REKLAMA
REKLAMA

Analizy

#TydzieńNaRynkach: Trump w natarciu, Powell na obronie

Amerykański prezydent i szef Fedu, mimo wcześniejszych antagonizmów, nieźle się ostatnio uzupełniają.

Amerykański prezydent Donald Trump wojuje i straszy. Szef Fedu Jerome Powell stara się ratować i uspokajać sytuację na rynkach. Ostatnio obaj nieźle się uzupełniają.

Foto: AFP

Trump wojuje i straszy, Powell stara się ratować i uspokajać sytuację. Wypada trzymać kciuki, by wszystko dobrze się skończyło.

Fed poprawia nastroje

Choć wtorkowe wystąpienie Jerome’a Powella nie zapowiedziało wprost obniżek stóp procentowych, to jednak uczestnicy rynku odczytali jego deklaracje dość jednoznacznie, jako potwierdzające wcześniejsze oczekiwania w kwestii cięcia kosztów pieniądza. Obecnie jako dość prawdopodobny scenariusz przyjmuje się trzy obniżki do początku 2020 r. To oczywiście poważna zmiana, tym bardziej że zaledwie kilka miesięcy temu zastanawiano się, jak wysoko mogą jeszcze pójść stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych. Powell stwierdził jedynie, że Fed jest gotowy do podjęcia działań mających wesprzeć gospodarkę w przypadku pojawienia się niekorzystnych konsekwencji wojen handlowych lub innych zagrożeń. Uważni obserwatorzy zwrócili uwagę na brak w komunikacie dotychczasowego sformułowania o cierpliwości Rezerwy Federalnej w odniesieniu do swych działań, co odczytano jako kolejny wyraźny sygnał wskazujący na łagodzenie kursu polityki pieniężnej. Co do tempa tych działań, wydaje się, że wiele będzie zależało od przebiegu ewentualnego spotkania przywódców USA i Chin, mogącego się odbyć w trakcie czerwcowego posiedzenia państw G20.

W każdym razie wtorkowy przekaz wystarczył, by mocno wstrząsnąć rynkami. Indeksy na Wall Street poszły tego dnia w górę po ponad 2 proc., a Nasdaq Composite wzrósł o 2,7 proc. To najsilniejsze zwyżki od pierwszych dni stycznia. W skali pierwszych czterech sesji minionego tygodnia zwyżka S&P500 sięgała 3,3 proc. i była najsilniejsza od początku grudnia ubiegłego roku, sprzed pamiętnego tąpnięcia. S&P500 znalazł się ponownie zdecydowanie powyżej 2800 punktów, a Dow Jones wrócił nad 25 tys. punktów, sygnalizując możliwość zakończenia trwającej od początku maja spadkowej korekty. Bardzo istotne z punktu widzenia wpływu na inne segmenty rynku finansowego jest osłabienie się amerykańskiej waluty. Co prawda indeks dolara zaczął wyraźnie tracić na wartości już w poprzedni piątek, ostatniego dnia maja, ale tendencja ta była kontynuowana w trakcie kolejnych sesji, choć po wystąpieniu Jerome’a Powella jej dynamika nie była aż tak duża, jak wcześniej. Niemniej jednak do środy Dollar Index zniżkował o 1,2 proc., czyli najmocniej od spadkowej korekty z przełomu kwietnia i maja. Osłabieniem dolara można też tłumaczyć dość nietypowy, biorąc pod uwagę potwierdzenie scenariusza obniżek stóp procentowych, wtorkowy silny wzrost rentowności amerykańskich obligacji skarbowych. Trzeba jednak pamiętać, że od połowy kwietnia rentowność papierów dziesięcioletnich spadła z niemal 2,6 proc. do poniżej 2,1 proc. Po środowym mocno rozczarowującym raporcie ADP dotyczącym liczby nowych miejsca pracy dolar jeszcze bardziej się osłabił, a rentowność obligacji ponownie poszła w dół.

Indeks giełdy we Frankfurcie, próbujący wzrostowego odreagowania w pierwszych dniach tygodnia, już w środę zatrzymał się pod poziomem 12 tys. punktów. Jednym z powodów mogły być niezbyt optymistyczne odczyty dotyczące sprzedaży detalicznej oraz PMI dla usług w Niemczech i strefie euro oraz perspektywa umocnienia się wspólnej waluty. Osłabienie dolara skłoniło byki do większej aktywności na rynkach wschodzących. MSCI Emerging Markets od dołka z końca maja do minionego wtorku zyskiwał nieco ponad 3 proc., ale kolejne dni przyniosły lekkie cofnięcie. Na chińskim parkiecie indeksowi z trudem udawało się utrzymać w okolicach 2900 punktów, co oznacza, że trwająca od początku maja konsolidacja jest tylko przystankiem w ramach spadkowej tendencji, czego sygnały były widoczne w końcówce minionego tygodnia. Scenariusz ten mogłoby zmienić obniżenie napięcia między Chinami a USA, a na to się na razie nie zanosi. Nerwowość może utrzymywać się do ewentualnego spotkania przywódców obu państw podczas szczytu państw G20.

