawnych wydarzeń, które stały się katalizatorami załamania. Mam tu na myśli m. in. cła nałożone przez USA oraz pogarszające się relacje z Unią Europejską, które zniechęciły do tego kraju inwestorów zagranicznych.

Czy oprócz rosnącego zadłużenia, nadchodzącego kryzysu nie zdradzały też autorytarne zapędy prezydenta Turcji, w tym kontrola nad bankiem centralnym? Tak przynajmniej sugerował w felietonie dla „Parkietu" Tomasz Hońdo, starszy analityk Quercusa TFI.

Zgadzam się. Owa kontrola sprawiała, że bank centralny nie podejmował właściwych decyzji, czyli nie podnosił stóp procentowych. Prezydent Erdogan ma bowiem bardzo oryginalną teorię, według której wysokie stopy prowadzą do wysokiej inflacji. Gdy powiedział to inwestorom na majowym spotkaniu w Londynie, to także zachęciło ich do wyprzedaży tureckich aktywów. Wydaje mi się, że niezależny bank centralny byłby tutaj kluczowy, na co wskazuje chociażby sytuacja w Argentynie, gdzie bank banków podjął zdecydowane działania w obliczu załamanie peso. W Turcji takich działań brak.

A czy z tym katalizatorem załamania to nie jest tak, że Turcja po prostu zaczęła odczuwać rosnący koszt swojego zadłużenia, powodowany jastrzębią polityką Fedu?

Na razie nie ma problemu z obsługą tego długu, a przynajmniej niewiele na to wskazuje. Moim zdaniem główną rolę grały tutaj kwestie geopolityczne – tweety i wypowiedzi Trumpa, uwięzienie amerykańskiego pastora, a także wspomniane cła. Powiedziałbym też, że jak na razie ważniejsze od polityki Fedu były wydarzenia na rynku surowców. Turcja jest importerem tych ostatnich i podobnie jak inne gospodarki wschodzącego cierpiące na ich deficyt, jest wrażliwa na wzrost ceny ropy naftowej. A taki wzrost obserwujemy przecież od prawie dwóch lat.

Wszystko wskazuje na to, że Fed będzie dalej zaostrzał swoją politykę. Czy to może oznaczać, że realne skutki drożejącego długu, a co za tym idzie - ostateczne tąpnięcie, dopiero przed nami?

To jest problem rozłożony w czasie. W krótkim terminie wcale nie zapada wiele z tych papierów, więc Turcy nie muszą tego spłacać natychmiast. Problemy zaczęły by się na przestrzeni od jednego do trzech lat. Trzeba też pamiętać, że nie całe 220 mld USD ma ekspozycję na turecki sektor bankowy. Część tego długu finansowała bezpośrednio inwestycje produkcyjne, nastawione na eksport. Niemniej jednak, Tureckie władze nic nie robią z tym, by ten kryzys zatrzymać, co nie wróży niczego dobrego.

Czy to oznacza, że Turcja będzie takim rynkowym straszakiem przez najbliższych kilka lat? Jak kiedyś Grecja i kraje PIIGS?

Ja jednak brałbym pod uwagę scenariusz, w którym dojdzie do jednego, silnego załamania. Wydaje mi się on realny, głównie w związku z biernością banku centralnego. Nie będę więc zaskoczony, jeśli te szczyty USD/TRY zostaną niebawem przebite i deprecjacja tureckiej waluty będzie postępować. Jak na razie reakcje rynków nie były duże. Trochę odbiło się to na euro, ale na ten moment inwestorzy zdają się stosować podejście „wait and see", a ważniejsze dla globalnego ładu są wciąż kwestie celne.

Hubert Kozieł, dziennikarz „Parkietu" zwracał uwagę w jednym z tekstów, że Turcja to nie jedyny rynek wschodzący, który ma kłopoty. W tym gronie są m. in. Argentyna, Indonezja, RPA. Może kraj Erdogana to tylko pierwsze domino, które zainicjuje upadek całej układanki?

Plus tej sytuacji jest taki, że Turcja jest w niewielkim stopniu powiązana z innymi rynkami. Wprawdzie więcej importuje niż eksportuje, ale dla nikogo nie jest kluczowym rynkiem zbytu. Kluczowym na tyle, by zachwiać czyjąś stabilnością gospodarczą. Z europejskich krajów to Grecja może teoretycznie najbardziej ucierpieć, bo ponad 1 proc. jej PKB to eksport do Turcji. Co do innych rynków wschodzących, każdy z nich ma trochę inne problemy. Trudno mi jednak wskazać jakiś impuls/czynnik, który mógłby spowodować, że jednocześnie we wszystkich doszłoby do załamania. Nawet stopniowe podwyżki stóp w USA. Szacuje się 100 pkt bazowych w górę przekłada się na spadek tempa wzrostu na rynkach wschodzących o ok. 0,6 pkt proc. To jest sporo, ale nie na tyle, by spowodować załamanie. Raczej spowolnienie.

A więc nie ma mowy, by Turcja była zapalnikiem globalnego kryzysu?

Moim zdaniem od strony ekonomicznej jest za mała, by takim zapalnikiem być. Gorzej natomiast w kwestiach geopolitycznych, bo jednak od niej zależy w dużym stopniu kryzys migracyjny, poza tym jest to ważne ogniwo NATO z silną armią i niestety „niespokojnymi" sąsiadami.

W tej kwestii geopolitycznej może pomogą Niemcy.

Faktycznie ostatnio dużo się mówi, że nasi sąsiedzi przygotowują jakiś pakiet pomocowy. Prasa donosiła, że w Berlinie ma się odbyć spotkanie przywódców obu krajów.

Tytułem zakończenia. Czy polski rynek akcji może bardzo odczuć ewentualny, czarny scenariusz dotyczący Turcji?

Rodzime fundusze mają tam około 2 mld zł aktywów i głównie są to fundusze rynku pieniężnego, więc te bezpieczniejsze. Nie jest to więc duża skala. Co do GPW. Jeśli sytuacja w Turcji będzie się pogarszać i reagować słabością będą takie rynki jak niemiecki, to my pójdziemy z tym trendem. DAX jest daleki od szczytów, więc nie jest dla niego obojętna sytuacja w państwie Erdogana. Trudno więc oczekiwać, by u nas było inaczej.


Wideo komentarz