Wybiórcza hossa na GPW

Przebieg czwartkowej sesji minionego tygodnia to jedno z najbardziej emocjonujących i zaskakujących wydarzeń w ostatnich miesięcy, a nawet w jeszcze dłuższym horyzoncie. Nieczęsto się zdarza, by akcje przedstawicieli jednego z sektorów zwyżkowały z taką dynamiką. Mowa oczywiście o telekomach. Nie dorównywały im nawet poddawane od dłuższego czasu regulacyjnym zawirowaniom walory spółek energetycznych. Dwucyfrowe wzrosty papierów Orange i Play oraz „jedynie” 6 proc. wzrost wartości akcji Cyfrowego Polsatu na czwartkowym zamknięciu to i tak „nic” w porównaniu z koniecznością równoważenia rynku i ocierania się o dopuszczalne widełki wahań kursu, z jakimi mieliśmy do czynienia w ciągu dnia. To też pewien przyczynek do rozważań o efektywności rynku, w kontekście tego, że sygnały dotyczące podwyżek stawek abonamentów, czyli przyczyny czwartkowego wystrzału notowań akcji telekomów, pojawiły się już jakiś czas temu. Zaskoczenie rynku było spore, ale też należy zauważyć, że akcje Orange i Cyfrowego Polsatu silnie zwyżkowały już w poprzednich dwóch tygodniach. Nieco w cieniu tych wydarzeń, chyba niezasłużenie, znalazła się silna zwyżka walorów banków oraz PZU, która zresztą też nie jest kwestią ostatnich dni, lecz tygodni. 

Warto także zauważyć, że mimo tych spektakularnych wzrostów dwóch istotnych grup blue chips, WIG20 w skali pierwszych czterech sesji minionego tygodnia zwyżkował jedynie o 1 proc., podczas gdy tydzień wcześniej zyskał 2,3 proc. To efekt bardzo słabego zachowania papierów JSW, obu rafinerii, „konsumpcyjnych” walorów CCC i Dino oraz niezbyt dobrej dyspozycji koncernów energetycznych. To dowód na zróżnicowanie nastawienia inwestorów wobec poszczególnych grup spółek. Znajduje on jeszcze bardziej wyraźne potwierdzenie, gdy porównamy bardzo dobrą dyspozycję WIG20 z sytuacją w segmencie małych i średnich firm. Co prawda mWIG40 idzie w górę od końca maja, ale w trakcie pierwszych czterech sesji minionego tygodnia zyskał zaledwie 0,3 proc. W czwartek zdołał wybić się powyżej 3950 punktów, jednak było widać raczej spore wahania niż euforię. Wskaźnik najmniejszych spółek zniżkował natomiast o 0,4 proc. w skali tygodnia, schodząc poniżej 11 600 punktów, i nie sygnalizował poważniejszego zamiaru przełamania spadkowej korekty, trwającej od początku kwietnia.

W gronie średniaków byki i niedźwiedzie podzieliły się zdobyczami niemal po połowie, a większe znaczenie niż podziały branżowe miały raczej czynniki specyficzne dla poszczególnych spółek. Fatalnie wypadły akcje Polimeksu, Trakcji i GTC, solidne zwyżki zanotowały z kolei papiery Echa, LC Corp i Budimeksu. Dysproporcje dotyczące kierunku zmian notowań miały miejsce także w przypadku takich par jak PlayWay i CI Games oraz „konsumenckich” walorów Eurocashu i AmRestu, a także Asseco i Comarchu. Na nastrojach w segmencie najmniejszych spółek w pewnym stopniu mogła zaważyć dramatyczna sytuacja akcji Kani, w przypadku których spadek sięgał niemal 47 proc.

Za dużo ropy, złoto w cenie

Opublikowane w środę przez Energy Information Administration dane o zaskakująco dużym wzroście zapasów ropy naftowej i benzyny stały się kolejnym impulsem pogłębiającym przecenę surowca. Pierwszą reakcją było tąpnięcie notowań WTI o ponad 4 proc. i zejście w okolice 51 dolarów za baryłkę, czyli do poziomu najniższego od połowy stycznia. Środowy spadek trudno jednak uznać za nadzwyczajne wydarzenie, bowiem w ostatnich dniach zdarzały się sesje, na których ropa taniała o 5,5, a nawet prawie 6 proc. W maju przecena przekroczyła 16 proc., a czerwiec także nie zapowiada się najlepiej. Powód jest ciągle ten sam, czyli obawy o kondycję globalnej gospodarki, podsycane przez konflikty handlowe inicjowane przez Donalda Trumpa. Dopóki to się nie zmieni, trudno o optymizm na rynku surowca, nawet w kontekście prawdopodobnego przedłużenia ograniczeń wydobycia przez państwa zrzeszone w OPEC oraz Rosję. Sięgające niemal 3 proc. wzrostowe odreagowanie z czwartku nie zmienia tej perspektywy.

Już pierwsze dni minionego tygodnia dawały nadzieję na zakończenie, a przynajmniej wyhamowanie spadkowej tendencji na rynku miedzi. Wtorkowe wyjście kontraktów terminowych na ten metal powyżej 265 centów za funt zostało zanegowane już dzień później, po spadku o 1,5 proc. Jeszcze mocniej taniały platyna i pallad. Z osłabienia amerykańskiej waluty skwapliwie skorzystały byki na rynku złota. Od niedawnego majowego dołka notowania kruszcu szły w górę o prawie 5 proc., dochodząc momentami w środę w okolice 1350 dolarów za uncję, atakując lokalny szczyt z lutego. Czwartkową sesję złoto kończyło nieco poniżej 1340 dolarów.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA